Baśnie już po gwarancji: krasnoludki odeszły stąd,
Lecz wiem, że już niedługo znowu zksiężycowieje świat,
Ukojeniem napełnię twe serce znękane.
Przytulę cię i z pleców zdejmę dziesięć lat,
Złych czarów się nie lękaj, bo stanę przy tobie
Podczas gdy sennie szumiał sad,
Zakupić chcą rozterek łut,
szklankę spienionej żądzą krwi,
Miłością nam zapłacą.
Jeśli naprawdę czarownicą jesteś,
Jeżeli dusza twa jest magii pełna,
I daj mi zostać tym ostatnim stosem,
I kiedy przyjdziesz duszę mi zwędzić,
Więc kiedy przyjdziesz po duszę z rana,
— Cóż ci tak, wiedźmo, wali pod biustem?
Dlaczego się nie odzywam?
Bo ja od świtu do wieczora
nie jedząc prawie i bez snu
szukałem swego łukamoria
a znajdowałem sujetu.
Lecz, gdy chlapnąłem wina troszkę,
zmienił się świat. Jak? — nie wiem sam.
Izbuszka szła na kurich nożkach
po zakałdowannym tajgam,
złocista rybka była w stanie
spełnić trzy moje pażiełania,
w tieriemie roj krasawic witał,
Kaszcziej w zawody szedł z bradiagą,
cariewna tańcowała nago,
Mastier się żenił z Margieritą
i wszędzie tam, gdzie niósł mnie los
szioł snieg na priadź twaich wałos.
Widziałem: kot usmieszku priacziet
w usy; jak gdyby słów mu brak...
I w końcu wiem, że to oznacza
,,ty łuczszie zamałczi, durak.''
Październik 2004
Śpiąca Królewna
Z łoża Śpiącej Królewny w mrok grudniowy zachciałem wyjść
w niewysokim nakładzie i lód mi stopy poranił.
Więc na drogę mi dali z górskich buków żelazny liść
— mogę liczyć na życia krótkiego drugie wydanie.
stolik się nie nakrywa i tylko do brydża służy,
Alladyn wciąż próbuje swą lampę przerobić na prąd
a buty stumilowe palą o wiele za dużo.
brat mądry skamienieje a głupi zostanie królem.
Jeszcze ze dwie wieczności, trzy milenia i parę lat
— a na razie jak przedtem do Królewny się przytulę...
Grudzień 2004
Muza, której się śnię
Kiedy wreszcie dzień zgaśnie, gwiazdy zamigocą
i w poduszkę wypłaczesz krzywdy tego dnia,
z gwiazd zmieszanych ze łzami narodzę się ja
i w okienko twojego snu zapukam nocą.
Wrócą dziewczęcych marzeń rycerze wspaniali,
co na długo przed mężem nad tobą czuwali.
I tylko się nie obudź, bo istnieć przestanę.
usunę zmarszczki z powiek i zbędny tłuszcz z bioder.
W baśń cię porwę, w krainę zaklętą powiodę,
by w obłok wirujący roztańczył cię świat.
i ze szponów groźnego smoka cię ocalę.
Zostaniesz najpiękniejszą księżniczką na balu...
Lecz o jedno cię błagam: tylko się nie obudź.
Luty 2005
Poseł z Walentynii
Motylek stamtąd przybył dziś,
usiadł na naszej łące
i rozkołysał trawy liść
uwierzytelniający.
misterną mowę splatał,
że chciałby zażyć tamten świat
tęsknoty tego świata.
zew pustki, paczkę krzyku,
łoskot rozfalowanych wód
w ampułkach, do zastrzyków,
gniew nie wiadomo na co
i krótkość naszych ziemskich dni.
Luty 2005
WIERSZE DLA CZAROWNICY
Prośba
Jeśli naprawdę z ciebie czarownica,
to mnie zaczaruj.
Zmieszaj w tygielku poświatę księżyca,
rumieniec wstydu z dziewiczego lica,
garstkę popiołu z namiętności żaru,
odciski palców z trzech złamanych groszy...
Podgrzej — i daj mi wchłonąć ze dwa kłęby.
I niech się stanę twoim biustonoszem
lub twoim zębem.
to mnie oczaruj.
W lochy zachwytu wtrąć tajemnym gestem,
zatańcz — i podpal swych oczu pochodnią
serce wystygłe, spragnione pożaru,
pchnij mnie w diabelskiej rozkoszy odmęty.
Daj ucałować pierś i znamię pod nią,
spokój mi odbierz i ciałem przeklętym
wolę mi spętaj.
weź mnie na ucznia.
Naucz na miotle podróżować hucznie,
krowom odbierać mleko, owcom wełnę,
gnać różdżką czarne Lucyfera konie...
A gdy magiczne zioła ci przyniosę,
niech opętanie stworzą twoje dłonie.
na którym spłoniesz.Kwestia duszy
A kiedy przyjdziesz ukraść mi duszę,
w drzwiach tylko lekko naciśnij klamkę,
ja się wieczorem na klucz nie zamknę
i do użycia czarów nie zmuszę.
Na stole kwiaty, tort (przełknij ślinę),
obok kieliszki, butelka z dżinem,
korkociąg, pif!-paf! — dżin na wolności
moje życzenie spełni z ochotą.
— Czy ci nie trzeba, wróżko, miłości?
Bo ja go mogę poprosić o to...
to w domu zostaw te swoje tiule.
Wpadnij jak burza rycząca z bólu!
Bądź czarnym szkwałem w sztormu obłędzie!
Kutry z Zatoki do portów zagoń
i stań przede mną jak prawda — nago.
Ja wtedy twoje wino wychylę
i sam tą duszę z gardła wygrzebię.
Lecz mi ją czasem zwracaj na chwilę,
żebym bezduszny nie był dla ciebie...
gdy krople czasu spływają wartko,
będzie czekała zapakowana
w bibułkę, napis, wstążkę z kokardką
i ja ci powiem: — Bierz! oto ona!
Zapachnie miłość w dłoni skruszona,
oczy załzawi, wykrzywi usta
w bądź-wola-twoja i w niech-się-stanie,
w ptaki słów cichych... w ptaki-wyznania...Wspomnienie
Kocham... kochałem... tak, tamte drzwi,
którem z futryny piekła wyrywał,
ty w latający zmieniłaś dywan,
by nad chmurami skraść duszę mi!
Bez spadochronów i bez umiaru!
W dłoniach twe włosy... twa skóra... tęcza...
Nagle mi w oczy buchnęły czary! —
ktoś, sam już nie wiem, pode mną jęczał...
Demon? Czy ty?!
Marzec 2005
| Okoniowi |
Księżyc, srebrzysta ścieżka...
Czy chcesz przy niej zamieszkać
bez oparcia dla nagich
stóp?
Czekaj... gdy przyjdzie północ,
w wodzie zjawi się czółno.
Tylko wiosło i żagiel
zrób.
Jeszcze powiedz mi, chłopie,
czy spać umiesz w galopie,
gdy się spieszy do marzeń
koń?
Pogna z tobą do wschodu,
tylko prędko mi podaj
oderwaną od twarzy
dłoń!
Marzec 2005
Całowałem góry skamieniałe w grozie,
Z trawy zapłakanej zlizywałem rosę,
Szalały z miłości do mnie morskie fale,
Pola, łąki, rzeki! Całować was lubię!
Proście mnie do tańca, na męża nie proście —
Jeden się zaraz na świat wygrzebie
Drugi jak dzieciak ze smutku beczy.
A trzeci... trzecia... istota święta
Daj mi skrzydła, Młodości,
Nad pożarem wulkanów,
Z ziemi tyle mi trzeba:
Nogi mi się miło taplały w śmietanie,
Wtem z krzykiem ,,— Kto idzie?!'' zastąpił mi drogę
Chciałem mu ten rożen z prawicy wytrącić,
Z dala wścibskie gwiazdy patrzyły ciekawie,
Jeszcze na odlotnem zniosłem złote jajo,
On na pustej chmurze stał z tym swoim mieczem
i trochę się dziwił.
Nie ma początku, ani końca,
Jarzy się woda, znikły dziwy,
Lecz nagle silniej powiał wiatr,
Gdy kiedyś żołnierzy pognano po rosie
Aż niż się nad światem rozwścieklił
nie ma...
Śniegi topnieją na górskich szczytach,
Po chleb do nieba lecą biedronki,
Cichych współwestchnień wieczór zapragnął
Na obłokach siedzi księżyc i mami,
Zapomnienia winny pęd się rozkrzewia
A na łąkach byle zielsko drży pszczołą,
Zakochany wiatr
Po morzu, po górach, po dolinach wiałem,
tuliła się do mnie ziemia chętnym ciałem.
kochałem pustynie i tłusty czarnoziem.
miedze pól głaskałem i wysmukłe szosy.
bawiłem się z nimi, potem wiałem dalej.
Kochajcie mnie mocno, nie myśląc o ślubie.
mogę dać wam szczęście, ale bez wierności.
Kwiecień 2005
Katastrofa
Brak konserwacji zwalił niebiosa,
straszne zniszczenia dokoła!
Kask nie wytrzymał i mam we włosach
troje upadłych aniołów.
i smutny padół porzuci,
poleci szukać dziur w drugim niebie,
żeby do domu powrócić.
bo mu już u nas obrzydło
a musi zostać, żeby podleczyć
nogę złamaną i skrzydło.
pewnie w człowieka się zmieni,
bo słodkie prawię jej komplementy
i nie chcę puścić jej z ziemi.
Kwiecień 2005
Ucieczka
— Trzeba ciszej i prościej...
będę z wiatrem szybował nad morzem!
Lub ty, Febie, rozkazuj,
niech siodłają Pegaza,
ja go pognam ku mglistym przestworzom!
z nóg opadną kajdany,
cóż mnie może tam, w dole, przytrzymać?!
Gnam przez zbocza i turnie,
gdzie anieli dyżurni
strzegą skarby zaklętych olbrzymów!
— w nozdrza ciężką woń gleby,
— w uszy jęk, którym wilk noc zaczyna,
— w usta leśne dwa grzyby,
— w oko drzazgę z tej szyby,
w którą mi się wtęskniła dziewczyna...
Kwiecień 2005
Supra nubem
Szukałem w obłokach podarunku dla niej.
w dali gród majaczył Nieśmiałego Boga,
i interferował wiatr jonów ze Słońca...
dres jakiś skrzydlaty z mieczem gorejącym.
Cóż, i tam się zdarza taki brak kultury...
ale mógłby komuś na głowę spaść z góry.
Mógłby zranić piasek, lub podpalić morze,
albo brzydką wyrwę zrobić w horyzoncie,
tęcze powystraszać i polarne zorze.
Mógłby zaskrońcowi uciąć pół ogona,
lub samochodowi uszkodzić oponę.
jak mi z gęsiej skórki pióra wyrastają.
Zwolna się zmieniłem w klucz czujnych żurawi
na ojczyste błota z Hiszpanii podróżnych.
by je aniołowi cisnąć jak jałmużnę
i już nad Angelią gnaliśmy szczęśliwi.
niezgrabny jak gafa, jak wyskok od rzeczy
Kwiecień 2005
Niepowstanie
We mgle nad wodą coś się roi.
Panna? Koń? Jeleń? Jednorożec?
Z brzucha mglistego niepokoju
wyłazi jakiś Bóg, niebożę.
niepewnej tuszy jest i wzrostu...
Wtem zaświeciło złote słońce
i kto miał powstać z mgły — nie powstał.
w głębi jeziora wodnik zamilkł.
I tylko szeptem nucą ryby
baśnie o bożym niepowstaniu...
Kwiecień 2005
Mgłobóg
Skąd cudy się na ziemi biorą?
Cud, że nie przyszedł Bóg na świat,
cud, że zwiał z jawy, wśnił się snom...
potrącił trawy i jezioro
i GROM!
Coś warczy na niebie...
Uderza! Gdzie?! Nie wiem!
Znów GROM!
Czy w łąkę, czy w wodę?!
Nadchodzi Grom —
spec-oddział Heroda!
do pewnej rodzącej dziewczyny i cieśli,
by dziecko ze żłobka na mieczach wynieśli,
to cieśla ich jakoś bakszyszem uprosił.
Lecz potem świat zadrżał!
Więc w piekle
panuje niepokój i trwoga
na wieść o powstaniu z mgieł boga...
i buty podkute
w sztormową marszrutę
po chmurach i drogach...
Ulewą i zwarciem błyskawic
szukają po wodach i brzegach:
tym razem odnaleźć bez ściemy!
Zatopić! Udusić! I zabić
chłopczyka małego,
Mgłoboga, którego
Wiosna 2005
Prośba
Poróżowiały w dali obłoki,
szpakom nabrzmiały gardła od pieśni.
Zaraz się zbudzi dzień jasnooki,
nie daj mu, Panie, zgasnąć przedwcześnie.
wiatr się bez celu po polu szwenda.
Czas się pakować. Jeszcze kredytu
udziel nam, Panie, na nowe błędy.
wczorajszy smutek przez łzy się śmieje,
brodzimy nadzy w czuprynie łąki...
Zapal nam, Panie, w sercu nadzieję.
i dłoniom kazał dłoni dotykać.
Byśmy znaleźli ścieżkę przez bagno,
nie gaś nam, Panie, błędnych ogników.
Maj 2005
Przyśpiewki spod dębu
Dąb na słońcem całowanej porębie,
by od gapiów skryć nas, cień rozłożył.
A ty lepiej mi, dziewczyno, nie dębiej,
bo ktoś wytnie ci serce na korze.
i po kiego tam wlazł, nie wie człowiek.
Lepiej mi się nie księżycuj nocami,
bo cóż pocznę, kiedy będziesz w nowiu?
nad łzą wstydu, co w niebyt uciekła.
Więc, kochana, lepiej mi już się nie wiń,
bo i tak cię nie puszczę do piekła.
świat zosobniał mi, kurczę, nad ranem.
Jak chór głosów w pieśń jedną mi połącz:
dąb, po-
rębę,
słońcem
cało-
waną.
Grudzień 2006
|
Dusza z cieła wylecieła, Na zielone łące stałe. Stawszy, silno, barzo rzewno zapłekałe. K nie przyszedł Święty Piotr a rzeknęcy: Czemu, duszo, rzewno płaczesz? Anonimowy wiersz z XV wieku |
Trzmiel nad kaczeńcem brzęczał i chłonął
niepowiązane rymami słowa
i promień słońca łąkę zieloną
całował.
Rozkosznie było nieść się bez ciała
z powiewem, który pragnienie koił,
kiedy odwiecznym trawa pachniała
spokojem.
Myślała dusza: ,,— Lepiej zostanę,
nie chcę do nieba leźć bez powodu.
Tam, w górze, chmury z mgły są utkane
i z lodu.
A tutaj ziemia nagrzana słońcem
kosmate pszczoły dygocą majem...
Nie chcę do nieba! Na ciepłej łące
zostaję.''
Wrzesień 2007
Patrz, wczarowuję w twe zwidy senne
To było zdjęcie. A na nim ty...
Kiedy się jawie spódnica zadrze,
Tu, na bezkresnych rasstojaniach
Bywajet, chandra duszu tianiet,
Tak ja priwstał, i ja paszioł
Czy to jest płacz zmarzniętych drzew?
I woła znowu:
Idę... a tam goriat ogni
I krasawica snów tajemnych
W jej świat utkany z moich snów,
Ocknąłem się bez sił i chory.
Winną pestkę zakopię, by w ziemi nagrzanej ożyła,
— Moi goście, zechciejcie na mój poczęstunek przyjechać!
W swojej szacie wiśniowej pieśń tęskną mi Dali zanuci,
A gdy zmierzch się zakłębi i w kąty ściemniałe zamota,
Wędrówka nocna
Kiedy ostatnio śniłaś, to księżyc
był w pierwszej kwadrze, wiało od morza.
Brzask jeszcze mroku nie przezwyciężył,
kiedy wyszedłem z twojego domu,
nad miastem dywan mgieł się rozłożył,
po nim pobiegłem... Gdzie?
— Nie wiadomo...
gwiazdki srebrzyste, sześcioramienne,
które nad szarym gąszczem się roją.
Cicho jak we śnie i jeszcze ciszej.
Miękko osiada snieg nad tajgoju
na chiżinoczkie s dyrawoj krysziej.
Tam kot i wrona, aeromiotła,
zapas pierników... A wróżka stara
wsypuje suche zielsko do kotła,
pod krzywym nosem chrobocząc:
,,— Parień,
niech czarem ognia troski twe utnę,
niech ciebie minie sżiganije goria,
ja wiżu krupnyj gorod na wzmorie,
niech cię tam wiedzie wietier poputnyj.
Postoj, poczekaj, ja tobie dam,
wot tie kartinka na przyszłe dni.
Stupaj, no pomni i sbieriegi,
nie jest pisane, byś został sam.''
to baśń się baśni a bajka baje.
Księżyc wciąż pyszni się w pierwszej kwadrze,
pod Sokolicą błyszczy Dunajec
i ktoś przed jutrznią rozpieklił dzwony.
Wracam... nikt nie wie, skąd...
mgła zalega,
porankiem jeszcze nierozświetlona...
do tego miasta na morza brzegu,
do tego domu i tego łóżka,
które z oddali wskazała wróżka.
Styczeń 2008
Pieczorskaja skazka
Pitierskij skoryj wiatr przegania,
ale czy tajny lasu zna?
lisz tolko mietiel, da sniega,
ale pod śniegiem sobie żyją
baśniourody skazocznyje...
Chcesz słuchać? Przysiądź u kastra.
tęsknota w tajdze, choć ubiej...
Więc flaszku... kapsel... a tu z niej
nie wódka, światłość na polanie,
i słyszę... wiatr? — nie, głosy w lesie...
tuda, gdzie się z oddali niesie
z jołki na jołku — kałakoł
i zow diewicy:
— Żdu tiebia!
W moj swietłyj zamok liedianoj
tiebie pora, gołubczik moj!
Zajca w łowuszkie tichij ston?
Bo skąd kobiecy w tajdze śpiew?
I skąd ten dzwon?! I skąd ten dzwon?!
— Zachodi,
a ja twoju tosku wylieczu!
Wiedź ty dawno miecztał o wstrieczie...
i zamiast zmrożonego błota
torczat otkrytyje warota...
w prozracznom płatje i w koronie
podbiega... śmieje się... jest ze mną,
przyciska do mych szorstkich dłoni
swe białe rączki. Czy to czary?
I nieżno sziepcziet moja pani:
— Ty poliubił mienia nie darom,
pusć ja tiebia w moj mir zamaniu!
w słodkie odmęty i zaświaty...
Potem przejrzyste spadły szaty
i soskolznuli na ziemliu,
blask szczęścia...
Potieriał soznanie.
Nie było zamku, nikt nie śpiewał,
nasypem znów promczałsja skoryj,
znów w białych szliapach marzły drzewa,
z resztek ogniska zionął chłód.
Krzyknąłem:
— Wracaj!
W leśnym echu
rozległ się cień tamtego śmiechu:
— Wiernuś... I sczastia dni pridut...
Luty 2008
Gruzińska zza stołu
Przekład piosenki
Bułata Okudżawy
Inny przekład
tutaj
pocałuję pęd, rękę podstawię, by owoc w nią wpadł.
Zwołam druhów za stół, moje serce nastroję na miłość —
bo inaczej, to po co w ogóle przyszedłem na świat?
Prosto w oczy mi mówcie, co o mnie sądzicie od lat!
Król niebieski mi ciężkie sumienie uwolni od grzechów —
bo inaczej, to po co w ogóle przyszedłem na świat?
głowę skłonię, i w sercu odnajdę otuchę i ład,
i w jej śpiew się zasłucham, i umrę z nadmiaru uczucia —
bo inaczej, to po co w ogóle przyszedłem na świat?
niechaj znowu przede mną przepłyną na jawie pod wiatr
biały bawół, i orzeł w błękicie, i w rzece pstrąg złoty —
bo inaczej, to po co w ogóle przyszedłem na świat?
Marzec 2008
|
Bagdadowi życzę, żeby udało mu się strząsnąć z siebie przywalające go od 7 lat obce gówno i stać się znowu stolicą Krainy Baśni. |
W zachlapane okno błędny wzrok spogląda,
w głowie dżinn zakręcił, ciepłą nocą kusi...
Oto wytrwałego dosiadam wielbłąda,
niech gna przez pustynię w wyciągniętym kłusie
w dal!
A za wydmami szpieg szacha się skrada
by mi wykraść juki złotem obciążone.
Porwana z haremu prześliczna Al-Hrada
kwili w mych ramionach...
Zdrożonych wędrowców cień oazy wabi.
Zachód, krwawi niebo, gdy słońce dogasa,
dziewczyna w zawoju w zaklętej Arabii,
cień nocy zapada
w drodze do Bagdadu,
śpią fatamorgany, śpi piasek...
Dywan naszej drogi rankiem się rozwija,
słońce grzeje mózgi, czapka w głowę parzy...
Stanęła przed nami biała dżallabijja,
nad nią złoty turban... Lecz pod nim brak twarzy!
I do mojej miłej powiada:
— Kochana!
Jak mogłaś zapomnieć?!
Al-Hrada przed widmem pada na kolana
i szepcze:
— Kochany... (niestety nie do mnie)
Najdroższy, ta chwila jest święta...
Gdy w piachu przed tobą tu klęczę,
pamiętam!
— Al-Hrado, od szacha uciekłaś.
Mówiłaś, że za mną, do piekła...
— Nie chowaj urazy do mnie, cudzoziemcze,
za zgasłym uczuciem nie wyruszaj w pościg.
Ja jestem kochanką nicości...
Słońce łeb ognisty za horyzont kładzie,
jałowa pustynia przemienia się w pole...
Wyrwałem się z baśni i jestem w Bagdadzie —
lecz sam.
Z nową zmarszczką na czole.
Październik 2010
Ogień we śnie, brudny koc,
Ech, raz, jeszcze raz,
W knajpach szpan, że baju-baj,
W górę leźć, nie szczędząc nóg,
Ech, raz, jeszcze raz,
Idę polem: ciemno, cóż...
Gdzieś kłusują konie w takt,
Ech, raz, jeszcze raz,
Walczący olbrzymi
Przekiblowałem na zielonej hali
Kiedy po roku wróciłem w te strony
Odtąd to miejsce na zawsze jest moje
Nurt Wisły się wlewa
To nie jest moje miejsce. Ja przemykam
czekam na moją własną morską falę,
Stoi w ciszy las,
Zmęczony rower ustawiam pod sosną,
I jeśli będę leżał bardzo cicho,
Zasnę wsłuchany w plotki gwiazd nad lasem;
Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025
Moja cygańska
Przekład piosenki
Władimira Wysockiego
chrypię: — Co jest grane?
Lepiej czekać w taką noc
na mądrzejszy ranek.
Lecz i rankiem wszystko nie tak,
radość mi nie wraca,
czy dokańczam w łóżku peta,
czy zapijam kaca.
jeszcze mnogo-mnogo raz...
Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...
frykasy w sałatkach —
dla żebraków pewnie raj
dla mnie — ciasna klatka.
W cerkwi smród i zimny mrok —
kadzidła, brak nieba...
Nie, i w cerkwi też nie to,
nic nie jest, jak trzeba!
żeby złe nie przyszło —
na tej górze rośnie buk,
a u stóp jej — wiśnia.
Zasiać by na zboczu bluszcz
i losu się nie bać,
może by coś zrobić już...
Nic nie jest, jak trzeba!
jeszcze mnogo-mnogo raz...
Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...
Światła! Nie ma Boga!
W polu chabry pośród zbóż
i daleka droga.
Przy tej drodze lasu cień
wyje do księżyca,
tkwią siekiery, wbite w pień,
dalej szubienica.
choć chcą się położyć.
Lecz na drodze też nie tak,
dalej — jeszcze gorzej.
Ani cerkiew, ani lud
świętości nie strzeże!
Ludzie, nie! Nic nie jest już
takie, jak należy...
jeszcze mnogo-mnogo raz...
Ech, raz, jeszcze raz,
jeszcze mnogo-mnogo raz...
Styczeń 2011
Miejsca magiczne
Miejsca magiczne...
przełęcze sobie na zgodę podali,
do dziś ta zgoda trwa pomiędzy nimi...
w małym i trochę cieknącym namiocie
surowy wyrok ulewy trzydniowej,
potem w dolinę zjechałem po błocie.
dostałem wieniec słoneczny na głowę
od suchej wreszcie przełęczy zielonej.
Widziałem — wokół łańcuch górski stoi,
zbocza czekają na moje wibramy
i krzyczą chórem ,,— Witamy! Witamy!''.
i póki wierchów erozja nie skruszy,
wodę ze słońcem będzie lać mi w duszę.
Miejsca magiczne...
w Zatokę Gdańską, tworząc wielką łachę —
tam swe królestwo założyły mewy.
samą krawędzią wilgotnego piachu,
gdzie słodka woda ze słoną się styka.
Wchodzę do morza, zachód się rozpala,
wokół wir ptasi kołuje i mami —
co pogniewała się nie wiedzieć na co
i w dal zamgloną uciekła z ptakami,
lecz czasem do mnie na chwilę powraca.
Miejsca magiczne...
a w jego gąszczu dawne klechdy rosną.
na ściółkę kładę śpiwór bez namiotu,
niebo przez palce przepływa jak czas,
nad gałęziami gwiazdy bzdury plotą...
zaklęta sowa siądzie na polanie,
z dziupli wylezie psotne leśne licho,
obok śpiworu jednorożec stanie
a ja go cukru kawałkiem napasę,
z Krainy Czarów wieszczy sen przykica...
o czym? — nie powiem, bo to tajemnica.
Kwiecień 2005
Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej