Tymczasem marzymy z chęcią
Le temps cours — ale do czasu!
Już czas, by czas rączy wstrzymać
Młody nie zrobi się stary,
Wiedźmy powinność — rozrabiać.
Klecha kantyczki zawodzi,
— W dole pozostaw ulice,
...Pentagram życia się spełni
Nabywam zatem pełen tremy
I co to będzie?! Co się stanie,
Wiemy, że droga jest trudna i kręta.
Idźmy bez kresu w upale i w głodzie,
Wszelka namiętność w końcu się wypali.
Gdy statek osiądzie na dnie,
Jeśli odpocząć Ci trzeba,
Nie pytaj, co słychać u mnie.
Szlakiem chwały ruszajmy ku świetlistej przyszłości!
Już bakterie nie muszą w przetrwalniki się zmieniać,
Do jego piersi przypnij płatek śniegu
Lekkim cierpieniem natrzyj mu powieki,
Na łapach sosen wisiał biały puch
Zdyszany las się diamentami skrzył,
Wszystko skumasz, Elu, głowę wznieś do góry!
I miliardy wieków w okamgnieniu miną,
Z pola silnych oddziaływań łąkę zrobię,
Wielki Wybuch pozostanie tylko po nas,
Ona przyjdzie — lepka, rozmoczona,
Nie rymujcie, że na świecie świetnie
Nie płaczmy nad losem paniką gonionych mew,
Ach, gdyby nam niebo poranne zdarzyło cud
Lecz ogień... Gdzie ogień?! To było złudzenie?! Mit?
Jednak niektórym dzieło się udaje.
Ich groby z wolna zostają za nami,
Ech, czas wyrosnąć wreszcie na człowieka...
Na łodziach, które nagle stery utraciły
Lecz wielka śmierć to także wielkie przedsięwzięcie.
Do drzwi moich żebraczka puka w każdy piątek,
Najpokorniej Cię proszę, spraw Ojcze Łaskawy,
Na niebie polarne lśnią zorze
Zatęsknisz do łąk i do gajów,
A gdy się kochają, to giną
Pod wielkim grenlandzkim tapczanem
Już czas
Czas płynie jak rwąca rzeka,
nie wejdziesz weń po raz drugi.
W miarę jak chronos ucieka,
el tiempo, kochani, fugit.
i snom się też oddawamy:
jakby tu temu płynięciu
postawić nareszcie tamy?...
Gdy projekt zatwierdzą gremia,
wiedzy wyzyska się zasób
i ostanowitsja wriemia.
i na spoczynek go skusić!
Niech river of time z olbrzyma
zamieni się w Zeitenflußchen.
zdrowy nie stanie się chory.
Na złom rzucimy zegary —
przebrzmiałe signum temporis!
Październik 2004
Impreza
Niepokój we mnie narasta,
i w tobie, i w każdej z nas...
— Lećmy wieczorem nad miasto!
— Czas, siostry, najwyższy czas!
Fajerwerk w mózgu wybucha,
płomień się w sercu zapala...
— Porzućmy szminki i ciuchy,
płaszcz z włosów starczy wspaniale!
— Nad deptak lot chyży zniż,
w rajstopy tej grubej babie
wpuść żywą piszczącą mysz!
— Drechowi oberwij uszy
i zalep mu nimi oczy!
— Lecz bezdomnego nie ruszaj,
bo biedak z zimna dygocze...
taka pobożność to skarb.
— Czy w kruchcie, w święconej wodzie
ma pływać okoń, czy karp?
A lump ma natchnienie w twarzy,
jawa ze snem mu się splotła.
On sobie dawno wymarzył
gołe dziewczyny na miotłach...
niech prędkość zatyka dech!
— Niech łysą pałę księżyca
pokryje zielony mech!
— W niecały tydzień po pełni
w magię się musisz zanurzyć!
na Łysej Sopockiej Górze...
Marzec 2003
Jakie brzydkie Chłopaki...
Dłoń mi się trzęsie, kiedy z brody
wyrywam z bólem srebne nitki.
Wiem żem niemądry i niemłody,
ale że brzydki?!
Lecz oto widzę, gdy się budzę
kres moich złudzeń.
dezodoranty w sztyfcie, w płynie,
środki na zmarszczki, szminki, kremy
i dbam o linię.
Lecz fakt mi straszny nosa przytrze,
żem coraz brzydszy.
gdy mimo starań mych i chęci
moja uroda żadnej pani
już nie przynęci?
Jestem — z mej duszy rozpacz zionie —
były adonis.
Kwiecień 2004
Cygańska ballada
Za nami rozpacz, nadzieja i burze,
i ciężar, który karki nam rozgniatał.
Przed nami ciągnie się gościniec w kurzu,
płonie pożogą, co nam huczy w głowach.
— I po tej drodze, po wertepach świata
głupich nas prowadź!
Rzućmy do rowu czarnych i czerwonych,
serce — bo ciąży i nogi nam pęta,
ojczyznę, bogów, przebrzmiałą niewolę...
— Czy dzwon mi bije?! — Nie, to skowronek
dzwoni nad polem.
postawmy życie na wędrówki kartę.
Celu nie mamy, bo nie o to chodzi
by oddać wolność, jakby już obrzydła.
— Naucz nas w drodze, jak stopy otarte
zamieniać w skrzydła!
Będą wstydliwie chować się po domach,
wędrowcy, w których oniemiał zew dali.
— Mów, przecież patrzysz bacznie spod obłoków:
jak, gdy zostanie z nas garstka znikoma,
ukryć niepokój?!
Kwiecień 2004
Miasto
Miasto wymyte deszczem, wysuszone słońcem,
miasto tysiąca ulic i tysięcy twarzy
nieświadome początków i niepewne końca,
co wita noworodków codziennie tysiące
i o tysiąc mu grobów pęcznieją cmentarze,
miasto kryjące rozpacz pod śmiechem zwodniczym,
podzielone na kluby, dzielnice i kasty,
miasto-mrowisko, gdzie się krzyk ludzki nie liczy —
moje kochane miasto...
Listopad 2004
O końcu
Gdy drzewo w szerokim stepie
uschnie, to jeszcze wyznacza
drogę donikąd tułaczom.
I tak jest lepiej.
bo nie mógł się oprzeć burzy,
to jeszcze mewom posłuży.
