WIATR NA GRANI

  1. Wyjazd
  2. SONETY CZARNOHORSKIE
  3. Do dziewczyn roześmianych
  4. Przebudzenie
  5. Deszczowa opowieść
  6. Zaplątanie
  7. Sen
  8. Przyjacielowi na urodziny
  9. Rap o rzeczach niezastąpionych
  10. Wspomnienie noworoczne
  11. Mojej przewodniczce
  12. W oczekiwaniu na Klub Karpacki, który zabierze mnie daleko
  13. O łażeniu koniecznym
  14. List do domu, żeby się nie martwili bez potrzeby
  15. Wielki Weekend
  16. Pieśni górskie
  17. Bieszczady
  18. Do pamiętnika Panny Małgorzaty


Wyjazd

Jeszcze w gębę mi wieje morska bryza słona,
jeszcze krzesło w siedzenie gniecie mnie paskudnie,
lecz myślami już jestem w całkiem innych stronach
odkąd kupiłem w kasie bilet na południe.

Gdańsk wydał mi się raptem ciasny i niemiły,
wspomnienia spać nie dają, tęsknota mną trzęsie.
Wiem, że góry się za mną tak samo stęskniły
— gęgał mi o tym wczoraj klucz wędrownych gęsi.

Jeszcze dywan pod nogą, wokół cztery ściany,
jeszcze komputer, regał, telewizor, prasa —
lecz pod drzwiami już czuwa plecak spakowany
a w mózgu mi dygoce igiełka kompasu.

Gdzie paszport? Gdzie bilety? — wszystko z rąk mi leci,
pocę się i nie umiem ukryć niepokoju!
Wiem, że leśne boginki wyjdą mi naprzeciw
— dzwoniły na komórkę wprost do czaszki mojej.

Ostatni obiad w domu i prysznic ostatni.
Sucho w gardle — ostatni raz napić się mleka!
— Milcz, serce, czego walisz?! Niech nic się nie zatnie,
bo tam grań postrzępiona dawno na mnie czeka.

Plecak, skarb mój najświętszy, ciąży jak cholera,
oczy mi bez powodu zachodzą wilgocią,
pod wibramem fałszuje rozstrojony peron:
,,— Pociąg pospieszny ...   wjeżdża ...   ''

               To już jest mój pociąg.


Listopad 1997


SONETY CZARNOHORSKIE

Zaproszenie
Dla Małej

Mogę Cię zabrać w góry. Lecz są strome
a plecak ciężki. Musisz leźć uparcie
przez śnieg, co stopom nie daje oparcia.
Jeśli się łatwo męczysz — zostań w domu.

Chodź! ...   Ale ponad lasu ścianą ciemną
wicher napełni łzami twoje oczy
i z trudem wbijesz nartę w szklane zbocze.
Jeśli się tego lękasz — nie idź ze mną.

Jeżeli jednak pójdziesz, to przyrzekam,
że onieśmielą cię górskie olbrzymy,
że wrota czasu zobaczysz z daleka

i krew ci w żyłach zawrze. A wieczorem
mięciutkim śniegiem namiot uszczelnimy
i przed spoczynkiem złączymy śpiwory ...

Biwak

Wiatr się na skały zawziął i wykroty,
ciężarne chmury od zachodu lecą —
rozstawiliśmy pod grzbietem namioty,
już nie dotrzemy dzisiaj do Smotreca.

Stokiem po lodzie tysiąc czartów goni,
nad głową tropik wściekle się szamoce.
Płomyczek świeczki w cieniu naszych dłoni
śniegu nie stopi, nie odpędzi nocy.

Po raz kolejny nastał ranek świeży,
wiatr z nową mocą na zbocza uderzył,
wciąż są zawarte Czarnohory bramy.

Nowa prognoza: zamieć i zawieja.
Znów w naszych sercach zamiera nadzieja.
Kuszą nas góry ...   Lecz jednak wracamy.

Wiosna

W dolinach słońce radośnie już świeci,
na grani nadal trwa surowa zima —
a ja bez sensu błądzę w internecie,
żeby zapomnieć, że w górach mnie nie ma.

Wiosna już pewnie przyszła na Pokucie,
gdy w szarym mieście ciułam nędzne grosze.
Znów zamieszkali pasterze w pryjucie
i śnieg popłynął z nurtem Czeremoszu.

