ZEW PRZEPAŚCI

  1. Inwokacja
  2. Rozmowa ze źródłem
  3. Wierszyk o przymkniętych oczach
  4. Wyjazd II
  5. Kobiety z moich wędrówek
  6. Protest-song w sprawie przykrej anomalii pogodowej
  7. Baśń o królewnie na szklanej górze
  8. Pościg
  9. Urojenie
  10. Baśń o górze przeklętej
  11. Wyznanie niespokojne
  12. Baśń o decyzji
  13. Piosenka o nadziei
  14. Takie nic ...
  15. Otucha
  16. Dyskusja o poezji
  17. Pytania
  18. Czasoprzestrzeń polarna
  19. Piosenka górali, którym nie żal
  20. Acatist de mulţumire
  21. Sonecik
  22. Dla Joli
  23. Ogień


Inwokacja

Homer usiadł za biurkiem i reklamy płodzi,
Wieszcz się w pomnik wkamienił: jak stanął, tak stoi,
Semiramida szpinak zasiała w ogrodzie,
Skamander ledwo ciecze wokół ruin Troi,
Thalia w GS-ie pralki sprzedaje na raty,
Pegaz żre koniczynę w szkap szpotawych tłumie,
— więc za wiersze się musiał zabrać matematyk,
nie dziw, że do Parnasu dofrunąć nie umie ...


Kwiecień 1999


Rozmowa ze źródłem

— Wór wbił się boleśnie w ramiona,
pod skórą rozszalał się ogień,
krew w żyłach stanęła zgęszczona.
Wciąż idę! Lecz iść już nie mogę ...
— Więc spocznij, wędrowcze, tu w cieniu
i spojrzyj pod nogi w zachwycie:
źródełko trysnęło z kamienia,
by nowym napełnić cię życiem.
— Mnie już nie wystarczy haust nieba,
nie zbawi wieczornej łyk zorzy!
Mnie już hektolitrów potrzeba,
by stłumić wewnętrzny mój pożar!
— Zachłanność cię niechaj nie splami.
Uklęknij niespiesznie pod skałą
i wodę suchymi wargami
ucałuj ...


Sierpień 1998


Wierszyk o przymkniętych oczach

Przymknę oczy — marzy mi się jesień.
      W moich górach mgły łażą po zboczach,
wyłysiały buki w moim lesie,
przyleciały na zimę gawrony ...
Ale kiedy znów otworzę oczy,
widzę drzewa bezczelnie zielone
a pod nimi rozwydrzone kwiaty,
bo nad prerią wciąż szaleje lato.
      Zadumały się moje polany,
melancholią mglistą świerki szumią,
szron na łąkach topnieje od rana,
zachmurzyły się szczyty dalekie,
rozmyślają ...   O czym? — któż zrozumie ...
Znów niechcący rozwarłem powieki,
słońce śmieje się i sypie złotem
na kraj, który nie zaznał tęsknoty.


Październik 1998


Wyjazd II

Jeszcze bezradny fotel gniecie moja pupa ...
Jeszcze słońca jasnego rydwan złotopióry
wypełznął nad Manhattan i zwiastuje upał ...
Lecz mnie już spać nie dają wielkie śnieżne góry.

Bezkres płaskiej równiny więził mnie pół roku,
horyzont gniótł, na prostych gubiłem się drogach,
a gdy w końcu ma dusza wzbiła się wysoko,
po nizinach jej nijak doścignąć nie mogę.

Cal za calem na zachód nerwowo odkładam
— a serce rwie się z klatki i krzyczy jak świstak!
Jeśli mapa nie kłamie, w jeden dzień dojadę
szosą międzystanową aż w Góry Skaliste!

Jeszcze lód w kubku z wodą i jastrząb nad prerią ...
Wykład, slajdy, studenci ...   Coś mnie jeszcze trzyma,
tu w mieście. Choć od dawna rozważam na serio,
skąd narty zdobyć w Denver, by dogonić zimę.

Wyszczerzył się w uśmiechu kolejny poranek,
a po turniach mej czaszki tłucze się wichura.
Czuję, jak mnie wzywają duchy gór nieznanych!
Roi mi się zadymka i grań w czarnych chmurach!

Jeszcze lubieżna wiosna wdzięczy się i kusi ...
Jeszcze wróble się gonią rozćwierkanym stadem ...
Jeszcze dziewczyny w szortach chodzą po kampusie,
do ich ud wiatr się tuli ...
                                            Co mi tam! Już jadę!


Marzec 1999


Kobiety z moich wędrówek

           Piotrowi F., który zazdrości.

Są piękne!
                  Jedna odwiedza mnie we śnie
by rosę mi strząsnąć z tropika.
Woła mnie tęsknie i wiatrową pieśnią
w oczy mi dmucha zawodząc boleśnie ... !
A nim się obudzę, już znika.

Inna namiętnie całuje mnie słońcem,
w usta mi wciska swe piersi gorące
i jagód zapachem podnieca!
Skórę miłosnym nadfioletem zdziera
i słonym potem przepełnia mi plecak.
Wieczorem z rozkoszy umiera ...

Mam też księżniczkę z pałacu białego
całą w klejnotach i lśniących kamieniach.
W blasku księżyca do ognia przybiega
co dla niej rozpalam na śniegu.
I spełnia me mroźne marzenia ...

Jeszcze złośnica. Ciska piorun złoty
w chmury! Wygina przerażone drzewa!
Zajadłym obwinia mnie grzmotem! —
I rzewną wybucha ulewą ...

Kochanki wierchów, hurysy potoków,
i Ciebie przyjmą, jeśli do nich dotrzesz,
po skałach, pod niebo, wysoko.
Za szczęście wezmą garstkę Twego znoju,
łut bicia serca ...
                   — Więc nie zazdrość, Piotrze.
Mogą być Twoje.


Kwiecień 1999


Protest-song
w sprawie przykrej anomalii pogodowej

Ktoś jesienią zmącił czasu bieg
i odmówił puchu nagiej skale.
Próżno góry czekają na śnieg —
lśni bezchmurne niebo nad Bow Valley.
Narta w biegu o korzenie trąca
na kamieniach raniąc sobie ślizg.
We dnie straszy wredna morda słońca.
Nocą księżyc szczerzy durny pysk.

Marzył mi się świat srebrzysto-biały
i skrzyp świerków od mrozu struchlałych,
śniły mi się skrzące zbocza gór.
Jękiem wichru turnie miały gadać,
łoskot lawin miał im śpiewać wtór,
w zimie miała nurzać się Kanada!

A tu wiosna w szarości i brudzie
mściwą pięścią roztrzaskała grudzień,
już na szybach kwiaty nie wyrosną.
Z sopli szklanych popłynęły łzy,
rozsypały się w pył moje sny ...
Dokąd, kurczę, mam uciec przed wiosną?


Grudzień 1999


Baśń o królewnie na szklanej górze

           To James, my first teacher
          Canmore, Canadian Rockies


Mróz czarodziejskim dotykiem wstrzymał wody wezbrane,
zastygły w locie wodospad zamknął wąwóz z trzech stron.
James na śnieg zwalił swój plecak, w lód uderzył czekanem,
wskazał nam taflę pionową i powiedział:  — Climb on!
Wtem w szklanej ściany zwierciadle zmrożone słońce błysło,
wylśniło dziewczęcą postać we władzy wiedźmy złej.
Pognały ku niej do nieba
moje nerwy i zmysły.
— Liny mi mocnej potrzeba!
— Możesz iść. On belay!
Zawisłem nad mroźną pustką na raków drżących szponach,
ogniem nabrzmiały mi mięśnie naprężone na maks,
wiatr przyniósł strzępek jej pieśni namiętnej i stęsknionej,
zacząłem słuchać ...   Ktoś krzyknął:   — Stefan! Your footwork sucks!

W skroniach mi łupie jak młotem,
kawał lodu odpada,
to jeszcze tyle roboty,
a tak mało mam sił! ...
Ostatnia przewieszka jeszcze ...
Potem już tylko na dół!
Szczyt!
         Ledwo na nogach stoję
pośród lodowych brył,
jej wargi chłodne mnie pieszczą,
śmiech się miesza ze łzami ...
— Więc pół królestwa jest moje
i ona moja już!
W głowie pijanej radością sroga szaleje zamieć ...
Lecz z wolna śpiew tęskny zamilkł,
obraz wsiąkł w śnieżny kurz ...

Co roku świeży lodowiec okrywa twarde skały,
nowa zadymka ukoi duszy podniebny stan.
Po bezskutecznym szukaniu sam na linie zjechałem
do kumpli na dno wąwozu. James powiedział:   — Well done.


Marzec 2000


Pościg

Ostatni trudny wyciąg dał mi się we znaki,
stoję na miękkich nogach i w uszach mi dzwoni ...

Lekko stąpa po skale, kto wykluł się ptakiem,
lecz ja, Ziemi mieszkaniec, jak Cię mam dogonić?!
Twoją beztroską zwinność mam Ci prawie za złe,
z dybami grawitacji walczą me ramiona,
kamienne ostrza chwytam dłonią pokrwawioną,
podciągam się — nie dojdę ...
                                    Jakżeś Ty tam wlazła? ...

Lecz czekaj! — choć się nie znam na skalnym balecie,
potrafię leczyć serce niewiarą strzaskane,
wiem, jak łzy nie uronić, gdy mnie rozpacz gniecie
i umiem hartowane rozrywać kajdany,
znam mękę, która wzmacnia mięśnie nieporadne,
oraz wędzidło, które okiełzna obłoki.

I kiedyś przez te szóstki przejdę mocnym krokiem
i w jakiejś skalnej nyży jeszcze Cię dopadnę!


Lipiec 2000


Urojenie

Kosówka dawno została pod nami,
głęboko w dole krzyk świstaka zamilkł,
w krąg stały martwe turnie mgłą spowite.
W rysę solidnie od lodu zakrzepłą
włożyłem rękę poszukując chwytu —
i wtem poczułem, że kamień jest ciepły!
Na dalszą drogę brakowało siły,
lecz filar mruczał pod stopą łaskawie,
jak kot przymilnie swój grzbiet mi podstawiał.
Coś pulsowało — jakby serce biło ...

— Granit to tylko kwarcyty i mika
dawno zgniecione potwornym ciśnieniem.
Nie ma w nich życia. Jastrząb nie pomyka
w niebie nad zrębem skalnego pomnika,
zając się żaden nie zrywa do biegu,
owady wiatrem przyniesione giną.
Wiosna nie przyjdzie źdźbłami przebiśniegów,
ale potężną morderczą lawiną
i oszalałą w dzikim gniewie burzą.
Tu życia nie ma. Tutaj deszcz zamienia
kamienie w piasek a nie w kwiat nasienie.
I jeśli ci się serca w ścianie bzdurzą,
to jak złudzenie rzecz całą potraktuj.
Skały są martwe. I takie są fakty.

To prawda ...   Ruchem niepewnym jak we śnie
haka po ucho wraziłem w szczelinę.
... A wtedy granit zajęczał boleśnie,
wyniosłe żebro ogarnęło drżenie
i krwi czerwonej strumyczek wypłynął
plamiąc nieżywe jakoby kamienie ...


Wrzesień 2000


Baśń o górze przeklętej

W pyski napluło nam zdradzieckie życie,
tyłki skopała losu kolej podła!

Do szczytu został jeden łatwy wyciąg
a stamtąd na dół prosta ścieżka wiodła,
lecz słońce zaszło i świat się odmienił.
Odział się do snu w czerń nieprzeniknioną
i z piargów wstały roztrzaskane cienie
tych, co ich w dole tablicą uczczono.
Cóż było robić w tą noc bez księżyca?
Raz jeszcze w górę spojrzeliśmy tęsknie
i spod wierzchołka zaczęliśmy wycof
unosząc w sercach gorzki posmak klęski.

Teraz schodzimy w upiornym balecie
w stromą przepastną ciemność: zjazd za zjazdem.
Uprząż boleśnie pod żebra nas gniecie,
z nad głowy gapią się ponure gwiazdy,
spod stóp raz po raz grad kamieni bluzga,
bo krucho.
                ... W dali kobiecy głos woła ...
Nie, to rojenie zmęczonego mózgu,
ocknąć się!
                Ciemność i zwidy dokoła ...
Wciąż zjazd za zjazdem, coraz bliżej piekła,
wicher marudzi na swój stały temat:
— Ziemia wzgardzona już się was wyrzekła,
tu zostaniecie, ta przepaść dna nie ma ...
— Nie! Zjazd za zjazdem, póki wierna lina
jest cała, na dół zdążajmy wytrwale!

Omdlałe nogi znużenie podcina
i siła ramion została gdzieś w skale ...
Może zdołamy doczekać do świtu?
— słuch wytężamy, kur jednak nie pieje.
Pogasły światła czołówek zużyte
i ledwo pełga płomyczek nadziei.
Znowu ósemka, prusik, dalej w ciemność!
Słyszę ... ktoś płacze, ktoś inny chichocze ...
jakby pułk czartów zjeżdżał razem ze mną ...

Wtem się pod stopą ściana zmienia w zbocze,
choć nic nie widać, czucie mnie nie myli:
wyniosłe piony stają się poziome
i nikną wszystkie strachy w jednej chwili.

Koniec przygody, wracajmy do domu!


Październik 2000


Wyznanie niespokojne

Kiedy burzowe poroztrącam chmury
i granitowe turnie na pył zetrę,
to twarz mieć będę dumną i ponurą
... i nikt nie zgadnie, że w środku mam pietra ...

Kres stromej drogi w jasnym niebie znikał,
o kask raz po raz bębniły kamyki,
palce czepiały się tycich krawądek.
Przepaść pod stopą porażała zmysły
a strach kleszczami rozgniatał żołądek,
gdy z wolna pełzłem ścianą niezdobytą.
Wtem moje życie na linie zawisło,
bo dłoń zmęczona nie dosięgła chwytu!

Jak głaz wrośnięty na stromiźnie stoję:
— Co mi wichura! Mnie nic się nie ima!
... I tylko oczy śledzą z niepokojem
kostkę w szczelinie: puści czy utrzyma? ...

Sześć razy księżyc schudł i utył znowu.
Na kość zmarzłymi od wiatru rękami
kułem czekanem polewę lodową
i biednych raków zęby wyszczerbione
wbić próbowałem w ośnieżony kamień.
I już wiedziałem, żem wyciąg pokonał,
już serce w rytmie triumfalnym biło ...
... gdy w dół runąłem z wielką lodu bryłą!

Śniegi opadną i rzeki popłyną,
nim na szczyt wejdę, już schodzić mi trzeba ...
Kiedy się przetrze życia mego lina,
to na wspinaczkę pójdę sam do nieba —
na żywca robi się ostatnią drogę!
Na góry z góry popatrzę w zachwycie
i uniżenie podziękuję Bogu,
że dać mi raczył niebezpieczne życie.


Wrzesień 2001


Baśń o decyzji

1

Wieczorne pomarły już zorze,
rozbłysnął pysk tępy księżyca.
Wtem pękły przestworza
i w moim śpiworze
zjawiła się górska diablica.

Jej włosy tym wiatrem pachniały,
co łapska smrekowe porusza.
Jak stawki spod skały
jej oczy błyszczały,
gdy w góry porwała mą duszę.

Więc nie dbam, co jutro się stanie —
los pewnie w pokera mnie ogra.
Lecz teraz na graniach
kozice doganiam,
bo tak przewiduje cyrograf.

2

Na niebie brzask nikły rozkwitał
zwiastując nadejście poranka.
W niewinność przedświtu
piórami okryta
zstąpiła niebiosów wysłanka.

Upalnym kusiła mnie słońcem,
jeziorem wśród lasów zieleni,
kwiatami na łące
i ziemią pachnącą,
i słodką nadzieją zbawienia.

Przedziwna mnie gna losu kolej,
wyboru nadeszła godzina:
— Czy zaszyć się wolę
z aniołem tam w dole?
— Czy z diabłem ku niebu się wspinać?


Październik 2001

Piosenka o nadziei

  Jeszcze kiedyś polezę po zboczu
a na plecach zakołysze mi się wór!
  Jeszcze pot mi pocieknie na oczy
i z wysiłku serce załomocze —
gromkim echem mu odkrzyknie serce gór!
  Jeszcze kiedyś los wredny przemogę
i napełnię słabe ciało świeżą siłą,
spod wibramów w dal pobiegnie droga ...
... tylko proszę, zwróć mi moją nogę!
Nogę, którą na lodowcu zostawiłem.

  Sprzedam dom i wyrzucę komputer,
niefortunnej passy zerwę czarną nić!
  W ogień cisnę rozterki zatrute
i tęsknotę zdepczę twardym butem!
  Gdzieś w kosówce o spełnieniu będę śnić.
  A gdy mgła się rozpełznie nad ranem,
świt krwią rozjarzony wstanie mi na wschodzie,
w śnieg zakopię myśli rozedrgane,
na stalowych szponach raków stanę ...
... tylko przedtem muszę się nauczyć chodzić.

  Na mej drodze leży smuga cienia,
rozchlapała się ulewą próżnych skarg.
  Ale jeszcze przyjdzie wybawienie!
  Jeszcze będę biegał po kamieniach!
  Będę skakał przez złomiska i przez piarg,
będę gonił lawiny po żlebach,
zawieruszę się w parowach i w strumykach,
pieśń protestu wiatrowi zaśpiewam!
  A gdy zbraknie mi na grani nieba,
skalną percią przez obłoki
                                ... pokuśtykam.


Kwiecień 2002


Takie nic ...

Przyśniły mi się góry.
                                Gdym po ścieżce pobiegł,
wiatr przyniósł woń kosówki i serce rozpieśnił.
Słońce lśniło i znowu miałem zdrową nogę,
w dole mgły się kłębiły — jak to bywa we śnie.

Skalny szlak mnie prowadził na sam czubek tęczy,
skąd po zielonym śniegu szusowałem śmiało.
Na kurzych nogach łaził namiot po przełęczy
a w nim, tak mi się śniło, Ty na mnie czekałaś ...


Czerwiec 2002


Otucha

    Wołałem kiedyś Boga pośród nocy ciemnej,
gdy rozpacz darła serce i ból gniótł mi oczy.
Lecz bezlitosne niebo kpiło sobie ze mnie
i żartem mi radziło, bym do piekła skoczył.
    Niegodne i bluźniercze wykrzyczałem słowa.
A kiedy potępiony do otchłani wpadłem,
pożar w duszy przeklętej rozgorzał na nowo.
Więc błagałem Szatana, by mnie poratował
i ogień bólu zalał choćby smoły wiadrem.
    Ukojenia nie znając poszedłem przed siebie
w piersi niosąc nienawiść i zgliszcza dymiące:
— Niechaj się niebo wpiekli a piekło zaniebi!
    Wtem zmarszczył się widnokrąg, wykwitły w nim skały,
zza chmur czarnego wału wylazł rąbek słońca,
wiatr powiał i na hali trawa zapachniała
a zza mgły białoszarej wierch jakiś wychynął.
I obok takich ludzi znalazłem się blisko,
co nigdy ratowniczej nie poskąpią liny,
więc spokojniej oddycham w nowej życia wiośnie.
    Może dziewięćsił wzejdzie na pogorzelisku?
Może mi kiedyś serce spalone odrośnie?


Lipiec 2002


Dyskusja o poezji

Na tęczy świetlanym pomoście
diabełek z aniołkiem się spierał,
kto więcej ma w sobie nicości
i który ma bliżej do zera:
— Czy wiesz, jak w piekielnej otchłani
nihilum i pustka rozkwita?!
— A ja twoją otchłań mam za nic,
bo władam hektarem niebytu!

Tymczasem blask słońca na hali
jak zwrotka za zwrotką zanikał,
zmęczony wędrowiec rozpalił
niewielki ogieniek liryki.
A wyżej, nad kosodrzewiną,
dytyramb skał oczy wciąż mamił,
i sonet strumykiem popłynął,
i grań ociekała jambami,
na tropik cień nocy opadał,
i sen się rymował z nadzieją ...

... A oni spierają się nadal
nie widząc, że już nie istnieją.


Lipiec 2002


Pytania

Już pociąg do stacji dalekiej dobiega,
to tutaj.
                        Powiedzcie mi, góry nieznane,
czy mnie, cudzoziemca, przyjmiecie jak swego,
czy obcy w dolinie zostanę?

Czy wicher zachodni, co tańczy na skałach,
na skórze mej drżenie wywoła niemiłe?
Czy płuca napełni i zdmuchnie mi z ciała
bezsiłę?

A deszcz, kiedy lunie na czarne kamienie,
czy tylko ubranie przemoczy do kości?
Czy także z mej duszy wypłucze zwątpienie
i wyrwać mnie zdoła z nicości?

O, góry zielone, brązowe i złote,
pomóżcie mi w sercu żar nowy rozniecić!
Czy moją ofiarę z wysiłku i potu
przyjmiecie?


Wrzesień 2004


Czasoprzestrzeń polarna

Trzy razy wstawał dzień i gasł
a noc chowała się po kątach.
Jak kłębek włóczki zdał się czas:
zawracał, zrywał się i plątał.

Zegarek figle płatał i
w rozterkach moich nie chciał pomóc.
Czy go nastawić po miestnomu?
Czy tak jak kolej, po Moskwy?

Na góry dzień za dniem się ścielił
jak nieruchoma szara mgła.
Niespiesznie ludzie się starzeli
czekając, co im przyszłość da.

Godzina — wiele lat już zeszło
i mój dwudziesty pierwszy wiek
hen za mną we wspomnieniach legł
a ja skoczyłem w miękką przeszłość.

Wokoło tundra — świat bez bram...
Zwiększyłem wiedzy mojej zasób,
że czas nie może istnieć sam
lecz przestrzeń może być bez czasu.


Wrzesień 2004


Piosenka górali, którym nie żal

Łan się słońcu pokłonił,
upał do ziemi przywarł.
Roztarłem kłos na dłoni —
już zaraz będą żniwa.
Wóz! Kombajn! Młocka! Prędzej!
Traktor zalany potem
zwiezie kupę pieniędzy...
        A mnie chwyta tęsknota
        za jastrzębiem, co nad chmury wzbić się starał,
        za oparem, który rankiem wstawał z jarów,
        za łez rosą, co pasterzom nogi moczy,
        za wierchami, hen, daleko,
        za zieloną sierścią smreków
        na powierzchni zachwyconych ciepłem zboczy.

Wśród dziennego mozołu
los się wreszcie uśmiecha.
Wiecie? — dzisiaj zatknąłem
na kalenicy wiechę.
Jeśli nie spocznę w biegu,
to do domu jesienią
pozapraszam kolegów...
        I popłyną wspomnienia
        o świerkowych balach, z których były ściany,
        i o gontach scyzorykiem wycinanych,
        o szczelinach przepełnionych jękiem wiatru,
        o dziecinnej dźwięcznej mowie,
        o kojących dzwonkach owiec,
        o żętycy na oscypki grzanej watrą.

Brakowało mi siły,
kiedy los mnie oszukał.
Ale wreszcie złożyłem
nową książkę do druku
i zdążyłem przed wtorkiem!
Teraz po ciężkiej pracy
polecę na Majorkę...
        Przecież nikt już nie wraca
        do rozpadlin pod wiszącym śnieżnym mostem,
        do wtykanych w rysy skalne drobnych kostek,
        do lin, którym się powierza wątłe życie,
        do grożącej twardej ściany,
        i do palców podrapanych,
        do zachwytu zziajanego tam, na szczycie...


Sierpień 2009


Acatist de mulţumire

           Slava lui Dumnezeu pentru toate.

Niepewny, w jaką przepaść runiesz,
pędzisz...
                        Ja, pozwól, niech się wzbiję
po stromych zboczach nad Rumunię.
Orogenezo, slava tie!

Chmury zazdrośnie okrywają
tajemny nieodkryty ląd.
Biegnę — pies z północnego kraju,
samotny câine vagabond.

Od malejących w dole wiosek,
przez skalny kelimański krater,
nad górskie hale, na Pietrosul
lezę, dziękując pentru toate.

Włosy przekształcą mi się w pióra,
stopy porosną świeżą trawą,
spokojem mnie napełnią góry —
i za to im în veci slava.

Za wierch, co deszczem się zasmucił,
za płaj w kosówce, szlak na przełaj,
za pot na plecach, kamyk w bucie,
za wszystko slava, Dumnezeu...


Wrzesień 2009


Sonecik

W krąg zima,
brak siły.
— Zatrzymaj
się, miła!

Spać pora:
sen zdrowy
w śpiworach
puchowych.

Coś błyska
na niebie...
Chłód wieje,

więc wciskam
się w ciebie
i grzeję.


Luty 2005


Dla Joli

Wicher sprzecznych emocji szaleje po świecie,
dziś człowiek jest radosny, jutro znów ponury,
trwoga w telewizorze, popłoch w internecie,
panika po gazetach...
                — Co mi tam! Wiem przecież,
że spokój łatwo wróci, gdy pójdziemy w góry.

Rozżalenie przemija, krzyk się w śmiech przemienia,
kiedy drogę zagradza lśniąca w słońcu woda
i kiedy trzeba przez nią skakać po kamieniach.
To wcale nie jest trudne, zresztą dłoń Ci podam.

I wyżej! Niechaj serce wali niby młotem,
bo od tego się goją poniesione rany!
W dolinach pozostawmy codzienne głupoty:
podstępy, politykę...
                Pamiętajmy o tym,
że człek jest tym szczęśliwszy, im bardziej zdyszany.


Marzec 2025


Ogień

Szary popiół nam leci do ust,
ledwie dymi ognisko ubogie,
bo nikt dawno nie poszedł po chrust.

Przed jutrzejszą wędrówką do marzeń,
nie lej wody na ogień!
nie lej wody na ogień!
niech się żarzy!

Już się łuną pod niebo nie wzbije,
ale kiedyś trzaskało, pamiętasz?
kiedyś grzało nam dłonie zmarznięte
i świeciło jak mogło najjaśniej...
Tego ognia, proszę, nie zabijaj!
Niech sam zgaśnie...


??? 2005


Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej

Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025