I tak jest ładniej.
przybądź, nie czekaj do rana,
usiądź na maszcie złamanym,
orle spod nieba.
By w serce nalać otuchy,
wiatru i fali posłuchaj,
bo tak jest szumniej...
Grudzień 2004
Hymn próbny
Już zamknięte przed nami były ścieżki i drogi
niszczył nasze zastępy antybiotyk i czas.
Lecz udało się znaleźć lukę w immunologii —
teraz ręka tyrana nie powstrzyma już nas!
Z nami, drobnoustroje, którym głodno i źle!
Organizmy kręgowców otwarliśmy na oścież!
Każdy ma w nich pożywkę! I pączkować ma gdzie!
będzie nas coraz więcej! Chodźcie z nami, kto żyw!
W jasne jutro nas wiodą, do nowego istnienia,
małe i niepozorne dzielne wirusy HIV.
Grudzień 2004
Przebranie dla dziecka
Możesz we włosy tchnienie bryzy zatknąć,
co zapach lądu przynosi o świcie.
Lecz wtedy włosów już przez całe życie
syn Twój nie zdoła przyczesać na gładko.
przywiezionego z kotła pod Zawratem.
Lecz odtąd serce jak po szybkim biegu
przez całe życie będzie mu kołatać.
tym, co bezdomne włóczy się po drogach,
a nigdy w życiu w spotkanym człowieku
syn Twój nie będzie umiał dostrzec wroga.
Grudzień 2004
Dzień najkrótszy
Niechętnie wylazł z lasu senny dzień,
i z nudów ziewnął, dzień niewiele wart.
Ze snu skoczyłem prosto w chłodną sień,
by czułym smarem maznąć ślizgi nart.
a w nas znienacka zakrzyczała płeć
i gdy szepnęłaś, że cię mogę mieć,
to zadudniły serca w ciałach dwóch.
choć dzień zmęczony za widnokrąg legł.
A w mroźnej bieli ty i ja bez sił —
na ciepłej skórze tajał świeży śnieg...
Luty 2005
Życie
W jakimś zapadłym zakątku Kosmosu, brudnym i dusznym,
metan, amoniak, węgiel, siarkowodór zmieszały się w bryję.
A potem piorun przydzwonił...
I bryja poczuła, że żyje,
i ogłosiła, że jej odtąd Wszechświat ma stać się posłuszny.
Choć to był absurd, ale nikt nie pytał o żadne szczegóły,
nawet gdy bryja na swe podobieństwo natworzyła bogów.
Mgławice gasły, bladły jądra galaktyk, szadź gwiezdna się snuła,
ale nikt nie pytał, bo w pustych przestworzach nie było
nikogo...
??? 2005
Podróż
Eli humanistce bez rozeznania w fizyce.
Pojedź ze mną zbadać liczbę barionową!
Znam na Drodze Mlecznej najczarniejsze dziury,
w lepszy wszechświat mogą nas przetunelować.
tylko weź detektor cząstek w swoje ręce!
Pochwycimy szybkie antyneutrino!
Ze mną nie obawiaj się dekoherencji.
grawitony fotonami zapylimy.
I przewróci się Heisenberg w ciasnym grobie,
kiedy pęd i miejsce kwarkom wyznaczymy.
ale zanim mury grawitacji runą,
tła promieniowanie dumkę o mezonach
ci zaśpiewa pobrzdąkując w superstruny.
Marzec 2005
Przedwiośnie
Jeszcze czas. W delikatnej bieli
lśnią diamenty na gałązkach sosen...
Lecz nadejdzie i w mordę nas strzeli
bezlitośnie arogancka zieleń! —
to zbójeckie prawo wszystkich wiosen.
pełna chuci, głośna, nienażarta!
Ale jeszcze rzeki chłodem wioną,
jeszcze łażą po mieście gawrony,
jeszcze w lesie skrzypi śnieg pod nartą...
i że da się komary wytrzymać!
Kiedy odwilż siły mi podetnie,
w jakimś gąszczu zapadnę w sen letni,
by się zbudzić przed następną zimą.
Marzec 2005
Barwnadyna
Szmaragdową trawę grzeje słońce złote,
czerwone maliny śpią pod szarym błotem.
Nić szkarłatu ścieka z sukni białoczystej,
na barwną kolację pełzną czarne glisty.
W modre oczy włażą, i w pożółkłe szczęki,
i do piersi, w której tkwi sztyletu błękit.
Marzec 2005
Pożar
Niech sady goreją, gdy trzeba ocalić stóg!
Cóż trawnik, gdy zżera pożoga zieloność łąk?!
A człowiek? — ma wartość dzierżących gaśnicę rąk
i spiesznie na wieżę dzwonniczą biegnących nóg!
już jutro rachunki za zgliszcza wystawi czas!
Niech sady goreją! My mamy ratować las,
przedszkola bezbronnych, trzeszczących ze strachu drzew!
i chmury runęły ulewą wilgotnych ciał,
i gdyby żar z sykiem się rozszedł w bezmiarach wód!
Zgasł pożar nad światem i nagle się pokój stał —
to tylko ognista jutrzenka zrodziła
świt.
Marzec 2005
2 IV 2005
Mniejsza o wieczność.
Na rodzimej ziemi
nie mamy rzeźbić posągów w granicie.
Garść kurzu i mgły trochę dostajemy,
by z nich ulepić sobie jakieś życie.
To trudna praca. Jest warte olbrzyma
takie, co kupy przynajmniej się trzyma.
W życiach jak w zaspach brniemy coraz dalej
i przeciążone serca nam łomoczą:
— Zrobić choć kroczek...
— Jeszcze jeden kroczek...
— Nie dać się burzy...
— Wypłynąć spod fali...
I choć jak wszystkim wiatr im w oczy wieje,
miraż ich życia zmienia się w nadzieję:
odchodzą, ale miraż pozostaje.
I to im właśnie my, ludzie znikomi,
na próbę ognia stale niegotowi
ofiarujemy nikły świecy płomyk.
Nie, nie na oknie, lecz we własnej głowie.
bo los nas dalej na powrozie wlecze.
I znowu z zimna drętwiejąc nocami
z kurzu na wodzie pomniki stawiamy
i nie umiemy po nich umyć dłoni.
Lecz póki blaskiem naszych małych świeczek
miraż nadziei w dali jeszcze płonie,
to jakoś łatwiej do świtu doczekać.
i łatwiej rany na duszy zaleczyć.
Kwiecień 2005
8 IV 2005
Pan odebrał Świętemu Ojcu głos i siły,
potem uśpił, by nigdy go już nie obudzić.
w ciemność dryfują rzesze oniemiałych ludzi
niepewnych, co ich czeka na rzeki zakręcie
i nieznających kursu, co omija groby.
Pół świata zatrzymano na tydzień żałoby.
Gazety rozpoczęły dramatyczny wyścig
za słowem, zdjęciem, wierszem...   A panegiryści
ogłosili zmarłego chlubą polskiej sceny.
Podstawiono specjalne pociągi pielgrzymom
by mogli ból ukoić podróżą do Rzymu,
w którym prędko na wszystko podniesiono ceny.
Telewizje nadały hektolitry płaczu
w najprzedniejszym gatunku, żeby żal nie umilkł.
Wysłano reporterów, niech prędko zobaczą,
skąd lepiej da się pstryknąć rozmodlone tłumy.
Trwa pogoń za laskami, którym w czarnym dobrze.
Dziennikarze pytają rozedrganym frontem:
— Kto przyjedzie na pogrzeb?!
— Kto przyjedzie na pogrzeb?!...
ale dzisiaj nie przyszła. Pewnie jest świadoma,
że nóg szkoda na zwykłe łażenie po domach,
gdy ludziska na głowach mają inne sprawy,
bo właśnie się na Ziemi spełnia Słowo Boże.
żeby i dzisiaj miała co do garnka włożyć...
Kwiecień 2005
Grenlandia
Ostatni już langskip bojowy
pod tchnieniem Arktyki zatonął.
Na brzegu lodowym
ów Wiking dał głowę,
co wyspę tą nazwał zieloną.
a świt się ze zmierzchem jednoczy.
I gdy się położysz
na śnieg jak na łoże,
ta pościel wypali ci oczy.
do pieśni na miarę człowieka,
bo kiedy w tym kraju
olbrzymi śpiewają,
to lepiej się trzymać z daleka.
seraki na zboczach i głazy.
W przepaści dal siną
strącają lawiny
sztormowym oddechem ekstazy.
murszeją kolczugi i kości.
Jest zimno nad ranem,
i drogi zawiane,
i mało tam ludzkiej miłości.
Kwiecień 2005
|
— Jeśli dobrze usłyszałem, to był pan łaskaw stwierdzić, że Jezus w ogóle nie istniał? Michał Bułhakow ,,Mistrz i Małgorzata'' |
|||
— Zaczekaj, spakojno, drużiszczie,
i pomyśl, tawariszcz Bierlioz:
był, nie był, a co za różnica?
Puskaj on i nie był, nu wot
tak samo do pełni Księżyca
dziś lezie lunatyk i kot.
Po uszy i tak tkwimy w błędach,
więc jakie znaczenie to ma,
czy istina, czy też legenda
przez wieki nas goni i pcha?
A jeśli on był — czy w twej głowie
odmieni się dobro na zło?
I był li on bog, ili człowiek,
wiedź eta tiebie za adno!
Pastoj, rassużdaj i mów szczerze:
w swej głowie, widziałeś go w snach?
Tak możiet jejo nie atrieżut
w tą noc na Patriarszich Prudach...
Kwiecień 2005
Fourierem złamię Ci pakiety fal na
Hiperpowierzchnio bez osobliwości!
Ach, Twoje gładkie i wypukłe usta!
Mleko od kraja do kraja,
Tęcza, co barw się wyrzekła,
Kto ukradł serca zegarom
I piję...
Pamiętam, szedłem powoli przez świat
Więc teraz pytam drżącym głosem starczym:
A kiedyś... miesiąc szalonej pogoni,
Lecz nikt nie twierdził, że jestem za młody!
W Szeherezadzie łatwom dostrzegł talent,
Przeżyłem królów, cesarzy i bogów,
Ale dla ciebie wciąż jestem za młody?!
Niech będą otoczone rzęsami przyjemnie,
Czasem mogą zapłakać — ale, proszę, rzadko!
I jeszcze mają na mnie spoglądać w zachwycie.
Ciepła ziemia chciwie piła blask księżyca,
Sen jak prezent... i przeklęte przebudzenie...
Słońce płonie, w pożar nieba ścierwnik wzlata,
Oferma ze szpadą bredzi o swych snach,
Huk, rwetes dokoła,
Racice czerwone i lepkie... krew jego...
Lecz kiedyś pęknie z hukiem gwiazda nieostrożna,
Potem wszechświat zastygnie w niemocy i chłodzie,
Pospieszny przy ciemnym peronie przystanął.
Noc czarna za oknem już miastem się jarzy,
Oto grób. A w nim gnije Ikar, humanista,
A Ikar po schematach wodził wzrokiem błędnym
Dedal nudził: ,,— Leć równo i zachowuj siły,
Ikar oczyma duszy już odwiedzał Olimp,
,,— Słuchaj mnie!'' — krzyczał Dedal. — ,,Nie rwij się w niebiosa!
Następnie mu do ramion przyczepił prototyp
Ikar pognał na spotkanie zorzy
A Dedal doleciał.
***
Jako że stopu własności mi brak,
nie próbuj za mną udawać się w pościg.
Raz tylko zgódź się! Ja już twoje ,,Tak''
doindukuję do nieskończoności.
proste sinusy (wyjaśnię na kartce).
I daj mi przestrzeń! Niech będzie normalna,
ja ją dla Ciebie już jakoś uzwarcę.
Z Tobą się w jedną rozmaitość stopię!
Poznaj dodatnią pochodną miłości
i zbliżającą czułą homotopię!
Jak oscylator serce mi się buja...
Nie żądam wiele: daj tylko zbiór pusty,
ja z niego całą hierarchię zbuduję.
Kwiecień 2005
Mgła
Przez szyby wciska się mgła,
zawisa nad resztką dnia
i ślepe auta macają
białymi laskami asfalt.
wszystkie kontury rozmokły.