Siedzę przy biurku i walę w klawisze,
z ekranu spływa lodu jęzor biały.
A kiedy uszu nastawię, to słyszę,
jak wiatr zachodni tryka łbem o skały.

I o ikonie takiej marzę skrycie,
że starczy kliknąć — i stoisz na szczycie.


Luty 1997


Do dziewczyn roześmianych

1.

Wiatr zlizuje z polan resztki wody,
w górze wiszą obłoki garbate.
Śmiej się jak te kwiaty i jagody,
jeśli chcesz być mą dziewczyną latem!

Ja z Twej twarzy zliżę krople potu.
A gdy skryje nam noc połoniny,
spać będziemy w trawie bez namiotu
— bo tak lubią me letnie dziewczyny.

2.

Szron z tropika schodzi powolutku,
noce długie, zbocza się czerwienią ...
Śmiej się do mnie ciepło i bez smutku,
jeśli chcesz być moja tej jesieni!

Od łażenia już nas bolą nogi,
gdy witamy gwiazdozbiór Oriona
a jesienna moja patrzy w ogień,
zanim zaśnie do mnie przytulona.

3.

Białą ścieżką w górę Cię powiodę,
szare myśli w dole zostawimy
— śmiej się tylko czule, a w nagrodę
będziesz moją dziewczyną tej zimy!

W puch dziewiczy ślad narty położę,
Ty podążysz mym tropem nieświętym
i w namiocie w puchowym śpiworze
grzać Ci będę Twe stopy zziębnięte.

4.

Już nie grożą nam śnieżne zawieje,
w napęczniałych rzekach wiersze płyną,
a Ty ciągle serdecznie się śmiejesz,
— bądź więc moją wiosenną dziewczyną!

Jeszcze nie ma na bukach listowia
a na drogach wciąż błota niemało,
lecz już ciepło — zazdroszczę wiatrowi,
że od rana pieści Twoje ciało.


Maj 1997


Przebudzenie

Na tropik padło słońce. Coś tam sobie marzysz,
uśmiechasz się i przez sen mruczysz nieprzytomnie,
gdy biedronkę ostrożnie zdejmuję z Twej twarzy
mając cichą nadzieję, że może śnisz o mnie ...
Rosa wyschła i ścichły ptaków ranne krzyki.
Trzeba wory pakować i zbierać się w drogę!
Powinienem Cię budzić — lecz jakoś nie mogę,
sam nie wiem, jak zostałem Twego snu strażnikiem.
Już wkrótce się udamy każde w swoją stronę,
bo Ty nie jesteś moja i ja Twój nie jestem.
Błądzę wśród Twoich włosów dłonią rozpaloną
i drżę, gdy twarzy dotknę świętokradczym gestem ...
Lekko przytykam wargi do Twojej powieki,
by w głąb oka Ci wszeptać żubry i niedźwiedzie.
Śpij, i korzystaj z mojej troskliwej opieki.
Gdy czuwasz — będąc blisko czuję się daleki;
gdy nie śpisz — już niczego nie umiem powiedzieć.

Jasna słoneczna plama zniknęła bez śladu,
wiatr, co mieszka na grani, przebiegł trawą na dół,
— pewnie Cię obudziły pierwsze krople deszczu
z chmury, co szarym kocem zawisła nad światem,
bo nagle się odwracasz z niespokojnym dreszczem.
Więc spiesznie się usuwam z Twojej karimaty
i zakrywam śpiworem Twe nagie ramiona.
Kłuje mnie niby drzazga nietakt popełniony:
powiesz, że nadużyłem Twego zaufania
Twój sen wykorzystując, głaszcząc Twoją skórę ...

A wtem w mokrym namiocie wschodzi niespodzianie
słońce, sumieniu memu przynosząc pociechę,
kiedy otwierasz oczy z figlarnym uśmiechem
i czule mi wyznajesz: ,,Śniły mi się góry ... ''


Maj 1997


Deszczowa opowieść

Nietrudno zawrzeć w pieśni gniewne oceany,
blask słońca w ludzkich sercach i cmentarny spokój,
wichry walące skały, zaciszne polany ...
Lecz jak wyśpiewać góry całkiem bez widoków?!

Dzień po dniu stoją w deszczu, chmurami zasnute,
skraplają się we włosach, chlupoczą nam w butach.
I gdyby nie numery granicznych kamieni
deptalibyśmy błoto we mgle zagubieni,
niepewni, czy to Busztuł, czy jeszcze Kieputa.
Przecież właśnie dlatego gnaliśmy z daleka,
że brakło nam przestrzeni dla tętniących marzeń —
i cóż, stoimy ciasno nad naszym ołtarzem,
ogniskiem z takim trudem wyżętym ze smreka.
Co rano senne ciała odziewamy w wodę
a w przemoczonym lesie wilgocią pobrzmiewa
mokrych dziewczyn z Kijowa mokry okrzyk ,,Eeewa!''.
Rośnie jak rak poczucie gorzkiego zawodu:
— nie takie być nam miały góry obiecane!
— nie miała się rozpływać ziemia pod wibramem!

Wtem, zanim nasze ciała przemiękną do kości,
na Popadię i Grofę otwiera się okno,
ukazują się góry w bezwstydnej nagości!

Dla jednej takiej chwili warto było zmoknąć.


Lipiec 1997


Zaplątanie

Przed kosówką urwał nam się płaj,
więc w kłującą włazimy przygodę.
— Dobry Boże, wynaleźć nam daj
jakieś ludzkie wejście na Mołodą!

W moich żyłach wrze czerwona krew
i o wiele dalej zaleźć mogę ...
— Lecz dlaczego ten sprężysty krzew
tak zdradziecko podcina mi nogę?

W mojej piersi tkwi niezłomny duch,
gdy rozchylam splątane konary.
— Ale czemu chmary wstrętnych much
pobierają bezlitosny haracz?

Za plecami przewala się grom.
Burza w górach to nie jest zabawa ...
Więc się szarpię — ale w chwilę złą,
bo zostawiam w krzalu pół rękawa.

Pot na oczy już nie sączy się
lecz wezbraną rzeką wartko płynie.
Mnie puściło, ale plecak — nie.
Na cóż plecak mój kosodrzewinie?

Z wolna staję się słaby jak trup,
choć w ściśniętym gardle życie rzęzi:
— Twardą ziemię dajcie mi do stóp,
bo nie umiem chodzić po gałęzi!

Serce zżera mi zwątpienia wąż ...
— Obiecuję, Karpaty łaskawe:
jeśli kiedyś mnie wypuści gąszcz,
ucałuję i horhan i trawę!


Lipiec 1997


Sen

Za nami zostały domki Osmołody,
autobus dygotał i ledwo się toczył,
po nocnym chodzeniu kleiły się oczy
i nisko na piersi chyliły się brody.

Nie było zagłówków, więc głowę zmęczoną
na moim ramieniu oparła z ufnością.
Nie mogłem jej łoża miękkiego wymościć
i stworzyć skutecznej od świata osłony,

więc tylko objąłem wierząc, że w ten sposób
jej sny będą słodkie, przytulne i miłe.
Zziębnięte jej palce polarem nakryłem,
i igłę sosnową wyjąłem jej z włosów.

Autobus z mozołem lazł przez Ukrainę,
przystawał, odjeżdżał, ktoś okna zamykał,
rosyjskie czastuszki trzeszczały z głośnika
i w sennej mej głowie szumiało jak wino.

A dotyk jej ciała rozczulał i wzruszał,
— do serca ją przecież tuliłem kojąco.
I chciałem, by wlókł się autobus bez końca,
lecz już wjeżdżaliśmy na dworzec w Kałuszu.

I kiedy plecaki spoczęły pod murem,
rzekła: ,,— W górach ... kiedyś ... dziękuję ... —''. I znikła.
Więc wszystkim zadaję pytania niezwykłe:
czy dziś już jest ,,kiedyś''? i które to góry?


Lipiec 1997


Przyjacielowi na urodziny


1.

Życzę Ci nóg wytrwałych,
zręcznych i mocnych nóg,
żebyś pomiędzy skały
po piargu podejść mógł.
A gdyby Ci obrzydło
życie na świata dnie,
niech Twoje nogi w skrzydła
zechcą zamienić się.


2.

Życzę Ci w sercu zdrowym
szklanki spienionej krwi
i śmiałej chłodnej głowy
na karku. Życzę Ci
ramion twardych jak kamień
— stale pamiętam, że
w potrzebie Twoje ramię
może się przydać mnie.


3.

Życzę ulewnych deszczów,
co z perci zmyją kurz.
Życzę Ci słońca pieszczot
i groźnych nocnych burz.
By się wyżej i dalej
szlak splatał dzień po dniu
i żebyś słowa znalazł,
by dać świadectwo mu.


4.

Życzę, byś nad reglami
chłonął połonin czar.
By pod Twymi palcami
zbawczego ognia żar
rozkwitał jasnym zniczem
zatkniętym w Karpat mur.
To wszystko.
Jeszcze życzę
przyjaznych pustych gór.



Lipiec 1997

Rap o rzeczach niezastąpionych

Halny wilgotną mgłę w gardła wciska,
marznącym deszczem bębni od rana
i nie chce wpuścić nas na Kotliská,
jakby skarb w skałach ukryty miał.
Pod kurtką plecy wodą zalane,
lecz nie zastąpi polar z membraną
własnego ciepła żarliwych ciał!

Wicher nad głową kwili jak dziecię,
horský služobník odgrywa tatę:
— V také nečasie kdež sa denete?! —
Fakt ...   O pogodnym marzymy dniu.
Mokre śpiwory niegdyś puchate
na przemoczone kładziemy maty:
nic nie zastąpi twardego snu!

Sponad Ďumbiera wiatr śniegiem miota,
kozice na nas gapią się drwiąco
po granitowych skacząc wykrotach:
— Leziesz, człowieku, najgorszą z dróg ...
— Nie, mnie jest dobrze, mnie jest gorąco
i nie zastąpi bezradne słońce
wysiłku moich skrzydlatych nóg!

Śnieg padający nad zboczem kręci.
Brodzimy rzeką w dół po kamykach
jacyś niezgrabni, mali, zziębnięci ...
Wokół już rozsiadł się nocy czar:
światło czołówki z mrokiem się styka
i nie zastąpi boska muzyka
huku strumienia, co gna przez jar!

Po dniu podniebnym, po dniu zdeptanym,
namiot stawiamy w rozmiękłym błocie
(byle nie dotknąć wilgotnej ściany),
zmęczone ciało od chłodu drży.
W pełnej menażce szukamy pociech,
bo nie zastąpią słodkie łakocie
kaszy i soi na trudne dni!

Budzik ostatnią piszczy pobudkę.
Rozpacza szosa do Iľanova,
że odjeżdżamy. Szare od smutku
góry też płaczą: znów siąpi deszcz.
— A kiedy w mieście zamieszkasz znowu,
to mój obojczyk pod swoją głową
jaką poduszką zastąpić chcesz?!


Listopad 1997


Wspomnienie noworoczne

Pomiędzy Vápenicou a Hoľou Kráľovou
stoi mała útulňa — samotna, bezpańska.
I w niej się spotkaliśmy w wieczór sylwestrowy:
dwaj z Suwałk, trzech z Bystricy i ja jeden z Gdańska.

A zima nie szczędziła nam mrozu i śniegu
i wiele jeszcze godzin zostało do świtu.
Przez szpary wiało wściekłym zimnem; a do tego
nie udało się ognia rozpalić pod płytą.

Słowak rozrąbał nożem chleb zlodowaciały
na palcach sobie przy tym odmrażając skórę.
Ja zielonego lodu wyjąłem kawałek
z torby, do której wczoraj schowałem ogórek.

Suwałczanin oświadczył, że trzeba szanować
tradycję, że okazja to nie byle jaka,
że raz, że wyjątkowo ... Na tym skończył mowę
i butelkę szampana wydobył z plecaka.

Korek dał się wyciągnąć (choć nie bez kłopotu),
butelka poszła w obieg i wszyscy po trosze
dłubaliśmy w jej szyjce szpilką od namiotu
wygrzebując do kubków lodowaty proszek.

Wicher hulał za ścianą i tłukł się po świecie
usypując na zboczach bałwany i grzywy.
Nam było ciepło w sercach. Wiedzieliśmy przecież,
że po takim toaście rok będzie szczęśliwy.


Listopad 1997


Mojej przewodniczce

Wyznacz mi dworzec, godzinę i datę,
zabierz mnie z sobą w góry Twoich marzeń,
do surowego zaprowadź mnie świata
podniebnym szlakiem wśród tajemnych wzruszeń! —
A ja snom Twoim będę stał na straży
i pot ze łzami zetrę z Twojej twarzy,
i drżące wargi do uśmiechu zmuszę.

Daj moim nogom skosztować połonin,
potem w kotlinie rozpal mi ognisko! —
A ja usiądę obok Ciebie blisko
by przed gryzącym dymem Cię osłonić,
Twoją zmęczoną głowę ujmę w dłonie
i w Twych źrenicach tęsknotę wyleczę.

Spleć mi głębokie doliny i grzbiety
z ledwie widocznych na mapie kreseczek ...
Powiedz, jak granit ze środka planety
wyrosnąć zdołał pod niebo struchlałe? ...
I jakie losy szramami pokryły
te niedostępne i wyniosłe skały? ...
... I czemu ludziom tak podle się stało,
że są zlepieni z wapieni i iłów? ...

Wskaż mi, gdzie namiot ustawić na śniegu!
Otwórz mi dojście do wiecznego lodu,
który kawerny Twej duszy zalega!
Niechaj ostrożnie do niego przybliżę
wulkan, co w piersi płonie wiecznie młody,
tylko mnie prowadź wyżej, ciągle wyżej!

A gdy staniemy na wierzchołku świata,
to ja z wdzięczności nauczę Cię latać.


Grudzień 1997


W oczekiwaniu na Klub Karpacki, który zabierze mnie daleko

Spotkamy się w Plavču już w czwartek!
A dzisiaj po głowie mi brzęczy,
że czasu poganiać nie warto.
Rozbijam się więc pod Minčolem,
obłoków pod moją przełęczą
skłębione rozciąga się pole
i suną w świetlistym pochodzie,
gdy słońce za Tatry zachodzi.

Już w czwartek nastąpi spotkanie
a potem tak wiele się zdarzy!
Tymczasem mój namiot tu stanie,
nim zejdzie na przełęcz noc czarna.
Lecz gdybym był lepszym narciarzem,
wędrowałbym z Gwiazdą Polarną,
i dzienną marszrutę przedłużył
szalonym ześlizgiem po chmurze.

Gdy z Plavča w daleki świat ruszę,
nie takie czekają mnie zjazdy!
Tymczasem wystarczyć mi muszą
w zmrożonej przestrzeni nieważkość,
namiocik na śniegu i gwiazdy,
samotność i ryżu menażka ...
— Czy czas, co zatrzymał się w pędzie,
na czwartek do Plavča przybędzie?


Styczeń 1998


O łażeniu koniecznym

Nie zatrzymuj się w środku zamieci,
zawodzącej pogańskim narzeczem!
Potrzaskane niebo z wichrem leci,
sam Lucyper wychodzi naprzeciw
i rózgami lodowymi siecze,
w twarz wbijając ostre szpile chłodu.
I dlatego musisz leźć do przodu!

A bywało pięknie tu, w naturze,
śnieg pod nartą był a niebo w górze,
świeży powiew napełniał nam płuca,
po błękicie dysk słońca się toczył,
każdy świerczek cień oddzielny rzucał
i widoki radowały oczy ...

Oszalało potem i się wściekło,
zapragnęło, kurde, naszych ciał
bezlitosne rozpędzone piekło.
Lecz uważaj, by cię nie urzekło,
bo byś jeszcze pozostać tu chciał!
Bo tak słodko zawierzyć tej sile,
której wycie wzywa nas i nęci,
gdy nam braknie już siły i chęci ...
— Może by tak odsapnąć na chwilę
i bezpiecznik w wiązaniu dokręcić?
— Idź przed siebie! Nie zostawaj w tyle!


Styczeń 1998


List do domu, żeby się nie martwili bez potrzeby

1.

Lód nie bardzo jest tu śliski,
a śnieg nie jest zbyt głęboki.
Podsuszamy przy ognisku
odklejone i pokryte
błotem — nasze wierne foki,
wielki przebój gór Harghity.


2.

Wypełzamy codzień rano
wprost na mróz nie nazbyt srogi.
Ciepło w śpiwór spakowane,
ginie w nocy chłodem skutej.
Na otarte biedne nogi
nadziewamy sztywne buty.


3.

Kiszki, gdy w nich głód zagości,
napełniamy kaszką zdrową,
w dalszą drogę ku wieczności
wyruszamy świtem bladym.
... Trafiliśmy dzisiaj znowu
na niedźwiedzia świeże ślady!


4.

Las nad głową i las wokół.
Próbujemy drogę znaleźć
w ciasnym gąszczu bez widoków
i stajemy zasmuceni,
bo tak kuszą białe hale;
bo tak dusze chcą przestrzeni!


5.

Wory wciąż są takie duże
i, przyznajmy, ciężkie trochę ...
Więc słuchamy błądząc w chmurze
nart wlokących się po śniegu,
wiatru w niebie tęsknych szlochów
i serc werbla pospiesznego.


6.

Jednak mogę wam obiecać,
że przywiozę wnet do domu
mgły marznącej pełny plecak
i od dymu włosy szare,
zagubiony słońca promyk
i butelkę Murfatlaru.



Luty 1998

Wielki Weekend

— Dzwoniłaś w Wielki Piątek? — nie było mnie, Gosiu,
bo właśnie białe mleko skryło szlak na Rawkę
i mokry śnieg zalegał na Kremenarosie.
Mogłaś sobie od niego odmrozić słuchawkę.

A później nad namiotem wiatr jęczał noc całą,
dręczył się śmiercią Pana, szlochał, treny śpiewał
i takie w nim bezbrzeżne cierpienie wezbrało,
że aż w Wielką Sobotę wybuchnął ulewą.

Rozbłociły się drogi, zachlupało w lesie,
w mokrych butach człapałem po parowach stromych
niepewny, czy Niedziela odmianę przyniesie —
dlatego Twój telefon nie zastał mnie w domu.

Deszcz skradł mi resztkę ciepła, zmył też miejskie troski
z mej duszy. Wiatr zawodził w żałobnej przestworzy,
więc wołałem do niego z Kiczery Dydiowskiej:
— Przestań się mazać, durniu! Przecież Pan znów ożył!

Wreszcie pojął. Uśmiechnął się z ulgą nieśmiało,
zamglił zbocza, tchnął z nieba powiewem gorącym
i jął podsuszać ziemię w Lany Poniedziałek
pootwierawszy w chmurach okiennice słońcu.

San toczył jeszcze wody brunatne i chore,
łąki już dygotały od nadmiaru woni,
gdy patrzyłem na Otryt w poświąteczny Wtorek.

... W dalekim Gdańsku pewnie znów telefon dzwonił ...


Maj 1998


Pieśni górskie

                Tak, tak, pewnie, że to plagiat ...

I

Upłynęły lata całe
odkąd, jeszcze kajtek młody,
czynu łaknąc i przygody
w Bieszczady się zanurzałem.

Dym z mielerzy oczy mamił,
wieczór splatał mi się z ranem,
piłem wielkimi haustami
szczęście w górach ukochanych.

Mokre buty stale w biegu,
dach z obłoków, lampa z zorzy,
przy ognisku leśny bożek
siadał ... Lecz już nie ma tego.

Gdzie mnie niegdyś gąszcz zachwycał,
wczasowicze piwo niosą
a przytulna obwodnica
dziś jest do Europy szosą.

Dawnych wzruszeń kształty blade
z wolna kryje smuga cienia.
Ja chciałbym tamte Bieszczady
ocalić od zapomnienia.


II

Wicher czasem kark połamie,
los fałszywym groszem płaci —
wtedy mamy u przyjaciół
radę i pomocne ramię.

Rozegnało nas po świecie,
nie wiem nawet, co dziś robią
i czy w górach. Ale przecież
obiecywaliśmy sobie

wspólną wyrypę przez życie!
Wspólnie śledziliśmy z bliska
kozice na Tatr granicie
i dziki w Beskidzie Niskim.

Wspólnie chciał nas los postraszyć
zapierając dech na chwilę,
kiedy to na ścieżkę naszą
kelimeński niedźwiedź wylazł.

Innych mam znajomych dzisiaj,
inne plany i marzenia,
chcę więc tylko tego misia
ocalić od zapomnienia.


III

Ile szczytów zaliczonych?
Ile przełojonych zboczy?
Ile razy deszcz przemoczył
namiot, śpiwór, drzew korony?

Ile nocą stania w ścisku
w korytarzach drugiej klasy?
Ile herbaty z ogniska?
Ile chrustu z ilu lasów?

Ile potknięć i upadków?
I znów dalej marsz uparty
połykając łzy ukradkiem ...
Ile szram na ślizgu narty?

Ile razy cierń piekący
niosłem w sercu obolałym?
Kładłem go na białe skały,
aż bez śladu topniał w słońcu ...

Ile razy — nie policzę —
przychodziło ukojenie?
Chciałbym tą gór moc leczniczą
ocalić od zapomnienia.


IV

W górach śpią diabelskie siły
słońca, deszczu i wichury.
Ale przecież właśnie w górach
przyszła, niby anioł, miłość

w dżinsach, w pionierkach i w wianku.
Muśnięcie jej warg nieśmiałe —
dotąd tylko koleżanka,
odtąd duszy mej kawałek.

Nie znalazłem słów najszczerszych —
kaktus w gardle, język z gliny,
mówić coś! — I kiepskie wiersze
padały na połoniny.

Gapiliśmy się, jak lecą
gwiazdy, gdy zapadnie ciemność,
potem czule razem ze mną
osłaniała płomyk świecy.

Nie chcę uczuć tych uronić,
chociaż czas nas tak pozmieniał.
— Chciałbym drżenia Twoich dłoni
ocalić od zapomnienia!


V

Ognisk ślady czas zabliźnia,
wiatr w odwieczne duje skały
a niziny oszalały:
Mafia w sejmie! Bóg w Ojczyźnie!

Zdrada! Powiat! Wróć, komuno!
Chleba! Władzy! Ciastek! Kremu!
— A tu buk spróchniały runął
tak jak dziesięć rządów temu.

Jeleń w strachu zbiegł po stoku,
bo na grzbiecie urzędnicy
wytyczają państw granice;
wbili, poszli, znowu spokój ...

Ktoś tam wieszczy noc straszliwą
patriotyczną wdziawszy maskę ...
Litościwy śnieg przykrywa
wszelkie ślady po tych wrzaskach.

Ludzkie hasła, -izmy, znaki
niech przeminą w oka mgnieniu.
Chciałbym za to krzyk świstaka
ocalić od zapomnienia.


VI

Smrekom, co się w deszczach moczą,
i zmiękczonym słońca żarem
lawiniastym groźnym zboczom
— składam siebie na ofiarę.

Na grań wejdę po stromiźnie,
serce ciężko zakołacze,
aż tęsknoty gorzki zaczyn
do stóp z duszy się wyślizgnie!

Wyżej! Nie wiem sam, dlaczego ...
Jeszcze wyżej! Pod obłoki!
Napełnię się skrzeniem śniegu,
do plecaka schowam foki,

rzucę okiem na dolinę
i na kijkach zamknę pięści.
Pod kantami lód zachrzęści,
gdy z przełęczy wiatrem spłynę!

I w gęstwinie jakiejś skryty
usnę wreszcie snem z kamienia ...
... Chciałbym mój fragment niebytu
ocalić od zapomnienia.



Luty 1998

Bieszczady

Najlepszy środek nasenny — deszcz o tropik bębniący.
A rankiem niech wiatr się zerwie, ciężkie chmury rozgoni.
Już z mgły się wyłania Otryt, z boku przyświeca słońce...

Wilgotne buty zakładam, by zejść w dolinę z połonin
w krainę zdziczałych sadów i żubrów na ugorach...
Zejść? — raczej zjechać po błocie. Potem wędrować w trudzie,
wędrować bez odpoczynku od rana do wieczora,
napełniać wędrówką nogi, to do góry, to na dół,
napełniać wędrówką głowę... I nie spotykać ludzi
bo w mieście mam ich za dużo.
                To były moje Bieszczady.


Wrzesień 2024


Do pamiętnika Panny Małgorzaty

                Kurczę, znowu mi wyszedł plagiat!

Niechaj mnie Gosia za wiersze nie chwali.
Gdy pot się z kurzem zmiesza na Twych wargach
i nad reglami na puszystej hali
wiatr erotoman włosy Ci potarga,
to w trawie, co się do Twych kolan łasi,
dźwięczniejszy znajdziesz rym niż na Parnasie.

Piorun dytyramb swój kuje w kamieniu,
deszcz recytuje bukoliki łzawe,
strumyk się w pean liryczny przemienia ...
Ja śpiewam tylko według ich ściągawek.
W surowych górskich stronach wiele razy
napotykałem stadniny pegazów.

Olej więc, Gosiu, natchnienia i głębie,
wieszczów i lutnie ich. A z tego kraju,
gdzie pod stopami chmury Ci się skłębią
i gdzie pod skórą mięśnie Ci zagrają,
gdzie z deszczu kropel tęcze kleją mistrze —
— przywieź mi plecak poezji najczystszej!


Marzec 1998


Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej

Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025