LUTNIA Z GUMOWYM GRYFEM

  1. Pisanina
  2. O niezbyt dobrym poecie
  3. Wieszczowi
  4. Wieszcz i jego Świątynia
  5. Jackowi Kaczmarskiemu
  6. Słowa i czyny
  7. Do dziewczyn
  8. Rozważania nad makatką
  9. Handlarce rymów
  10. Bezradność
  11. Jazz
  12. Virorum illustrium lustratori
  13. O dwóch bardach
  14. Przyjmijcie mnie do klubu
  15. Barwy wiersza
  16. Cykl
  17. Późnojesienne lekarstwo na nerwowość naszą codzienną
  18. Dom pod kwiatem paproci
  19. Wiersz ostatni
  20. Zniechęcenie
  21. Powinność
  22. Samouczeń białoksiężnictwa
  23. Maleńki zespolik nadziei
  24. Być człowiekiem?!

  25. LIMERYKI


Pisanina

Wy chcecie poezji...   Widać Wam potrzeba
rytmu, co kołysze i w brzuchu łaskocze,
szczypty uniesienia i łyżeczki nieba,
kruszynki zadumy, wzruszenia do chleba,
tęsknoty, od której mgłą zajdą Wam oczy...

Wy żądacie wierszy...   Niechaj za Was wyśni
ktoś inny marzenia Wasze nieziszczone,
przestworza odkryje i smutek pokona,
niech Piękno popłynie jak poranny prysznic...

A wiecie, że słowa lekkie, zwinne, lotne
z trzewi trzeba wyrwać? Gdy się rodzą — parzą.

Dręcząca samotność...
Niedobitki marzeń...
W skronie ból się wwierca
włócznią zakrwawioną!
Rozedrgane serce
w piersi wali dziko,
zrywa się jak mustang,
ale się potyka
i przez chwilę kona!
Napływa muzyka
na spękane usta
posypane solą!
Gorycz na języku,
rymy w krtani płoną
i bolą! i bolą! i bolą!

Chcecie nowych pieśni...   Chcecie za trzy grosze
liryki, do tego parę deko dali
i błędnych ogników by w duszach napalić...

Weźcie więc ten wierszyk, on jest dla Was, proszę.


Grudzień 2002


O niezbyt dobrym poecie

No nie, Michosie, wiarę daj —
nie śmiałbym wzbraniać ja niczego
nikomu. To jest wolny kraj
i Castorp, jeśli zechce, może
zawracać morskie fale w biegu,
lub kretom wieścić Słowo Boże,
albo pod wpływem furii dzikiej
natchnionym zostać politykiem.

Co mi tam...   Chciałbym tylko prosić
licząc na jego dobry gust
i cnoty jego wielkiej duszy,
by, kiedy wena go ponosi,
do swoich wierszy nas nie zmuszał
i raczej nie otwierał ust.
Lepiej niech prozą dręczy nas.

Niech wzgląd na własną niemoc twórczą
wstrzymuje palce uniesione
nad klawiaturą. Nie wyrośnie
z płyty wiórowej nowy las;
daleko nie zafrunie kurczak;
pchły żarem serca nie zapłoną.
Bardzo wygląda to żałośnie
i żal boleśnie dupę ściska,
gdy w krowie budzi się artystka.

Nie płacz, Castorpie. Są na świecie
ludzie, co porzucają Ziemię.
Chcesz na Pegazie się przelecieć?
— to całkiem sympatyczny koń.
Gdy nogę w jego włożysz strzemię
w złocistą grzywę mu się wplecie
tęsknota, co Cię wiodła doń
i pieśń syrenia, co Cię zwiodła.
Wtedy ten koń nad wszystkie konie
po chmurach będzie z Tobą gonił...

Tylko oburącz chwyć się siodła
a wodze zostaw innej dłoni.


Grudzień 2002


Wieszczowi

Tak, Wieszczu! Ty nad poziomy
wylatuj! Księżyca okiem
wód trupich mętne ogromy
przeniknij z chmury wysokiej.
Dręczyłeś nas, Panie Adam,
strofą straszyłeś niegiętką
więc teraz chętnie kopniakiem Ci nadam
kosmiczną prędkość...


Grudzień 2003


Wieszcz i jego Świątynia
Exegi monumentum aere perennius...

To pomnik Poezji...   Nie pomnik!
Świątynia ogromna powstała!
I wkrótce herosi niezłomni
nadciągną po drogach i ścieżkach,
by Bogu hymn śpiewać na chwałę!
...Na próżno, bo Bóg tu nie mieszka...

Gmach wielki góruje nad światem,
strop wsparty o jońskie kolumny.
Przybywaj, Kaliope! Erato!
Wieszcz snuje rycerski poemat,
brzmi głos patriotyczny i dumny!
...I tylko natchnienia w nim nie ma...

A tymczasem poezja zaćwierkała w lesie,
po pożółkłych liściach zabębniła deszczem
namiętnie wtęskniła się w jesień,
niepomna, co jutro przyniesie,
i ziemią zapachniała, i jeszcze...   i jeszcze...

A tymczasem po świecie na zew jej stukrotny
okrągliły się biodra i piersi dziewczęce,
i w życia galopie zawrotnym
gnał jeleń, i pełzał żółw błotny,
zając kicał i ludzie się brali za ręce.

Wieszcz znowu w swą lutnię przydzwonił
(strach zawisł nad białym papierem)
i wawrzyn mu wyrósł na skroni,
gdy zagrzmiał spiżowym swym Słowem!

I muzy ustawił w dwuszereg,
niech idą Ojczyznę ratować...


Grudzień 2003


Jackowi Kaczmarskiemu

Szkoda łez, bracia, i czasu na żałość,
przed nami stoi zadanie nieproste,
bo w tym ognisku, co nam serca grzało
zgasł ogień, ale żar jeszcze pozostał.

Weźmy po iskrze, niech nas parzy w trzewiach,
niech nam nie daje zbyt spokojnie zasnąć.
Może z niej będzie przyszłości zarzewie?
Tyle możemy mieć z niego na własność.

I dalej idąc, po drogach swych marzeń,
baczmy, by śladów ciepła nie uronić.
Może się jeszcze okazja nadarzy
zebrać te iskry i rozdmuchać w płomień...


Kwiecień 2004


Słowa i czyny

Słowa a czyny...   Różnice zatrę.
I jeśli za mną podążysz w transie,
to wszechświat będzie Twoim teatrem,
w którym ze sceny zakrzyknę ,,— Stań się!''.

Gdy to zaklęcie Tobie nad głową
stworzy, o ile będzie skuteczne,
wielkie kwazary i drogi mleczne —
Czyn to już będzie, czy jeszcze Słowo?

A gdy potężną pieśnią przemienię
mglistość zabraną podgwiezdnym pyłkom
w nowe ugięcie czasoprzestrzeni,
czy powiesz, że to jest Słowo tylko?

Słów czynotwórczych niech przebrzmi echo,
mój czyn wieczorny ma służyć Tobie.
Więc mnie powitaj ciepłym uśmiechem,
bo ja nieśmiały jestem do kobiet...


Kwiecień 2005


Do dziewczyn

Niech mnie o pieśni nie błaga Beata.
Ja tylko smutne nutki śpiewać umiem,
lecz kiedy wiosna przemieni się w lato,
lepszą muzyką byle las zaszumi.
Gdy jeleń rykiem będzie wabił łanie,
to i twe serce głuchym nie zostanie.

Niech o malunki Mariola nie nudzi...
Kiedy rozjarzy chmury pożar świtu
i wiatr skąpany w ognistej ułudzie
w nasz sen barwami pokusy zawita,
będzie cię wabił na łąkę, przed namiot...
Lecz wpierw wyplątać się musisz z mych ramion.

Wiersze, obrazy... Nic mi dziś nie idzie,
rzeźb mych nie widać, o filmach nie słychać...
A wy, dziewczyny, żądacie arcydzieł!
Na razie lepiej zajrzę do kielicha,
bo w nim tęsknotę niezmierzoną topię,
przy nudnym biurku marząc o urlopie.


??? 2005


Rozważania nad makatką

      Tu las, jeleń z rogami jak wieszaki w szatni,
tam coś czworonożnego, może psy lub koty,
na rogacza się szczerzy i zagnało w matnię.
Krzywą spluwę wyciąga jakiś oprych stary,
drugi bandyta w trąbę dmie jak za dolary,
bo nie stać go na euro...
                                                A ja marzę o tym
nerwowo gryząc palce przy dłoniach i stopach,
żeby jeleń myśliwym dobrze tyłki skopał.

      Czystość seledynowa żółcią różowieje,
w bieli czerwone serca wstążeczką błękitną
na zawsze połączone, nabrzmiałe nadzieją
na życie wspólne, wierne, wesołe i wieczne
wpływają do przystani cichej i bezpiecznej,
w której nad stromym brzegiem tulipany kwitną...
      Jak długo panny młodej kibić jeszcze chudą
od rodzenia bachorów uchronić się uda?

      Tu rosną szczyty górskie, tam faluje morze,
flisak na modrej rzece właśnie rozmach bierze,
na niebie złote słońce nie świeci lecz gorze
a pobożne aniołki obok słońca klęczą
na chmurach połączonych kolorową tęczą,
po której śmiało mógłbyś jeździć na rowerze...
      — Ten kicz jest mój! — coś korci i do czynu nagli:
Pęd! Góry! Rower! Tęcza! Nie refować żagli!


Kwiecień 2005


Handlarce rymów

Tak pisz, by było kolorowiej!
Barwy jak wiersze z kwiatów składaj,
maluj miraże, i w mej głowie
przefarbuj Rosję na Kanadę.
Niech łąki płoną srebrnym zniczem,
niech błękitnieją liście drzew,
niechaj krwią świeżą śniegi krzyczą
a ty ich krzyk układaj w śpiew...

Tak maluj, żeby było śpiewniej!
Może od ciebie się nauczę
baśń o szewczyku i królewnie
zamykać wiolinowym kluczem.
Na pięciolinię rzucaj nuty,
łkaj wiolonczelą, bębnij w takt,
wesołość molów, durów smutek
zaksięguj do grających akt...

Tak śpiewaj, żeby grzmiało w dali,
by się korowód wichrów kręcił,
by z mogił skalnych powstawali
rycerze w serca gór zaklęci.
Wtedy na rynek twój popędzę
i będę prosił szumem rzek,
byś mnie zmieniła w barwną przędzę
i wplotła w wiersza śpiewny ścieg...


Kwiecień 2005


Bezradność

Ten wiersz bezdomnej nie zaradzi biedzie,
nie mamy mocy wstrętu w miłość zmieniać.
Wołam — lecz głosu braknie, by powiedzieć,
że nasze czyny dały się wyprzedzić
milczeniom.

Być! Żyć! Mieć! Kochać! Bój z nicością toczę!
A gdy kurz wreszcie bitewny opadnie,
z rozdartej chmury niebo będzie broczyć
dreszczem tęsknoty. I spojrzy mi w oczy
bezradnie...


Sierpień 2005


Jazz

To się ludziska biorą za głowy,
na czym polegać ma wiersz jazzowy!

Powinien posypać czerwonym naskórkiem drzew,
i ciepło się zaśmiać miesiącom zimowym wbrew,
i śmiech ten powinien się płynnie przemienić w szloch,
by oślepł pianista od z duszy płynących łez.
Saksofon...   jak mrówki po plecach...   kapusta i groch...
a knajpa wibruje, i jazz to, i jazz to, i jazzz!
Be my baaabe!   — Bądź mą dziewczyyynką! —
trębacz drze się, jak w ukrooopie,
by zamilknąć i przysynko...   przysynko...   przysynko...
przysynkooopić!

Kolorowo płacze wymarzony raj —
miał, jak Hermesowi, uskrzydlić im stopy.
Mississippi river, she is going dry,
tak jak kiedyś wyschła daleka Limpopo.
Lecz nie gubcie rytmu, trzymajcie się róóól!
Wspomnienie tak dawno minionej, hańbiącej niewoli
w pianiście wciąż tli się, lecz prawie już wcale nie boli,
He ain't no fooooooooooool!

I ciągnie tęsknotą przez okna, kominy i drzwi,
bo śpiewak zaczerpnąć pozwala z krynicy swych bied.
My baby, my baby, my baby, my baby, she...
my baby, she...
my baby, she
is dead.


Listopad 2005


Virorum illustrium lustratori

Cóż to przychodzi Ci do głowy?!
Naprawdę chcesz, szalony człecze,
ciosem maczugi strzaskać Słowo,
księgom stronice zakneblować
i wierszom rymy uciąć mieczem?!

Kiedy nie było jeszcze Ziemi,
kiedy Bóg wołał ,,niech się stanie!'',
wtedy Ci było świat oniemiać,
jeżeliś serce miał olbrzyma!
Odkąd przemówił pierwszy kamień,
słów rozpędzonych już nie wstrzymasz!

     A rozsiekane mieczem ciało
     będzie szeptało, szeptało...
     Twą broń jak starą szmatę pognie
     ...będzie wołało...
     i nagle w twarz Ci plunie ogniem!

Czy myślisz, że się żaru lękam?!
Wiesz, jaki stos mi wokół płonął,
kiedym wydzierał Persefonę
z władzy Hadesa? Pod mą ręką
wycie Cerbera przeszło w skowyt,
we łbie co chwila szrapnel pękał,
by się rozprysnąć bólu grzywą...
Lecz mocą lutni mej i słowa,
dziewczynę w świat wywiodłem. Żywą.

     Potem był las i skraj polany,
     łzy spod jej powiek w niemym szlochu
     po trochu
     kapały na rany
     a głos jej zatroskany
     szeptał, że kocha...

Kto ścigał wiatr i pełzał w brudzie,
przemierzał piekła i niebiosa,
w tym nie potrafisz strachu wzbudzić.
Nie będzie bał się Twoich ciosów.


Styczeń 2006


O dwóch bardach

Kiedy się grajek Marsjasz z Charonem spotykał
czekając, aż mu Parka nitkę życia przetnie,
słoną rosą po polach broczyła Attyka
wiedząc, że nie usłyszy już magicznej fletni
a nimfy i syleny szlochały w niedoli.

Los artystę Apolla też pokarał srogo:
do innych celów Grekom potrzebny był Olimp,
więc zwalili posągi przestarzałych bogów.
I gdy się antyk prześnił i dźwięk cytry zamilkł,
byli pilnie zajęci własnymi sprawami.

Wybieraj więc, z kim wolisz losem się zamienić.

Jeść ambrozję i nektar na szczycie Parnasu
a gdy zmieni się moda, odejść w zapomnienie?

Czy nauczyć się świstu wiatrów, szumu lasów?
Śpiewać dla szkap oślepłych, dla ptaków-nielotów,
piwnicznym szczurom skrobnąć czasem jakiś wierszyk —
nie dla laurów, lecz żeby świat stał się piękniejszy
i by po Twym odejściu ktoś zawył z tęsknoty...


Grudzień 2006


Przyjmijcie mnie do klubu

Przyjmijcie mnie do klubu. Ja też rymy piszę,
żeby lepić melodie z rozproszonych tchnień.
Modlitwą płatków śnieżnych nie kaleczę ciszy
a tylko cichym szronem osiadam na drzewach,
nie w uszach lecz pod skórą czytelnika śpiewam,
gdy Morfeusz spod powiek wygoni mu dzień.

I po to jeszcze piszę, by wiatr w linach wył,
w gardła zawracał z trudem wyksztuszone słowa.
By na chwałę potęgi słonych fal, zrymować
trwożne bicie serc ludzkich z przybojem na skałach,
żeby w kokpicie płomyk nadziei się tlił,
by ręka zaciśnięta na rumplu nie drżała.

Przyjmijcie mnie do klubu. Ja też w rymy wierzę,
co nie pragną analiz, pincetki i miarki,
które same na plecach wywołują ciarki,
wwiercają się pod czaszkę, trafiają do sumień.
Bukiet takiej poezji przyniósłbym w ofierze,
gdybym umiał ją robić.
                              Ale niezbyt umiem...


??? 2005


Barwy wiersza

Zanim się wiersz wykluje z rana
i z mgły rozbierze szare skały,
kłębi się w mroku całkiem biały,
choć już ze świtem zrymowany.

Wtedy karmimy się nadzieją,
że kiedy wreszcie wstanie słońce,
to wiersz w dolinach zzielenieje
i w rymach zamknie się nęcących.

W południe, albo w pół do pierwszej,
wyniosłe granie słońcem płoną,
pokryte rymowanym wierszem
ognistozłotym i czerwonym.

A gdy feeria barw cię zmęczy,
gościu, coś przybył tu z daleka,
to się nie wahaj wbić swój czekan
w wiersz, co się bieli na przełęczy.


Styczeń 2008


Cykl

Nad głową chmurny wał wykwita,
potem z gór rzewne deszcze płyną...
Nie można stale tkwić na szczytach,
czasem się spływa ku dolinom!

Ziarnko, co w żyznej glebie drzemie,
w raj pszczół wyrasta i motyli,
lecz kiedy wyjałowi ziemię,
wtedy się do upadku chyli.

To, co pachniało, później cuchnie.
Głośne — popada w zapomnienie.
Ale czasami w starym próchnie
młodziutkie pędy się zielenią...

Wzrost i upadek, wciąż to samo...
Czy tobie śni się muzy dotyk?
Więc nie rozpaczaj, i nie dziamol,
lecz się zabieraj do roboty!

Pegaz się podparł jakimś drągiem,
ma skrzydła w strzępach, nogi marne...
Lecz ty za linę chwyć i ciągnij!
Może wtaszczymy go na Parnas...


Styczeń 2008


Późnojesienne lekarstwo na nerwowość naszą codzienną

Niech szarpanina pełna podtekstów i znaczeń
przed nocą ścichnie. Miasto latarnie zaświeci —
wtedy pójdziemy, zrywając pęta rozpaczy,
w leśną dolinę, gdzie się nie gryzą poeci.
Pies się zagubi w mgle gęstniejącej i w mroku,
co hałas tłumi niby olbrzymia poducha.
Przyjdą na pomoc pląsałki leśne i duchy,
ustanie w duszy rozwibrowany niepokój.
Mgła litościwa niech nasze spory zasłoni,
wilgoć kojącą niech nam przyłoży do skroni...


Grudzień 2008


Dom pod kwiatem paproci

Nie pora się namiętnie roztęskniać o lecie,
kiedy mróz w gnuśnych sercach krew zeszklił...

— Puk, puk, puk, oto jestem. Bywajcie, poeci!
Głucha cisza. Poeci odeszli.
Jeszcze w kącie się wala gryf od starej lutni,
jeszcze kran w pegazience żywą wodą ciurka,
jeszcze sonet w podwórku
i księżyc na sznurku,
jeszcze muza zagląda — lecz coraz jej smutniej.
W pustych ramach okiennych wiatr z Parnasu świszcze,
pod stołem wysychają natchnienia okruchy...

Błędnym ognikiem staram się rozepchnąć ciemność,
stopy biegiem znużone stawiam pośród zgliszczy
i wołam do Was z Litwy:
                                        — Stańcie! Niech ktoś słucha!
Nowy dom będę stawiał. Kto ze mną?


Marzec 2009


Wiersz ostatni

Tam, pod szarym lastrykiem, spoczywam bez ruchu,
ale także nieważki polatuję obok,
jak liść jesienny tańcząc w przelotnych podmuchach.
Aż mnie przemożna siła odrywa od grobu

i nad kraj mój rodzony coraz prędzej wzlatam.
Tycie samochodziki na wstążkach się pasą...
— Ziemio! Słońce! Wszechświecie!   — Już nie ma Wszechświata.
— Dlaczego?!   — Prędkość światła, dylatacja czasu...

I sala: prokurator, woźny, protokolant.
— Oskarżony! Sąd idzie! — robi mi się słabo...
Brzmi kościelna łacina, więc nie wstaję z kolan,

gotowy wszystko wyznać w spowiedzi najszczerszej.
Quid fecisti sub sole dum etiam spirabas?
— Wysoki Sądzie, chciałbym odpowiadać wierszem.


Czerwiec 2009


Zniechęcenie

Nie dbam o dziewcząt włosy,
nie dbam o ptasząt głosy
(choć sam nucę bezwiednie).
Tyle już miałem wiosen —
co mi po jeszcze jednej?

Już nawet słuchać hadko,
więc lepiej uszy zatkam...
W rannej rosie skąpane
te wieczne listki i kwiatki
są przereklamowane.

Od śmiechu się powstrzymam
i tak dotrwam do zimy —
radość to całkiem nie to.
Usunę z wierszy rymy
i stanę się poetą...


??? 2005


Powinność

Słońce ma śnieg roztapiać wiosną,
w trawie powinny cykać świerszcze,
topole niech pod niebo rosną...

Poeta musi mówić wierszem.

Mgła opatula górskie szczyty,
dziadek klekocze sztuczną szczęką,
o stylu wiersza pieprzy krytyk...

Poeta jest, by tworzyć piękno.

Gdy wre o sztuce waśń gorąca,
ptakom w ogrodzie mącąc ciszę —

niechaj poeta się nie wtrąca,
niech lepiej nowy wiersz napisze.


Grudzień 2009


Samouczeń białoksiężnictwa
On pisał jej stichi na sniegu,
k sożalieniju tajut sniega.
W. Wysocki

Wiem, jak wasze dłonie, zaciśnięte w pięści
rozluźnić, jak oczy zasnuć wam błękitem.
Wiem, jak wasze serca, poezji niesyte,
napełnić wzruszeniem i szczęściem...

W ogień na polanie wrzucę zwiędłe dni,
od bezksiężycowych północy ciemniejsze.
Na jadze zawieszę gar spienionej krwi,
nie z żył wyciśniętej, lecz z wierszy.
Ziół podosypuję, przepalonych gromem,
co nad Wielkim Borem niegdyś się rozpieklił,
ziół z łagodnych magur i z beskidów stromych,
zebranych o brzasku przez wiedźmę znajomą,
ususzonych, zanim na stos ją powlekli.

Z sagana się sączy woń smreków stęsknionych,
i dym człekokształtny wyciąga ramiona,
i w widmo powiewem szarpane dojrzewa,
a śpiew się nasila i kona...
Poezja się zjawia jak przełęcz wśród gór,
jak brama do nieba...

I nagle trzykrotnie piał kur!

Nadal gwiazdy świecą na góry mocarne,
na moją polanę pod dębami trzema,
i płonie ognisko, nad nim wisi garnek
— ale w nim już magii i poezji nie ma...


Maj 2010


Maleńki zespolik nadziei

        Przekład piosenki Bułata Okudżawy

Kiedy rozlega się nad głową
głos trąb wśród zgiełku zwykłych skarg,
jak stada nocnych ptaków słowa
zrywają się z gorących warg.
Melodia tchnieniem ciepłym wieje
i zmywa z twarzy resztki pyłu
— zespolik maleńki nadziei
i jego dyrygentka — Miłość.

W lata niedoli i rozstania,
gdy walił ołowiany grad
po plecach nas bez zmiłowania,
kiedy pociemniał wokół świat.
I gdy dowódcy oniemieli,
dowodził z niespodzianą siłą
— zespolik maleńki nadziei
i jego dyrygentka — Miłość.

Złamany klarnet, trąbka zgięta,
na bębnie się rozlazły szwy,
fagotu nikt już nie pamięta —
lecz twarz flecisty szczęściem lśni.
Wszyscy muzycy wypięknieli,
bo z ludźmi im po drodze było
— zespolik maleńki nadziei
i jego dyrygentka — Miłość.


Czerwiec 2017


Być człowiekiem?!

Wielki był to poeta, który góry stworzył
i w śnieg je odziewając rytmu nie uronił.
Wielki, który zrymował bałwany na morzu
z jastrzębiem, co nad lasem szybuje w przestworzu
i w rzekę wpieśnił pstrągi a na stepy konie.
Wzruszam się każdą zwrotką księżycowej pełni,
kruchość róży podziwiam i potęgę gromu.
Na twarz padam przed Wieszczem, który je popełnił.

Lecz człowiek się nie udał. Pisał go grafoman.


Styczeń 2005


LIMERYKI


Za astronoma spod Zagórza
chciała się wydać pewna Róża.
Lecz on na kobietę
skierował lunetę
i spytał: ,,Czemu taka duża?!''.

Pewien poeta z Zachodnich Antyli
żywił się tęczą i pyłkiem motylim.
Choć w nim z tej diety natchnienie wzrastało,
ale kurczyło się doczesne ciało.
Więc przymusowo chłopa nakarmili.

Pewien poeta rzucił ziemskie brudy
i wzleciał w rajską krainę ułudy.
Lecz gdy tam tchnienie dali
na obiad mu podali,
to cichcem wrócił do żony Gertrudy.

A znów jedna włoska Lukrecja z przeszłości
nie wiedziała co na obiad podać w poście.
Załatwiła więc za friko
spaghetti con arsenico.
To jednak nie wyszło na zdrowie jej gościom...

Pewien koneser pod Zgierzem
w wódce zakochał się szczerze.
I choć niskiego był wzrostu,
zagrychę lubiał dość ostrą.
Więc przy toaście zżarł Jeża.

Raz romantyczna dziewczyna z Miszewa
chciała wiatr dosiąść i lecieć jak mewa.
Z wielkim zapałem dziewczyna ta
przeszła przez wszystkie kursy świata
i teraz lata. Ale jej podwiewa.

Był taki dziwak z Dziwnowa
co tarantule hodował.
Aż jedna z nich w szale
ucięła go w palec,
lecz i tak mu się podoba.

Pewien czarodziej z Internetu zimą
różdżką pomachał, co ją w dłoni trzymał.
Błysło, strzeliło i koło łóżka
stanęła piękna i mądra wróżka.
Lecz nikt nie wiedział, skąd tu tyle dymu.

A za to inny gościu wcale nie miał klasy,
bo pragnąc być poważny, ciągle tylko hasał.
Gdy wstrząsał niebem wśród grzmotów i huku,
ludzie za brzuchy się brali z rozpuku.
Wiem o nim dosyć dużo, bo to byłem ja sam.

W pewną żabę przy szosie na Piłę
różne rzeczy wpinały się miłe.
Lecz gdy miłość ustała,
wypiąć nic nie umiała,
więc westchnęła: — Boże, daj mi tyłek!

A znowu dwaj w niebie anieli
na padół łez gorzkich zejść chcieli.
Ich plan był do bani,
doczesność nie dla nich,
bo w nic nie umieli się wcielić.

Zadziwił się fizyk ze Śrema,
że w taki wdaliśmy się temat.
On przecież wie ze szkoły,
że wszystkie te anioły —
to ich nie ma.

Rozpaczał nieboszczyk spod Troi,
że Schliemann mu nerwy rozstroił.
Zawodził: ,,— To faux pas
tak cmentarz rozkopać!''
I nie mógł go nikt uspokoić.

Zimą pewien sybirak uparty
jeździł w gorod na bilard i karty.
Gdy zagrała muzyka,
tanecznie się rozfikał.
A rano, to nawet odpiął narty.

Raz pewien poeta z Helsinek
się zdobył na piękny uczynek.
Zakrzyknął: ,,— Choroba!
kurczaczko, daj dzioba!''
I tak ją przemienił w dziewczynę.

O gościu z Gdańska będą teraz wieści.
Wpierw limeryków spłodził ze trzydzieści,
potem przeczytał, rzekł: ,,— Kurna,
wszystkie złośliwe i durne!''
i postanowił ich tu nie zamieścić.

Pewnemu programiście, co stale wszystko miał w nosie,
kazali skonwertować LATIN-2 w UTF-8.
Lecz zrobił to tak niedbale,
jak gdyby nie zrobił wcale
i po latach widzimy, jakie z niego było prosię.

Nie wiedział chiński poeta w Czian-Tai-Ku
czy epopeję ma pisać, czy haiku.
Aż kumpel rzekł mu: ,,— Napisz, kolego,
długą krytykę wiersza cudzego,
to wtedy nikt się do ciebie nie przypierniczy o brak rymu.''

Pewien poeta z Pacanowa
bez przerwy śmiał się i fraszkował.
Gdy błagały go rzesze
,, — Porzuć ten wieczny śmieszek!''
rzekł: ,,— Nie da się, nie ta już głowa...''.


Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej

Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025