Pokrętła od kontrastu
nie mogę znaleźć pod oknem.
zamienia domy w ruiny,
szpitale w przedsionek piekła,
siwizną pokrywa głowy,
z ulic zabiera dziewczyny
i ich kochanków widmowych.
i sprawił, że już nie biją?
Z butelki nalewam szarość...
Maj 2005
Dziewczynie, która potrzebuje starszego
— Za młody?! No to ile mam mieć lat,
żebyś mi chciała użyczyć swych wdzięków?
wśród krwi, pożogi i historii wirów.
Trzymając na mym ramieniu swą rękę,
podążał pieszo Wernyhora ślepy,
bawił kozackie kurenie swą lirą
i rzucał wieszczby w zaporoskie stepy...
czy lat czterysta tobie nie wystarczy?!
kołczan mnie walił w krzyże obolałe,
z konia do jurty, i znowu na konia,
na zachód! A tam dumne miasto stało
...iść cicho, żeby nie zbudzić rycerzy...
Tak więc pierzastą wypuściłem strzałę
w gardło trębacza na kościelnej wieży.
Za późno: hejnał i odwrót spod grodu...
ale nie chciałem jej przewrócić w głowie —
poetów trzeba straszyć a nie chwalić —
więc udawałem, że ze mnie okrutnik
i że jak zaraz baśni nie opowie,
to o świtaniu kat głowę jej utnie.
Włos by jej nie spadł. I dziewczyna płocha
musiała wiedzieć, jak bardzo ją kocham...
czasem na szczycie, częściej w krwi i w pyle...
Jak w masło wszedł mój naostrzony sztylet
w trzewia Cezara pod szkarłatną togą,
i mój pędzelek wiernie dzień po dniu
dla Mistrza Konga spisywał Lun-Ju,
a jeszcze wcześniej w opary poranne
wywiodłem z dżungli pozbawionej wody
stado małp ludzkich prosto na sawannę...
Maj 2005
Niegotowość
Kiedy w końcu w dnia rozgardiasz z łóżka wstanę,
jak modlitwę szepczę wiersz nienapisany.
Senne uszy wypełniają dźwięki święte
ze strun skrzypiec smyczkiem jeszcze niedotkniętych.
Na śniadanie tak niewiele mi potrzeba:
małą kromkę nieupieczonego chleba,
kubek mleka niewydojonego z krowy...
Potem idę w świat porannie niegotowy.
Ileż kobiet! Skradam ku nim się jak złodziej
rozważając, która zechce mnie urodzić.
Lipiec 2005
O oczach
Pogląd kontrowersyjny pozwólcie przytoczyć:
co tam biust! Najważniejsze w kobiecie są oczy!
niech w nich się odbijają kwiaty, drzewa w bluszczu,
morze, śnieg w blasku słońca... Niech się śmieją ze mnie,
bo to mi z głowy wodę sodową wypuszcza.
Tęsknotą się napełnić, gdy tęskne jest życie...
Lecz nie wolno im w złości trwać w żadnym wypadku!
??? 2005
Pan
Znów jest chłodno, mokro, szaro i porannie,
rozemglony sen z tęsknotą nocną znika.
Właśnie byłem panem zwierząt na sawannie,
jeszcze gardło rozedrgane mam od ryku.
co szarańczą na spaloną trawę padał.
Gibkie ciała wyprężały młode lwice
i czekało na rozkazy moje stado.
ludzki jazgot, na widowni fleszów błyski...
— Dziś nie będę, człeczku, skakał po arenie!
I nie włożysz mi durnego łba do pyska!
woń zdobyczy, pot na sierści w biegu dzikim...
— Nie wygrażaj mi, karzełku, śmiesznym batem,
gdy wezbrane serce pełne mam Afryki.
Grudzień 2005
El toro
Zwleczono z areny poprzedniego byka,
fetorem agonii wiatr nozdrza przewiercił,
a werbel oszalał, a fanfara gra.
Pod niebo wydziera się durna publika,
żąda nowej śmierci,
efektownej śmierci
— to mam być ja.
rozsyła całusy, z widownią się wita.
Ma oczy czerwone i błyszczy w nich strach,
ma oczy czerwone, mych rogów niewarte.
— Do domu, hombrito!
No quiero matarte.
arena parszywa,
banderilla w czoło,
ból we łbie zapłonął,
wilgoć z czoła spływa,
czerwona...
Nowy cios mnie piecze,
umrzeć pragnę w biegu!
— Zejdź mi z drogi, człecze,
nie tratuję zer!
w loży płacze wdowa... — Lo siento, mujer...
Styczeń 2006
Przyszłość
Jeszcze możesz zobaczyć niebo nieumarłe,
światełka zabłąkane w czerni oceanie,
słońce dające życie, zanim białym karłem
się stanie.
piekło przemknie przez pustkę i huk wsiąknie w ciszę.
Kiedy giną przestworza, ich jęku nie można
usłyszeć.
mrok się w bezruch przemieni a bezruch zamroczy.
Wtedy popatrz!
Lecz nie wiem, czy ci nie przeszkodzi
brak oczu.
Listopad 2006
Kolejowe country
Maszynie na dworcu gość wciska do pyska
monety; gdy wygra, pochwali go stara.
Lecz szmal się nie sypie, choć dzwoni i błyska.
A do mnie podchodzi bezdomny i z bliska
tchnie w ucho: ,,— Daj, koleś, zajarać...''.
I nie wiem, czy spełnić marzenie biedaka,
czy podejść do kiosku i kupić mu raka,
choć stać mnie na taki gest.
Lecz jadę z daleka
a w domu mnie czeka
kobieta, kolacja i pies.
Rozwrzeszczał się wieczór, zesmrodził i schamił,
bo siedzi w wagonach żołnierstwo pijane.
Przysięga! Przepustka! Zabawa do rana!
I drze się rzucając kurwami.
A mnie się kołaczą po łbie takie myśli,
by władzę obalić, kraj z wojska oczyścić
od kresów po nerwów kres.
Lecz zamach odwlekam,
bo w domu mnie czeka
kobieta, kolacja i pies.
zatrzyma się winda i szczęknie w drzwiach gerda.
Lecz zanim przytulę swą twarz do jej twarzy
i zanim wkroczymy w nasz świat sennych marzeń,
obskoczy mnie pies i tęsknotę rozmerda.
Gdy żarcie żołądek wypełni przyjemnie,
jak zwykle pozrzędzę, że rząd znowu ściemnia
i kradnie.
Bo wiem, że to jest
los godny człowieka,
gdy w domu go czeka
kobieta, kolacja i pies.
Marzec 2007
O wyższości wiedzy nad zachwytem
Przechodniu, podróż wstrzymaj i uroń łzę czystą,
wsłuchaj się w szept, co z ruin antycznych dobiega...
który nie umiał pojąć zasad Bernoulliego.
Ojciec, inżynier Dedal, mówił: ,,— Ruszaj głową.
Zadbaj o kąt natarcia, by malał z prędkością.
Każde skrzydło z osobna daje siłę nośną,
więc bacz, jak się układa siła wypadkowa.''
i zazdrościł jastrzębiom, co w niebo się wzbiły...
ten model skrzydeł nie jest energooszczędny.
Jesteś większy od ptaka, więc gdy w górę wzlatasz,
nie trzepocz, tylko szybuj. Przy tym się zastanów,
że siła twoich mięśni wzrosła do kwadratu,
podczas gdy twoja masa wzrosła do sześcianu,
więc w porównaniu z ptakiem masz deficyt mocy.''
i jedną nogą duszy deptał gwiazdy nocy
a drugą nogą duszy z nimfami swawolił...
Nie próbuj akrobacji! Źle skończysz, idioto!
Mamy się tylko wymknąć z niewoli Minosa.''
i w drogę.
ku srebrzystym obłokom skrytym w mglistej dali,
tam, gdzie rydwan Heliosa zanurza się w morzu.
Potem sfrunął nad wodę nisko. Musiał przecież
swe ramiona omdlałe dać ochłodzić fali
i sól zaczerpnąć w płuca...
Marzec 2007
|
1.
Nudne błękity, wiecznie te same...
|
2.
Smrodzą te auta, brudzą i warczą
Ja sobie zrobię auto na żagiel,
|
|
|
3.
Pani ma takie złożone wnętrze
|
4.
W gąszczu dziewiczym, gdzie ludzka stopa
Aż w końcu stanęło na tym,
|
Z polany pachnącej już nie chcę korzystać
Topola pokrywa się mgiełką zieloną —
Renifer spod szreni wygrzebie krzyż złoty
— Cud-kobieto!
I nęciła mnie zimą na przemian
Niebo z wolna znów pokryły chmury
Biegła... Ja nie dotrzymałem kroku.
— Samotny niedokot
Zawrzasnąłem mu z bliska:
Miała wszystko jak trzeba:
Było mglisto i wcześnie,
Wszystko na nic: ta mała
Jak to wszystko wyjaśnić mam żonie?!
Tu jesteś?! Daj rękę!
Za dużo za młodu
Bez wysiłku rozganiam obłoki
nie wiem, czy są przepiękne czy szpetne
Jeleniom prostować poroża,
Nie cierpię spóźnionych pociągów!
Bo miałem łabędzie tankować przed lotem,
...I miałem ci mówić o mojej miłości,
A pociąg wciąż pełznie jak wąż w mnogiej ciąży,
I wtedy z przestworzy odezwie się Bóg:
Spłakane ulice, to miasto nie śpiewa,
Behemot zamruczał zwinięty jak dywan...
Lecz oto Gdańsk Główny. Wysiadać!
Niebo również śpiewa bezobłoczne,
Patrz, jedziemy po krawędzi świata!
Moje życie też biegnie w ciasnej niedoprzestrzeni,
Czy, gdy łańcuch odgryzę,
Chciałbym tygrysa siodłać i niech mruczy jak kocię,
Lecz oto już nadbiegli. I mówią, że nie można.
Potem były pocierania kłami,
Wtem Przedwieczny dłonią bezlitośnie
Ale w sercu, niezrażonym losem,
Prąd historii przez palce przecieka
I tak kiedyś przemielą mnie żarna,
I tylko trochę częściej skrzydła mdleją
Ale starości nie ma! I niech pękną
A kiedy nagle grzmot roztrzaska ciszę,
My potem z soli obmyjemy twarz,
Z prędkością jaką pobiec, by wcale się nie starzeć?
Lecz wtedy moja masa osiągnie nieskończoność.
Obawiam się zacisnąć pięści
Lękam się w podoliwskim lasku
Nie dmucham na grenlandzkie lody,
Ja, widzisz, także żyję w strachu...
Misinfosteles:
Netfaust:
Misinfosteles:
Netfaust:
Misinfosteles:
Netfaust:
Misinfosteles:
Netfaust:
Misinfosteles:
Netfaust:
[ADAGIO]
niedopomysł w niedoramach,
Ale błędny ognik nie gasł...
[VIVACE]
Rozpostarłem przestrzeń nad trywialnym ciałem,
[GRAVE E TRISTE]
[CON FUOCO]
Chociaż grupy homotopii są zerowe,
[MAESTOSO]
Niech każdemu szczęścia dni
Jeszcze kryje szary kurz
Dopóki nam Ziemia się kręci
Poprzez rozpacz, żal i wstyd,
Dopóki nam Ziemia się kręci
Choć nie wiemy, jak do gwiazd
Rozgardiasz bujnego życia zaniknął i zamilkł,
Świat ma być światem, więc czasem bez spoczynku gonię,
Lecz teraz już w przyszłość biegnę, badać tropy nowe.
Niech w parkingi obrasta
Meblujemy świat cały od końca do końca
Szarpiemy się przez życie w wiecznych przeprowadzkach,
Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025
Pohjola
Tu, u nas, skowronek świrgoli nad polem...
Lecz wziąć by wóz, sanie, lub czółno
i łosim hejnałem powitać Pohjolę.
I pójść jeszcze dalej na północ...
i z leśnych szelestów zbyt cichych.
Niech w płuca się wdziera powietrze jak kryształ
a z drogi niech spycha mnie wicher.
jej problem. A mnie o to chodzi,
by w gwiazdkach srebrzystych po biodra utonąć
i zamek zbudować na lodzie.
i sowa zakrzyczy donośnie.
Ognisko na śniegu... Jak sieć mnie omota
od dawna tłukąca pod czaszką tęsknota
za tropem po białym bezwiośniu.
Luty 2008
Niedokot
W mglistą szarość wpadły liście złote —
biel wygrała.
Radowało mnie to,
że wdzięczyła się z cichym miaukotem...
— Kot-kobieto!
w przytulanki, mruczanki i harce,
a gdy ciepłem zapachniała ziemia...
...nie, nie powiem, co działo się w marcu...
czas nastąpił deszczów, mgły i łez.
Coraz częściej stroszyła pazury
i warczała na mnie, niby pies.
Teraz tęsknię do oczu zielonych
i do ciała...
niegłaskany i niedotulony.
??? 2005
Żaba zaklęta
Chłód po lesie się błąkał,
mgły wstawały na łąkach,
jak pożarem czerwienią świt płonął.
Wtem zadrżało mi serce:
wstrętny bocian morderca
zręcznie chwycił w dziób żabkę zieloną.
,,— Zostaw żabę, ptaszysko,
bo twój własny dziób wbiję ci w tyłek!''
Chwyt... pęk piór... i skok w bok...
żaba w dłoniach! Cmok! cmok!...
aż ją w piękną księżniczkę zmieniłem.
oczy w kolorze nieba,
czym oddychać, i na czym zasiadać,
skórę białą jak mleko,
kółko w pępku, top, dekolt,
mini, różę na łydce i diadem...
gdy szepnęła mi ,,— Weź mnie...''.
Serca mężczyzn są rzewne i słabe,
więc westchnąłem bez słowa
i zacząłem całować,
licząc, że znów przemieni się w żabę.
stoi, jak przedtem stała,
choć wschód słońca miesięczną krwią płonie,
czule patrzy mi w oczy
i rozkosznie szczebiocze.
Sierpień 2008
Nie puszczę cię
— Brzdęk! — talerz... Brzdęk! — okno, szyba... Krew na czole...
Biegniesz... Dyszysz ciężko, pobladłaś jak trup...
Dać drapaka w nicość chcesz? Nie, nie pozwolę!
Znajdę cię po krwawych śladach bosych stóp!
Szalona? Cóż z tego?!
Zawołam donośnie.
Jeśli nie odpowiesz, to i tak w noc parną
twe ciało do moich rąk będzie się garnąć.
Nie zechcesz odkrzyknąć — w piersiach ci narośnie
zew dawnej tęsknoty i rozpruje ciszę
skargą płuc po biegu przez ściemniałą puszczę.
Znajdę cię! Przez lasu szeptanie usłyszę,
w objęciach przytrzymam, w zaświaty nie puszczę,
bo jeszcze nie pora tak kończyć udrękę...
Orchidea?! Brednie!
Odpychasz, lecz ściskasz
moją dłoń bezwiednie...
Nie szarp się, nie szalej,
mnie gniew się nie ima,
daj rękę!
To ja jestem, blisko,
twoje serce wali,
i tulisz się do mnie...
Już ja cię zatrzymam,
mam siłę!
straciłem,
by szczęściu dać odejść
do wspomnień.
Wrzesień 2008
O nas
Pytasz trwożnie, czy dom mi nie służy
i dlaczego gładkich ścian nie cenię...
Widzisz, byłem za długo w podróży,
by tak, szast-prast, zapuścić korzenie.
i dosiadam wiatru jednym susem,
lecz nie umiem froterować okien,
nie wiem, jak się zapyla kaktusy,
ciałochrony z lumpeksu za grosze.
Kiedyś się nauczę.
Ale przedtem
przymierz skrzydła, które ci przynoszę...
Październik 2008
Pociąg pospieszny z Piecków do Migowa zwiększył opóźnienie do
około 525960 minut
Robota...
Tak! Trzeba się zabrać, nie zwlekać!
poświatę księżyca pakować do weków,
niedźwiedziom z łap ciernie wyciągać —
lecz pociąg do celu dojechać nie może.
i bobrom wykładać teorię dziur w moście,
zamiatać strumyki...
Mam tyle roboty,
a tkwię tu bezczynnie w pociągu spóźnionym!
lecz poszłaś już sobie z peronu...
i nie wiem, czy chociaż na pogrzeb mój zdąży.
Lecz już się
rozpędza,
o szyny
stuk-puk,
więc może
dojadę,
nie dziś,
lecz w ogóle,
i goście nad grobem pochylą się z bólem.
— A mogłeś pociągnąć hamulec...
Listopad 2008
Powrót z obcego miasta po ciężkim dniu
Już wieczór przyczłapał i wreszcie ukoił
niesytość i twarz od łez mokrą.
Usiadłem na szynach w zmęczonym spokoju,
krzyk trwogi ciskając w widnokrąg.
I łeb nie wybuchnął mi bólem,
nic więcej już dzisiaj nie muszę,
przybywaj więc, nocy magiczna! I duszę
rozmiękłą mi ulecz!
nie czekać! — odlotu już pora.
Pod stopą półksiężyc... Co mi tam ulewa,
popłynę gondolą po torach!
Pobiegnę, gdzie piekło się kończy,
gdzie halny nadciąga z południa.
Osiodłam tęsknotę — niech wreszcie zadudni
jak pociąg na złączach.
— nie, tylko zachrapał pasażer.
W błękitny ocean delfinem wypływam,
lub może przez okno wyłażę...
Sen dawno nieśniony się smuci,
że już się do śnienia nie nada...
Rozmiauczał się wielki kot w bucie,
i czuję, że czai się we mnie uczucie...
Marzec 2009
Wiosna? No to w drogę!
Nocą trawa wybuchła na łące,
grzywy liści wdzięczą się na drzewach,
na kamieniach grzeją się zaskrońce.
Pod kołami, napełniona słońcem,
ziemia... Słyszysz? — śpiewa.
na nim ciągle tyje księżyc, drań.
Nie zaznamy dzisiaj ciszy nocnej:
łyk z bidonu, światła, potem mocniej
na pedałach stań.
Tylko w głowę niepokój się wwierca,
że nam z wolna z serc młodość ulata...
— Nie bój bidy! Jak dętkę załatam
nasze oba serca.
Maj 2009
Snoboda
Ślimak, z ziemi wypełzły, gubi się w stercie chrustu,
borsuk do wąskiej nory ucieka w przerażeniu,
jeleń w gąszcz się zaplątał, zapewne dobrze mu z tym...
wolę tlić się, niż płonąć.
znów odzyskam swobodę w baśń niedobrą zaklętą?
Czy na równinach musi uciskać mnie horyzont,
a na skalistych zboczach grawitacja ma pętać?
słońce zatrzymać, żeby nie dać lata jesieni,
z Olimpu w przepaść skakać i głośno śmiać się w locie,
gwiazdy z nieba zerwane ponadziewać na rożny,
sześć ścian mojego bytu na górny wiatr zamienić...
Czerwiec 2009
Fraszka o przemijaniu
Rude ważki fruwały nad wodą,
kwiat paproci płonął i zachwycał.
,,— Kocham panią!'' — do mastodoncicy
raz powiedział włochaty mastodont,
zaraz potem ze wzruszenia zamilkł
(nad jeziorem zbierał się mgły kłąb).
drżenia uszu i splątanych trąb,
białe noce jak wiersze bez rymów,
marsz dudniący po śniegu, ku wiośnie...
raczył skinąć — i gatunek wymarł.
Marzec 2010
Wiatr historii
Wiatr historii zabrał moje włosy,
długą brodę upstrzył, łajdak, szronem.
ciągle hałas podnosi skowronek.
Już nie zliczę krzyżyków na karku,
a czas pędzi jak rumak olbrzyma,
więc na szyję zarzucam mu arkan:
choćby ręce mi wyrwał — utrzymam!
Skok! I cwałem na oklep półżywy,
dzwonią zęby, klekoczą mi kości!
Pazurami wpiłem mu się w grzywę,
żeby nie spaść, nie zostać w przeszłości!
i wyniosłe skały w pył zamienia.
Kruche czółno niesie czasu rzeka —
ja mu nie dam osiąść na kamieniach!
Gnuśne ciało chce odzipnąć trochę,
z trupich brzegów kusi senna ciemność,
w rwącą kipiel zwalam się z porohu...
— Nie spać! — przecież znów skały przede mną!
szczęk nożyczek — Parka przetnie nić.
Ale nie dam się babie za darmo
i nie będę na OIOM-ie gnić!
Wietrze dziejów, towarzyszu bliski,
wielkie dzięki i chwała ci za to,
że porwałeś mnie kiedyś z kołyski
i raz po raz prałeś mnie po pysku,
aż rzuciłeś mnie na deski świata.
Kwiecień 2010
Nie ma starości
Nie ma starości!
Tylko częściej z prądem
w zgodnej harmonii płyniemy przez świat.
Tylko ciut wyżej stawiamy rozsądek
niż za minionych buntowniczych lat —
zamieniliśmy na wiedzę nadzieję,
nie wystawiamy już czaszki na strzał.
w codziennym locie do wyniosłych skał...
ci, co się cisną, złorzecząc i lżąc!
Częściej w kobiecie dostrzegamy piękno,
niż punkt skupienia rozszalałych żądz...
łódź się pod nami groźnie zakołysze,
wanty zajęczą pod ciosami szkwału,
to z naszych schrypłych gardeł wątłe słowa,
będą załogę przestrzegać nieśmiało,
że trzeba żagle przed sztormem refować...
Lecz nim się morze nad pokładem spieni,
to kapitana młody, dźwięczny głos
powiedzie statek przez burzliwy los
czy to w zwycięstwo, czy na zatracenie!
żeby pozdrowić ów świat, niegdyś nasz...
Maj 2010
Dylatacja czasu
Gdy czasem w łysej głowie zaduma mi zagości
i gdy wyniki badań medycznych mnie ubodą,
wspominam: upływ czasu zależy od prędkości,
podlega ,,dylatacji'' (ta rzecz już nie jest tajna):
jeżeli szybko biegnę, zachować mogę młodość —
tak głosi relatywizm stworzony przez Einsteina.
Postulat całkiem prosty, lecz spełnić go niełatwo,
bo twarda rzeczywistość nie słucha naszych marzeń.
Rozważam, czytam, szukam, aż mi policzki płoną:
by czas mi się zatrzymał, dogonić muszę światło...
Wrzesień 2024
Strach
Boję się, płynąc Mleczną Drogą,
że konstelacje gwiazd postrącam.
Że, gdy za wiatrem ruszę w pogoń,
z Olimpu powystraszam bogów,
że się potopią bez nadziei,
gdy wpadną w rzekę czasu rwącą,
że się przedwcześnie postarzeją...
i tupnąć w granitową skałę,
bo wtedy Ziemia się zatrzęsie...
Więc, by w Gujanie, czy pod Mekką,
dachy z budynków nie spadały,
staram się zawsze stąpać lekko.
rozsierdzonego lwa pogłaskać,
po groźnie naprężonej skórze,
bo gdzie spod grzywy ślepia błysły,
z kociego futra lecą iskry
i mogą spowodować burzę.
żeby nie stopić ich oddechem.
W górach wstrzymuję się od śmiechu,
by nie obudzić śpiących lawin.
Nie mówię mądrze bez powodu,
bo mógłby tych, co będą słuchać,
porazić blask mojego ducha
albo i zmysłów ich pozbawić.
Boję się powiekami machać...
Czerwiec 2010
Rozmowa Netfausta z Misinfostelesem
Netfaust:
Dziś mi niestraszne wieczorne upiory
i wichru z deszczem za oknem śpiewogra.
Ująłem Wszechświat w precyzyjne wzory.
Według tych wzorów piszę teraz Program,
który sens wskaże Zachwytu i Grozy,
i Moc wykryje, co zrodziła Rozum,
i Siłę, co go przemieniła w Pychę,
czasoprzestrzeni odszyfruje Kod,
odnajdzie Życie, które nie oddycha...
Ruszaj, Programie!
Segmentation fault!
Ki diabeł... Ktoś ty?! Skąd jesteś, widziadło?
Jestem Świętości podporą upadłą
i pojemnikiem wirusów nieczystych,
złośliwych pluskiew naczyniem bez dna.
Jestem przeklętą zmorą programisty —
mętnym i sprzecznym opisem zadania,
siłą, co czyni Dobro, pragnąc Zła.
Już wiesz, kim jestem?
Widzę na ekranie
brudne kolory i trwożącą ciemność...
Powiedz mi, zanim wyłączę komputer
i twe istnienie przekreślę rebootem:
czemu zawdzięczam wątpliwą przyjemność,
Szatanie?
Czy chcesz mej duszy, czy hasła do roota?
Hasła? Czy twojej mądrości opoka
chroni się garstką niepozornych haseł?
Umiem na tyle przyspieszyć bieg czasu,
że minie pełne alef zero er,
wydając ci się ledwo mgnieniem oka.
Gdy skończę taki nieskończony pościg,
nic nie zostanie z nierozstrzygalności
problemów twoich jedynek i zer!
Żeby ktoś umiał nieskończoność wieków
zamknąć w kapsułkę i całą przeczekać,
to sam by musiał istnieć w pozaczasie,
gdzie nic nie może już nigdy się zmienić.
Tego, wiadomo, uczynić nie da się,
mogę wykazać ci to obliczeniem.
Tak się rozmawia z uczonym człowiekiem!
Czego nie zmaca — to mu jest dalekie,
jeśli nie chwyci — ma za nieprawdziwe,
jak nie obliczy — to fałszem nazywa,
nie zważy — mówi: to nieważkie rzeczy,
a nie spienięży — wartości zaprzecza.
Nudzisz. Ja chciałbym Mądrość zakląć w bity
i, co od zawsze skryte, poodsłaniać.
Chcę, żeby Umysł spełnienia niesyty
odebrał Bogu monopol stwarzania.
Pragnę Teorii, co Wszechświat pozmienia
i poprowadzi Ludzkość w miły Raj,
choćby za cenę mego potępienia.
Wtedy odpocznę. Powiem: chwilo, trwaj!
Taką teorię stworzyć się postaraj.
Potrafisz?!
Wszelka teoria jest szara,
a złote drzewo życia jest...
...zielone —
czytałem bzdurę tą przed wielu laty.
Widzę, że widmo, inferno zrodzone,
żądzy mądrości mej nie zaspokoi.
Lepiej już prowadź mnie do Małgorzaty,
czy jakiejś innej obietnicy swojej...
Październik 2010
Koncert o stwarzaniu światów
Na początku był niepokój —
błędny ognik w gęstym mroku,
ciąg, co nijak nie chciał zbiegać...
Pomyślałem: przejdzie samo.
Więc zebrałem krzywe w pęk unormowany,
wyznaczyłem homologiom funkcje brzegu,
i był wieczór, i noc była, i zaranek
dnia pierwszego.
wprowadziłem bazę silnie nieskończoną.
I znów wieczór, i noc przeszła, i już dniało —
drugi dzionek.
Stosy zmiętych kartek w domu,
w sercu gorycz jak syk kobry,
bo mój pomysł,
mglisty pomysł,
nie był dobry...
Świeża kawa, czysta kartka, i od nowa:
nieskończenie wymiarową, parazwartą,
rozmaitość przyjdzie w sferę odwzorować —
na dzień czwarty.
to ściągalność jeszcze z tego nie wynika...
Idźmy dalej: proces Gaussa i Markowa
(który dzień? — już nie pamiętam),
wytyczona ewolwenta...
ja piórkuję... pogodziła się z metryką!
Patrzę na mój świat z wysoka
i oceniam, że jest okej...
Kwiecień 2011
Świat mamy u swych stóp
Przekład piosenki
Charlesa Aznavoura,
można jej posłuchać w oryginale
tutaj
los odmierzy.
Każdy znajdzie czas na łzy
z własnych przeżyć.
Póki życia skra się tli,
niechaj wierzy,
że przemieni przeznaczenie swoich jutr.
nową miłość,
grzejąc życie, co się już
obudziło.
Chociaż tyle groźnych burz
się przeżyło,
z wiosną zawsze w nas powstaje nowy duch.
świat mamy u swych stóp.
Choć jest szalony i bez pamięci —
mamy go u swych stóp.
co nas dławi,
ponad boleść, ponad łzy
i nienawiść
krąg nadziei wciąż nam lśni
i to sprawia,
że się serce zrywa nam do wolnych snów.
świat mamy u swych stóp.
Choć jest szalony i bez pamięci —
mamy go u swych stóp.
drogi mierzyć,
chociaż nam zniszczono czas
naszych przeżyć,
gdy się życie kuli w nas,
chcemy wierzyć,
że świat będzie jako łup
tkwił u stóp!
Styczeń 2013
Sigma
W ostatnią sobotę Sigma ukończyła swój intensywny
bieg przez ten świat. Miała długie i bogate życie.
A na ostatniej prostej z jej piersi wydobył się
przedziwny dźwięk — zawyła jak wilk do Księżyca.
słońce się z wolna po niebie przesuwa na zachód.
Poruszam Ziemię czterema mocnymi łapami,
w nozdrza biją wspomnienia zamierzchłych zapachów...
żeby nadążyć za dziwnym splotem snów człowieka.
Gdy mu potrzeba otuchy — poliżę mu dłonie,
a kiedy do domu wróci — radośnie zaszczekam.
Bywajcie — ale na ziemi nie będziecie sami.
Pogodną nocą spróbujcie ku niebu wznieść głowę
i odnaleźć mnie tam w górze pomiędzy gwiazdami.
Listopad 2021
Harcerska zielona piosenka — nowa wersja
Pokryjemy betonem,
spalinami i dymem
kraj nasz cały od sioła do grodu.
Zdeptać trawę zieloną,
rzeki w biegu zatrzymać,
lasu szum zmienić w ryk samochodów!
kraj neonów płonących
nad głowami od zmierzchu do świtu.
Co tam wsie, co tam miasta —
niechaj po nas na łące
pozostanie stos opon zużytych...
Luty 2024
O kotach
My, ludzie, zawsze mamy tak wiele roboty,
tyle problemów, którym nie starczy i sto lat,
że w naszym ciągłym biegu nie liczą się koty,
bez wahania, choć z żalem, zrzucamy je z kolan.
obalamy ustroje, stanowimy prawa.
A jak nam się przypomni futerko mruczące
to stawiamy mu w kącie kuwetę dziurawą.
ślady stóp nam się gubią w mgle i w zawieruchach,
lecz czasem na postoju słyszymy z nienacka,
jak w naszych dawnych domach miauczą kocie duchy...
Grudzień 2004
Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej