KOT SKRZYDLATY

  1. Już czas
  2. Impreza
  3. Jakie brzydkie Chłopaki...
  4. Cygańska ballada
  5. Miasto
  6. O końcu
  7. Hymn próbny
  8. Przebranie dla dziecka
  9. Dzień najkrótszy
  10. Życie
  11. Podróż
  12. Przedwiośnie
  13. Barwnadyna
  14. Pożar
  15. 2 IV 2005
  16. 8 IV 2005
  17. Grenlandia
  18. Nieparzyści
  19. Michaiłu Alieksandrowiczu Bierliozu
  20. ***
  21. Mgła
  22. Dziewczynie, która potrzebuje starszego
  23. Niegotowość
  24. O oczach
  25. Pan
  26. El toro
  27. Przyszłość
  28. Kolejowe country
  29. O wyższości wiedzy nad zachwytem
  30. Psierotyk
  31. Malignianki jesienne
  32. Pohjola
  33. Niedokot
  34. Żaba zaklęta
  35. O nas
  36. Pociąg pospieszny z Piecków do Migowa zwiększył opóźnienie do około 525960 minut
  37. Powrót z obcego miasta po ciężkim dniu
  38. Wiosna? No to w drogę!
  39. Snoboda
  40. Fraszka o przemijaniu
  41. Wiatr historii
  42. Nie ma starości
  43. Dylatacja czasu
  44. Strach
  45. Rozmowa Netfausta z Misinfostelesem
  46. Koncert o stwarzaniu światów
  47. Świat mamy u swych stóp
  48. Sigma
  49. Harcerska zielona piosenka — nowa wersja
  50. O kotach

Już czas

Czas płynie jak rwąca rzeka,
nie wejdziesz weń po raz drugi.
W miarę jak chronos ucieka,
el tiempo, kochani, fugit.

Tymczasem marzymy z chęcią
i snom się też oddawamy:
jakby tu temu płynięciu
postawić nareszcie tamy?...

Le temps cours — ale do czasu!
Gdy projekt zatwierdzą gremia,
wiedzy wyzyska się zasób
i ostanowitsja wriemia.

Już czas, by czas rączy wstrzymać
i na spoczynek go skusić!
Niech river of time z olbrzyma
zamieni się w Zeitenflußchen.

Młody nie zrobi się stary,
zdrowy nie stanie się chory.
Na złom rzucimy zegary —
przebrzmiałe signum temporis!


Październik 2004


Impreza

Niepokój we mnie narasta,
i w tobie, i w każdej z nas...
— Lećmy wieczorem nad miasto!
— Czas, siostry, najwyższy czas!
Fajerwerk w mózgu wybucha,
płomień się w sercu zapala...
— Porzućmy szminki i ciuchy,
płaszcz z włosów starczy wspaniale!

Wiedźmy powinność — rozrabiać.
— Nad deptak lot chyży zniż,
w rajstopy tej grubej babie
wpuść żywą piszczącą mysz!
— Drechowi oberwij uszy
i zalep mu nimi oczy!
— Lecz bezdomnego nie ruszaj,
bo biedak z zimna dygocze...

Klecha kantyczki zawodzi,
taka pobożność to skarb.
— Czy w kruchcie, w święconej wodzie
ma pływać okoń, czy karp?
A lump ma natchnienie w twarzy,
jawa ze snem mu się splotła.
On sobie dawno wymarzył
gołe dziewczyny na miotłach...

— W dole pozostaw ulice,
niech prędkość zatyka dech!
— Niech łysą pałę księżyca
pokryje zielony mech!
— W niecały tydzień po pełni
w magię się musisz zanurzyć!

...Pentagram życia się spełni
na Łysej Sopockiej Górze...


Marzec 2003


Jakie brzydkie Chłopaki...

Dłoń mi się trzęsie, kiedy z brody
wyrywam z bólem srebne nitki.
Wiem żem niemądry i niemłody,
ale że brzydki?!
Lecz oto widzę, gdy się budzę
kres moich złudzeń.

Nabywam zatem pełen tremy
dezodoranty w sztyfcie, w płynie,
środki na zmarszczki, szminki, kremy
i dbam o linię.
Lecz fakt mi straszny nosa przytrze,
żem coraz brzydszy.

I co to będzie?! Co się stanie,
gdy mimo starań mych i chęci
moja uroda żadnej pani
już nie przynęci?
Jestem — z mej duszy rozpacz zionie —
były adonis.


Kwiecień 2004


Cygańska ballada

Za nami rozpacz, nadzieja i burze,
i ciężar, który karki nam rozgniatał.
Przed nami ciągnie się gościniec w kurzu,
płonie pożogą, co nam huczy w głowach.
— I po tej drodze, po wertepach świata
głupich nas prowadź!

Wiemy, że droga jest trudna i kręta.
Rzućmy do rowu czarnych i czerwonych,
serce — bo ciąży i nogi nam pęta,
ojczyznę, bogów, przebrzmiałą niewolę...
— Czy dzwon mi bije?! — Nie, to skowronek
dzwoni nad polem.

Idźmy bez kresu w upale i w głodzie,
postawmy życie na wędrówki kartę.
Celu nie mamy, bo nie o to chodzi
by oddać wolność, jakby już obrzydła.
— Naucz nas w drodze, jak stopy otarte
zamieniać w skrzydła!

Wszelka namiętność w końcu się wypali.
Będą wstydliwie chować się po domach,
wędrowcy, w których oniemiał zew dali.
— Mów, przecież patrzysz bacznie spod obłoków:
jak, gdy zostanie z nas garstka znikoma,
ukryć niepokój?!


Kwiecień 2004


Miasto

Miasto wymyte deszczem, wysuszone słońcem,
miasto tysiąca ulic i tysięcy twarzy
nieświadome początków i niepewne końca,
co wita noworodków codziennie tysiące
i o tysiąc mu grobów pęcznieją cmentarze,
miasto kryjące rozpacz pod śmiechem zwodniczym,
podzielone na kluby, dzielnice i kasty,
miasto-mrowisko, gdzie się krzyk ludzki nie liczy —
moje kochane miasto...


Listopad 2004


O końcu

Gdy drzewo w szerokim stepie
uschnie, to jeszcze wyznacza
drogę donikąd tułaczom.
I tak jest lepiej.

Gdy statek osiądzie na dnie,
bo nie mógł się oprzeć burzy,
to jeszcze mewom posłuży.
I tak jest ładniej.

Jeśli odpocząć Ci trzeba,
przybądź, nie czekaj do rana,
usiądź na maszcie złamanym,
orle spod nieba.

Nie pytaj, co słychać u mnie.
By w serce nalać otuchy,
wiatru i fali posłuchaj,
bo tak jest szumniej...


Grudzień 2004


Hymn próbny

Już zamknięte przed nami były ścieżki i drogi
niszczył nasze zastępy antybiotyk i czas.
Lecz udało się znaleźć lukę w immunologii —
teraz ręka tyrana nie powstrzyma już nas!

Szlakiem chwały ruszajmy ku świetlistej przyszłości!
Z nami, drobnoustroje, którym głodno i źle!
Organizmy kręgowców otwarliśmy na oścież!
Każdy ma w nich pożywkę! I pączkować ma gdzie!

Już bakterie nie muszą w przetrwalniki się zmieniać,
będzie nas coraz więcej! Chodźcie z nami, kto żyw!
W jasne jutro nas wiodą, do nowego istnienia,
małe i niepozorne dzielne wirusy HIV.


Grudzień 2004


Przebranie dla dziecka

Możesz we włosy tchnienie bryzy zatknąć,
co zapach lądu przynosi o świcie.
Lecz wtedy włosów już przez całe życie
syn Twój nie zdoła przyczesać na gładko.

Do jego piersi przypnij płatek śniegu
przywiezionego z kotła pod Zawratem.
Lecz odtąd serce jak po szybkim biegu
przez całe życie będzie mu kołatać.

Lekkim cierpieniem natrzyj mu powieki,
tym, co bezdomne włóczy się po drogach,
a nigdy w życiu w spotkanym człowieku
syn Twój nie będzie umiał dostrzec wroga.


Grudzień 2004


Dzień najkrótszy

Niechętnie wylazł z lasu senny dzień,
i z nudów ziewnął, dzień niewiele wart.
Ze snu skoczyłem prosto w chłodną sień,
by czułym smarem maznąć ślizgi nart.

Na łapach sosen wisiał biały puch
a w nas znienacka zakrzyczała płeć
i gdy szepnęłaś, że cię mogę mieć,
to zadudniły serca w ciałach dwóch.

Zdyszany las się diamentami skrzył,
choć dzień zmęczony za widnokrąg legł.
A w mroźnej bieli ty i ja bez sił —
na ciepłej skórze tajał świeży śnieg...


Luty 2005


Życie

W jakimś zapadłym zakątku Kosmosu, brudnym i dusznym,
metan, amoniak, węgiel, siarkowodór zmieszały się w bryję.
A potem piorun przydzwonił...
                I bryja poczuła, że żyje,
i ogłosiła, że jej odtąd Wszechświat ma stać się posłuszny.
Choć to był absurd, ale nikt nie pytał o żadne szczegóły,
nawet gdy bryja na swe podobieństwo natworzyła bogów.
Mgławice gasły, bladły jądra galaktyk, szadź gwiezdna się snuła,
ale nikt nie pytał, bo w pustych przestworzach nie było
                        nikogo...


??? 2005


Podróż

        Eli humanistce bez rozeznania w fizyce.

Wszystko skumasz, Elu, głowę wznieś do góry!
Pojedź ze mną zbadać liczbę barionową!
Znam na Drodze Mlecznej najczarniejsze dziury,
w lepszy wszechświat mogą nas przetunelować.

I miliardy wieków w okamgnieniu miną,
tylko weź detektor cząstek w swoje ręce!
Pochwycimy szybkie antyneutrino!
Ze mną nie obawiaj się dekoherencji.

Z pola silnych oddziaływań łąkę zrobię,
grawitony fotonami zapylimy.
I przewróci się Heisenberg w ciasnym grobie,
kiedy pęd i miejsce kwarkom wyznaczymy.

Wielki Wybuch pozostanie tylko po nas,
ale zanim mury grawitacji runą,
tła promieniowanie dumkę o mezonach
ci zaśpiewa pobrzdąkując w superstruny.


Marzec 2005


Przedwiośnie

Jeszcze czas. W delikatnej bieli
lśnią diamenty na gałązkach sosen...
Lecz nadejdzie i w mordę nas strzeli
bezlitośnie arogancka zieleń! —
to zbójeckie prawo wszystkich wiosen.

Ona przyjdzie — lepka, rozmoczona,
pełna chuci, głośna, nienażarta!
Ale jeszcze rzeki chłodem wioną,
jeszcze łażą po mieście gawrony,
jeszcze w lesie skrzypi śnieg pod nartą...

Nie rymujcie, że na świecie świetnie
i że da się komary wytrzymać!
Kiedy odwilż siły mi podetnie,
w jakimś gąszczu zapadnę w sen letni,
by się zbudzić przed następną zimą.


Marzec 2005


Barwnadyna

Szmaragdową trawę grzeje słońce złote,
czerwone maliny śpią pod szarym błotem.
Nić szkarłatu ścieka z sukni białoczystej,
na barwną kolację pełzną czarne glisty.
W modre oczy włażą, i w pożółkłe szczęki,
i do piersi, w której tkwi sztyletu błękit.


Marzec 2005


Pożar

Niech sady goreją, gdy trzeba ocalić stóg!
Cóż trawnik, gdy zżera pożoga zieloność łąk?!
A człowiek? — ma wartość dzierżących gaśnicę rąk
i spiesznie na wieżę dzwonniczą biegnących nóg!

Nie płaczmy nad losem paniką gonionych mew,
już jutro rachunki za zgliszcza wystawi czas!
Niech sady goreją! My mamy ratować las,
przedszkola bezbronnych, trzeszczących ze strachu drzew!

Ach, gdyby nam niebo poranne zdarzyło cud
i chmury runęły ulewą wilgotnych ciał,
i gdyby żar z sykiem się rozszedł w bezmiarach wód!

Lecz ogień...   Gdzie ogień?! To było złudzenie?! Mit?
Zgasł pożar nad światem i nagle się pokój stał —
to tylko ognista jutrzenka zrodziła
                                                                             świt.


Marzec 2005


2 IV 2005

Mniejsza o wieczność.
                                            Na rodzimej ziemi
nie mamy rzeźbić posągów w granicie.
Garść kurzu i mgły trochę dostajemy,
by z nich ulepić sobie jakieś życie.
To trudna praca. Jest warte olbrzyma
takie, co kupy przynajmniej się trzyma.
W życiach jak w zaspach brniemy coraz dalej
i przeciążone serca nam łomoczą:
— Zrobić choć kroczek...
— Jeszcze jeden kroczek...
— Nie dać się burzy...
— Wypłynąć spod fali...

Jednak niektórym dzieło się udaje.
I choć jak wszystkim wiatr im w oczy wieje,
miraż ich życia zmienia się w nadzieję:
odchodzą, ale miraż pozostaje.
I to im właśnie my, ludzie znikomi,
na próbę ognia stale niegotowi
ofiarujemy nikły świecy płomyk.
Nie, nie na oknie, lecz we własnej głowie.

Ich groby z wolna zostają za nami,
bo los nas dalej na powrozie wlecze.
I znowu z zimna drętwiejąc nocami
z kurzu na wodzie pomniki stawiamy
i nie umiemy po nich umyć dłoni.
Lecz póki blaskiem naszych małych świeczek
miraż nadziei w dali jeszcze płonie,
to jakoś łatwiej do świtu doczekać.
i łatwiej rany na duszy zaleczyć.

Ech, czas wyrosnąć wreszcie na człowieka...


Kwiecień 2005


8 IV 2005

Pan odebrał Świętemu Ojcu głos i siły,
potem uśpił, by nigdy go już nie obudzić.

Na łodziach, które nagle stery utraciły
w ciemność dryfują rzesze oniemiałych ludzi
niepewnych, co ich czeka na rzeki zakręcie
i nieznających kursu, co omija groby.

Lecz wielka śmierć to także wielkie przedsięwzięcie.
Pół świata zatrzymano na tydzień żałoby.
Gazety rozpoczęły dramatyczny wyścig
za słowem, zdjęciem, wierszem...   A panegiryści
ogłosili zmarłego chlubą polskiej sceny.
Podstawiono specjalne pociągi pielgrzymom
by mogli ból ukoić podróżą do Rzymu,
w którym prędko na wszystko podniesiono ceny.
Telewizje nadały hektolitry płaczu
w najprzedniejszym gatunku, żeby żal nie umilkł.
Wysłano reporterów, niech prędko zobaczą,
skąd lepiej da się pstryknąć rozmodlone tłumy.
Trwa pogoń za laskami, którym w czarnym dobrze.
Dziennikarze pytają rozedrganym frontem:
— Kto przyjedzie na pogrzeb?!
— Kto przyjedzie na pogrzeb?!...

Do drzwi moich żebraczka puka w każdy piątek,
ale dzisiaj nie przyszła. Pewnie jest świadoma,
że nóg szkoda na zwykłe łażenie po domach,
gdy ludziska na głowach mają inne sprawy,
bo właśnie się na Ziemi spełnia Słowo Boże.

Najpokorniej Cię proszę, spraw Ojcze Łaskawy,
żeby i dzisiaj miała co do garnka włożyć...


Kwiecień 2005


Grenlandia

Ostatni już langskip bojowy
pod tchnieniem Arktyki zatonął.
Na brzegu lodowym
ów Wiking dał głowę,
co wyspę tą nazwał zieloną.

Na niebie polarne lśnią zorze
a świt się ze zmierzchem jednoczy.
I gdy się położysz
na śnieg jak na łoże,
ta pościel wypali ci oczy.

Zatęsknisz do łąk i do gajów,
do pieśni na miarę człowieka,
bo kiedy w tym kraju
olbrzymi śpiewają,
to lepiej się trzymać z daleka.

A gdy się kochają, to giną
seraki na zboczach i głazy.
W przepaści dal siną
strącają lawiny
sztormowym oddechem ekstazy.

Pod wielkim grenlandzkim tapczanem
murszeją kolczugi i kości.
Jest zimno nad ranem,
i drogi zawiane,
i mało tam ludzkiej miłości.


Kwiecień 2005


Nieparzyści

My, nieparzyści, śnimy nocami,
kto o mężczyźnie, kto o kobiecie,
czasem do kina idziemy sami
lub się błąkamy po internecie.

A wokół wiosna szaleństwem dyszy!
Chucią nabrzmiewa! Pęka nadzieją!
W nas, nieparzystych, zimowa cisza.
Nam, nieparzystym, sztormy nie wieją.

Lecz choć mój rozum jak w sicie woda,
znam jedną prawdę pewną i czystą:
jak nieparzyste dwie liczby dodać,
to się dostaje liczbę parzystą...


Kwiecień 2005


Michaiłu Alieksandrowiczu Bierliozu

                — Jeśli dobrze usłyszałem, to był pan łaskaw stwierdzić,
że Jezus w ogóle nie istniał?
Michał Bułhakow ,,Mistrz i Małgorzata''


A przyszłość nieprosto się ziszcza,
nie wprost więc powiedzie nas los...

— Zaczekaj, spakojno, drużiszczie,
i pomyśl, tawariszcz Bierlioz:
był, nie był, a co za różnica?
Puskaj on i nie był, nu wot
tak samo do pełni Księżyca
dziś lezie lunatyk i kot.
Po uszy i tak tkwimy w błędach,
więc jakie znaczenie to ma,
czy istina, czy też legenda
przez wieki nas goni i pcha?

A jeśli on był — czy w twej głowie
odmieni się dobro na zło?
I był li on bog, ili człowiek,
wiedź eta tiebie za adno!
Pastoj, rassużdaj i mów szczerze:
w swej głowie, widziałeś go w snach?

Tak możiet jejo nie atrieżut
w tą noc na Patriarszich Prudach...


Kwiecień 2005


***

Jako że stopu własności mi brak,
nie próbuj za mną udawać się w pościg.
Raz tylko zgódź się! Ja już twoje ,,Tak''
doindukuję do nieskończoności.

Fourierem złamię Ci pakiety fal na
proste sinusy (wyjaśnię na kartce).
I daj mi przestrzeń! Niech będzie normalna,
ja ją dla Ciebie już jakoś uzwarcę.

Hiperpowierzchnio bez osobliwości!
Z Tobą się w jedną rozmaitość stopię!
Poznaj dodatnią pochodną miłości
i zbliżającą czułą homotopię!

Ach, Twoje gładkie i wypukłe usta!
Jak oscylator serce mi się buja...
Nie żądam wiele: daj tylko zbiór pusty,
ja z niego całą hierarchię zbuduję.


Kwiecień 2005


Mgła

Przez szyby wciska się mgła,
zawisa nad resztką dnia
i ślepe auta macają
białymi laskami asfalt.

Mleko od kraja do kraja,
wszystkie kontury rozmokły.
Pokrętła od kontrastu
nie mogę znaleźć pod oknem.

Tęcza, co barw się wyrzekła,
zamienia domy w ruiny,
szpitale w przedsionek piekła,
siwizną pokrywa głowy,
z ulic zabiera dziewczyny
i ich kochanków widmowych.

Kto ukradł serca zegarom
i sprawił, że już nie biją?
Z butelki nalewam szarość...

I piję...


Maj 2005


Dziewczynie, która potrzebuje starszego

— Za młody?! No to ile mam mieć lat,
żebyś mi chciała użyczyć swych wdzięków?

Pamiętam, szedłem powoli przez świat
wśród krwi, pożogi i historii wirów.
Trzymając na mym ramieniu swą rękę,
podążał pieszo Wernyhora ślepy,
bawił kozackie kurenie swą lirą
i rzucał wieszczby w zaporoskie stepy...

Więc teraz pytam drżącym głosem starczym:
czy lat czterysta tobie nie wystarczy?!

A kiedyś...   miesiąc szalonej pogoni,
kołczan mnie walił w krzyże obolałe,
z konia do jurty, i znowu na konia,
na zachód! A tam dumne miasto stało
...iść cicho, żeby nie zbudzić rycerzy...
Tak więc pierzastą wypuściłem strzałę
w gardło trębacza na kościelnej wieży.
Za późno: hejnał i odwrót spod grodu...

Lecz nikt nie twierdził, że jestem za młody!

W Szeherezadzie łatwom dostrzegł talent,
ale nie chciałem jej przewrócić w głowie —
poetów trzeba straszyć a nie chwalić —
więc udawałem, że ze mnie okrutnik
i że jak zaraz baśni nie opowie,
to o świtaniu kat głowę jej utnie.
Włos by jej nie spadł. I dziewczyna płocha
musiała wiedzieć, jak bardzo ją kocham...

Przeżyłem królów, cesarzy i bogów,
czasem na szczycie, częściej w krwi i w pyle...
Jak w masło wszedł mój naostrzony sztylet
w trzewia Cezara pod szkarłatną togą,
i mój pędzelek wiernie dzień po dniu
dla Mistrza Konga spisywał Lun-Ju,
a jeszcze wcześniej w opary poranne
wywiodłem z dżungli pozbawionej wody
stado małp ludzkich prosto na sawannę...

Ale dla ciebie wciąż jestem za młody?!


Maj 2005


Niegotowość

Kiedy w końcu w dnia rozgardiasz z łóżka wstanę,
jak modlitwę szepczę wiersz nienapisany.
Senne uszy wypełniają dźwięki święte
ze strun skrzypiec smyczkiem jeszcze niedotkniętych.
Na śniadanie tak niewiele mi potrzeba:
małą kromkę nieupieczonego chleba,
kubek mleka niewydojonego z krowy...
Potem idę w świat porannie niegotowy.
Ileż kobiet! Skradam ku nim się jak złodziej
rozważając, która zechce mnie urodzić.


Lipiec 2005


O oczach

Pogląd kontrowersyjny pozwólcie przytoczyć:
co tam biust! Najważniejsze w kobiecie są oczy!

Niech będą otoczone rzęsami przyjemnie,
niech w nich się odbijają kwiaty, drzewa w bluszczu,
morze, śnieg w blasku słońca... Niech się śmieją ze mnie,
bo to mi z głowy wodę sodową wypuszcza.

Czasem mogą zapłakać — ale, proszę, rzadko!
Tęsknotą się napełnić, gdy tęskne jest życie...
Lecz nie wolno im w złości trwać w żadnym wypadku!

I jeszcze mają na mnie spoglądać w zachwycie.


??? 2005


Pan

Znów jest chłodno, mokro, szaro i porannie,
rozemglony sen z tęsknotą nocną znika.
Właśnie byłem panem zwierząt na sawannie,
jeszcze gardło rozedrgane mam od ryku.

Ciepła ziemia chciwie piła blask księżyca,
co szarańczą na spaloną trawę padał.
Gibkie ciała wyprężały młode lwice
i czekało na rozkazy moje stado.

Sen jak prezent...   i przeklęte przebudzenie...
ludzki jazgot, na widowni fleszów błyski...
— Dziś nie będę, człeczku, skakał po arenie!
I nie włożysz mi durnego łba do pyska!

Słońce płonie, w pożar nieba ścierwnik wzlata,
woń zdobyczy, pot na sierści w biegu dzikim...
— Nie wygrażaj mi, karzełku, śmiesznym batem,
gdy wezbrane serce pełne mam Afryki.


Grudzień 2005


El toro

Zwleczono z areny poprzedniego byka,
fetorem agonii wiatr nozdrza przewiercił,
a werbel oszalał, a fanfara gra.
Pod niebo wydziera się durna publika,
żąda nowej śmierci,
efektownej śmierci
— to mam być ja.

Oferma ze szpadą bredzi o swych snach,
rozsyła całusy, z widownią się wita.
Ma oczy czerwone i błyszczy w nich strach,
ma oczy czerwone, mych rogów niewarte.
— Do domu, hombrito!
No quiero matarte.

Huk, rwetes dokoła,
arena parszywa,
banderilla w czoło,
ból we łbie zapłonął,
wilgoć z czoła spływa,
czerwona...
Nowy cios mnie piecze,
umrzeć pragnę w biegu!
— Zejdź mi z drogi, człecze,
nie tratuję zer!

Racice czerwone i lepkie...   krew jego...
w loży płacze wdowa...   — Lo siento, mujer...


Styczeń 2006


Przyszłość

Jeszcze możesz zobaczyć niebo nieumarłe,
światełka zabłąkane w czerni oceanie,
słońce dające życie, zanim białym karłem
się stanie.

Lecz kiedyś pęknie z hukiem gwiazda nieostrożna,
piekło przemknie przez pustkę i huk wsiąknie w ciszę.
Kiedy giną przestworza, ich jęku nie można
usłyszeć.

Potem wszechświat zastygnie w niemocy i chłodzie,
mrok się w bezruch przemieni a bezruch zamroczy.
Wtedy popatrz!
                      Lecz nie wiem, czy ci nie przeszkodzi
brak oczu.


Listopad 2006


Kolejowe country

Maszynie na dworcu gość wciska do pyska
monety; gdy wygra, pochwali go stara.
Lecz szmal się nie sypie, choć dzwoni i błyska.
A do mnie podchodzi bezdomny i z bliska
tchnie w ucho: ,,— Daj, koleś, zajarać...''.
I nie wiem, czy spełnić marzenie biedaka,
czy podejść do kiosku i kupić mu raka,
choć stać mnie na taki gest.
Lecz jadę z daleka
a w domu mnie czeka
kobieta, kolacja i pies.

Pospieszny przy ciemnym peronie przystanął.
Rozwrzeszczał się wieczór, zesmrodził i schamił,
bo siedzi w wagonach żołnierstwo pijane.
Przysięga! Przepustka! Zabawa do rana!
I drze się rzucając kurwami.
A mnie się kołaczą po łbie takie myśli,
by władzę obalić, kraj z wojska oczyścić
od kresów po nerwów kres.
Lecz zamach odwlekam,
bo w domu mnie czeka
kobieta, kolacja i pies.

Noc czarna za oknem już miastem się jarzy,
zatrzyma się winda i szczęknie w drzwiach gerda.
Lecz zanim przytulę swą twarz do jej twarzy
i zanim wkroczymy w nasz świat sennych marzeń,
obskoczy mnie pies i tęsknotę rozmerda.
Gdy żarcie żołądek wypełni przyjemnie,
jak zwykle pozrzędzę, że rząd znowu ściemnia
i kradnie.
                Bo wiem, że to jest
los godny człowieka,
gdy w domu go czeka
kobieta, kolacja i pies.


Marzec 2007


O wyższości wiedzy nad zachwytem

Przechodniu, podróż wstrzymaj i uroń łzę czystą,
wsłuchaj się w szept, co z ruin antycznych dobiega...

Oto grób. A w nim gnije Ikar, humanista,
który nie umiał pojąć zasad Bernoulliego.
Ojciec, inżynier Dedal, mówił: ,,— Ruszaj głową.
Zadbaj o kąt natarcia, by malał z prędkością.
Każde skrzydło z osobna daje siłę nośną,
więc bacz, jak się układa siła wypadkowa.''

A Ikar po schematach wodził wzrokiem błędnym
i zazdrościł jastrzębiom, co w niebo się wzbiły...

Dedal nudził: ,,— Leć równo i zachowuj siły,
ten model skrzydeł nie jest energooszczędny.
Jesteś większy od ptaka, więc gdy w górę wzlatasz,
nie trzepocz, tylko szybuj. Przy tym się zastanów,
że siła twoich mięśni wzrosła do kwadratu,
podczas gdy twoja masa wzrosła do sześcianu,
więc w porównaniu z ptakiem masz deficyt mocy.''

Ikar oczyma duszy już odwiedzał Olimp,
i jedną nogą duszy deptał gwiazdy nocy
a drugą nogą duszy z nimfami swawolił...

,,— Słuchaj mnie!'' — krzyczał Dedal. — ,,Nie rwij się w niebiosa!
Nie próbuj akrobacji! Źle skończysz, idioto!
Mamy się tylko wymknąć z niewoli Minosa.''

Następnie mu do ramion przyczepił prototyp
i w drogę.

                  Ikar pognał na spotkanie zorzy
ku srebrzystym obłokom skrytym w mglistej dali,
tam, gdzie rydwan Heliosa zanurza się w morzu.
Potem sfrunął nad wodę nisko. Musiał przecież
swe ramiona omdlałe dać ochłodzić fali
i sól zaczerpnąć w płuca...

                                                    A Dedal doleciał.


Marzec 2007


Psierotyk

Duch czysty się w materię wcielił
i pięknem objął ziemski padół:
ty oto leżysz w mej pościeli!
Dygocąc się ku tobie skradam.
Twoje ramiona...   dekolt...   pierś...
aż ślepnę od twej skóry blasku.
...Wtem w rękę wpycha mi się sierść,
bo psinka lubi, by ją głaskać...

Znów zbliżam świętokradczo dłonie.
Za oknem księżyc, w trzewiach słońce —
płonę! ty płoniesz! wszystko płonie!
Swe ciało nagie i gorące
prężysz w pragnieniu nieprzytomnie!
I wzlatujemy wyżej! wyżej!
Szepczesz
    — Kochany!
        i
            — Chodź do mnie!
Wilgoć!
    ...To pies mi nogę liże...

Lecz, co ma wisieć, nie utonie.
Wezmę ze sobą skarb kosmaty,
wywiodę na zielone błonie
i z tysiąc razy rzucę patyk.
Gdy już nie zdoła ruszyć łapą,
wrócimy, jakby nic nie było.
Pies zaśnie twardo pod kanapą
a my spełnimy naszą miłość.


Listopad 2007


Malignianki jesienne

1.

Nudne błękity, wiecznie te same...
Wpadłem na taką ideję,
by dla odmiany cały firmament
żółtymi liśćmi okleić.
Dzisiaj to zrobię.
                Gdy jakiś święty
odwiedzić zechce mnie w mieście,
niebo mu będzie chrupać pod piętą
i ostrzegawczo szeleścić.

    2.

Smrodzą te auta, brudzą i warczą
spalając cenną benzynę,
drzewa nie mogą tlenu nastarczyć,
z rozpaczy przy drodze giną,
zostają tylko badyle nagie,
co wszystko mają już w nosie.

Ja sobie zrobię auto na żagiel,
będę halsował po szosie.

3.

Pani ma takie złożone wnętrze
i boi się pani świata...
A ja, wie pani, wlazłem na tęczę,
by trochę sobie polatać.
To nic trudnego, gdy w duszy płonie
szczera do życia ochota:
wystarczy tylko rozstawić dłonie
i bardzo szybko trzepotać.

    4.

W gąszczu dziewiczym, gdzie ludzka stopa
ściółki poddrzewnej nie gniecie,
jeden dąb stary chciał się wykopać
i z łabędziami odlecieć.
Łamał gałęzie, liściami łypał...

Aż w końcu stanęło na tym,
że jak mi przejdzie ta wstrętna grypa,
to mu przyniosę łopatę.


Listopad 2007

Pohjola

Tu, u nas, skowronek świrgoli nad polem...
Lecz wziąć by wóz, sanie, lub czółno
i łosim hejnałem powitać Pohjolę.
I pójść jeszcze dalej na północ...

Z polany pachnącej już nie chcę korzystać
i z leśnych szelestów zbyt cichych.
Niech w płuca się wdziera powietrze jak kryształ
a z drogi niech spycha mnie wicher.

Topola pokrywa się mgiełką zieloną —
jej problem. A mnie o to chodzi,
by w gwiazdkach srebrzystych po biodra utonąć
i zamek zbudować na lodzie.

Renifer spod szreni wygrzebie krzyż złoty
i sowa zakrzyczy donośnie.
Ognisko na śniegu...   Jak sieć mnie omota
od dawna tłukąca pod czaszką tęsknota
za tropem po białym bezwiośniu.


Luty 2008


Niedokot

W mglistą szarość wpadły liście złote —
biel wygrała.
                  Radowało mnie to,
że wdzięczyła się z cichym miaukotem...

— Cud-kobieto!
— Kot-kobieto!

I nęciła mnie zimą na przemian
w przytulanki, mruczanki i harce,
a gdy ciepłem zapachniała ziemia...
...nie, nie powiem, co działo się w marcu...

Niebo z wolna znów pokryły chmury
czas nastąpił deszczów, mgły i łez.
Coraz częściej stroszyła pazury
i warczała na mnie, niby pies.

Biegła... Ja nie dotrzymałem kroku.
Teraz tęsknię do oczu zielonych
i do ciała...

        — Samotny niedokot
            niegłaskany i niedotulony.


??? 2005


Żaba zaklęta

Chłód po lesie się błąkał,
mgły wstawały na łąkach,
jak pożarem czerwienią świt płonął.
Wtem zadrżało mi serce:
wstrętny bocian morderca
zręcznie chwycił w dziób żabkę zieloną.

Zawrzasnąłem mu z bliska:
,,— Zostaw żabę, ptaszysko,
bo twój własny dziób wbiję ci w tyłek!''
Chwyt...   pęk piór...  i skok w bok...
żaba w dłoniach! Cmok! cmok!...
aż ją w piękną księżniczkę zmieniłem.

Miała wszystko jak trzeba:
oczy w kolorze nieba,
czym oddychać, i na czym zasiadać,
skórę białą jak mleko,
kółko w pępku, top, dekolt,
mini, różę na łydce i diadem...

Było mglisto i wcześnie,
gdy szepnęła mi ,,— Weź mnie...''.
Serca mężczyzn są rzewne i słabe,
więc westchnąłem bez słowa
i zacząłem całować,
licząc, że znów przemieni się w żabę.

Wszystko na nic: ta mała
stoi, jak przedtem stała,
choć wschód słońca miesięczną krwią płonie,
czule patrzy mi w oczy
i rozkosznie szczebiocze.

Jak to wszystko wyjaśnić mam żonie?!


Sierpień 2008


Nie puszczę cię

— Brzdęk! — talerz... Brzdęk! — okno, szyba... Krew na czole...
Biegniesz... Dyszysz ciężko, pobladłaś jak trup...
Dać drapaka w nicość chcesz? Nie, nie pozwolę!
Znajdę cię po krwawych śladach bosych stóp!
Szalona? Cóż z tego?!
                            Zawołam donośnie.
Jeśli nie odpowiesz, to i tak w noc parną
twe ciało do moich rąk będzie się garnąć.
Nie zechcesz odkrzyknąć — w piersiach ci narośnie
zew dawnej tęsknoty i rozpruje ciszę
skargą płuc po biegu przez ściemniałą puszczę.
Znajdę cię! Przez lasu szeptanie usłyszę,
w objęciach przytrzymam, w zaświaty nie puszczę,
bo jeszcze nie pora tak kończyć udrękę...
Orchidea?! Brednie!

Tu jesteś?! Daj rękę!
Odpychasz, lecz ściskasz
moją dłoń bezwiednie...
Nie szarp się, nie szalej,
mnie gniew się nie ima,
daj rękę!
To ja jestem, blisko,
twoje serce wali,
i tulisz się do mnie...
Już ja cię zatrzymam,
mam siłę!

Za dużo za młodu
straciłem,
by szczęściu dać odejść
do wspomnień.


Wrzesień 2008


O nas

Pytasz trwożnie, czy dom mi nie służy
i dlaczego gładkich ścian nie cenię...
Widzisz, byłem za długo w podróży,
by tak, szast-prast, zapuścić korzenie.

Bez wysiłku rozganiam obłoki
i dosiadam wiatru jednym susem,
lecz nie umiem froterować okien,
nie wiem, jak się zapyla kaktusy,

nie wiem, czy są przepiękne czy szpetne
ciałochrony z lumpeksu za grosze.
Kiedyś się nauczę.
                                    Ale przedtem
przymierz skrzydła, które ci przynoszę...


Październik 2008


Pociąg pospieszny z Piecków do Migowa zwiększył opóźnienie do około 525960 minut

Robota...
                Tak! Trzeba się zabrać, nie zwlekać!

Jeleniom prostować poroża,
poświatę księżyca pakować do weków,
niedźwiedziom z łap ciernie wyciągać —
lecz pociąg do celu dojechać nie może.

Nie cierpię spóźnionych pociągów!

Bo miałem łabędzie tankować przed lotem,
i bobrom wykładać teorię dziur w moście,
zamiatać strumyki...
                                Mam tyle roboty,
a tkwię tu bezczynnie w pociągu spóźnionym!

...I miałem ci mówić o mojej miłości,
lecz poszłaś już sobie z peronu...

A pociąg wciąż pełznie jak wąż w mnogiej ciąży,
i nie wiem, czy chociaż na pogrzeb mój zdąży.
Lecz już się
                rozpędza,
                                o szyny
                                                stuk-puk,
więc może
                dojadę,
                                nie dziś,
                                                lecz w ogóle,
i goście nad grobem pochylą się z bólem.

I wtedy z przestworzy odezwie się Bóg:
— A mogłeś pociągnąć hamulec...


Listopad 2008


Powrót z obcego miasta po ciężkim dniu

Już wieczór przyczłapał i wreszcie ukoił
niesytość i twarz od łez mokrą.
Usiadłem na szynach w zmęczonym spokoju,
krzyk trwogi ciskając w widnokrąg.
I łeb nie wybuchnął mi bólem,
nic więcej już dzisiaj nie muszę,
przybywaj więc, nocy magiczna! I duszę
rozmiękłą mi ulecz!

Spłakane ulice, to miasto nie śpiewa,
nie czekać! — odlotu już pora.
Pod stopą półksiężyc...   Co mi tam ulewa,
popłynę gondolą po torach!
Pobiegnę, gdzie piekło się kończy,
gdzie halny nadciąga z południa.
Osiodłam tęsknotę — niech wreszcie zadudni
jak pociąg na złączach.

Behemot zamruczał zwinięty jak dywan...
— nie, tylko zachrapał pasażer.
W błękitny ocean delfinem wypływam,
lub może przez okno wyłażę...
Sen dawno nieśniony się smuci,
że już się do śnienia nie nada...
Rozmiauczał się wielki kot w bucie,
i czuję, że czai się we mnie uczucie...

Lecz oto Gdańsk Główny. Wysiadać!


Marzec 2009


Wiosna? No to w drogę!

Nocą trawa wybuchła na łące,
grzywy liści wdzięczą się na drzewach,
na kamieniach grzeją się zaskrońce.
Pod kołami, napełniona słońcem,
ziemia...   Słyszysz? — śpiewa.

Niebo również śpiewa bezobłoczne,
na nim ciągle tyje księżyc, drań.
Nie zaznamy dzisiaj ciszy nocnej:
łyk z bidonu, światła, potem mocniej
na pedałach stań.

Patrz, jedziemy po krawędzi świata!
Tylko w głowę niepokój się wwierca,
że nam z wolna z serc młodość ulata...
— Nie bój bidy!   Jak dętkę załatam
nasze oba serca.


Maj 2009


Snoboda

Ślimak, z ziemi wypełzły, gubi się w stercie chrustu,
borsuk do wąskiej nory ucieka w przerażeniu,
jeleń w gąszcz się zaplątał, zapewne dobrze mu z tym...

Moje życie też biegnie w ciasnej niedoprzestrzeni,
wolę tlić się, niż płonąć.

                                            Czy, gdy łańcuch odgryzę,
znów odzyskam swobodę w baśń niedobrą zaklętą?
Czy na równinach musi uciskać mnie horyzont,
a na skalistych zboczach grawitacja ma pętać?

Chciałbym tygrysa siodłać i niech mruczy jak kocię,
słońce zatrzymać, żeby nie dać lata jesieni,
z Olimpu w przepaść skakać i głośno śmiać się w locie,
gwiazdy z nieba zerwane ponadziewać na rożny,
sześć ścian mojego bytu na górny wiatr zamienić...

Lecz oto już nadbiegli. I mówią, że nie można.


Czerwiec 2009


Fraszka o przemijaniu

Rude ważki fruwały nad wodą,
kwiat paproci płonął i zachwycał.
,,— Kocham panią!'' — do mastodoncicy
raz powiedział włochaty mastodont,
zaraz potem ze wzruszenia zamilkł
(nad jeziorem zbierał się mgły kłąb).

Potem były pocierania kłami,
drżenia uszu i splątanych trąb,
białe noce jak wiersze bez rymów,
marsz dudniący po śniegu, ku wiośnie...

Wtem Przedwieczny dłonią bezlitośnie
raczył skinąć — i gatunek wymarł.


Marzec 2010


Wiatr historii

Wiatr historii zabrał moje włosy,
długą brodę upstrzył, łajdak, szronem.

Ale w sercu, niezrażonym losem,
ciągle hałas podnosi skowronek.
Już nie zliczę krzyżyków na karku,
a czas pędzi jak rumak olbrzyma,
więc na szyję zarzucam mu arkan:
choćby ręce mi wyrwał — utrzymam!
Skok! I cwałem na oklep półżywy,
dzwonią zęby, klekoczą mi kości!
Pazurami wpiłem mu się w grzywę,
żeby nie spaść, nie zostać w przeszłości!

Prąd historii przez palce przecieka
i wyniosłe skały w pył zamienia.
Kruche czółno niesie czasu rzeka —
ja mu nie dam osiąść na kamieniach!
Gnuśne ciało chce odzipnąć trochę,
z trupich brzegów kusi senna ciemność,
w rwącą kipiel zwalam się z porohu...
— Nie spać! — przecież znów skały przede mną!

I tak kiedyś przemielą mnie żarna,
szczęk nożyczek — Parka przetnie nić.
Ale nie dam się babie za darmo
i nie będę na OIOM-ie gnić!
Wietrze dziejów, towarzyszu bliski,
wielkie dzięki i chwała ci za to,
że porwałeś mnie kiedyś z kołyski
i raz po raz prałeś mnie po pysku,
aż rzuciłeś mnie na deski świata.


Kwiecień 2010


Nie ma starości

Nie ma starości!
                                Tylko częściej z prądem
w zgodnej harmonii płyniemy przez świat.
Tylko ciut wyżej stawiamy rozsądek
niż za minionych buntowniczych lat —
zamieniliśmy na wiedzę nadzieję,
nie wystawiamy już czaszki na strzał.

I tylko trochę częściej skrzydła mdleją
w codziennym locie do wyniosłych skał...

Ale starości nie ma! I niech pękną
ci, co się cisną, złorzecząc i lżąc!
Częściej w kobiecie dostrzegamy piękno,
niż punkt skupienia rozszalałych żądz...

A kiedy nagle grzmot roztrzaska ciszę,
łódź się pod nami groźnie zakołysze,
wanty zajęczą pod ciosami szkwału,
to z naszych schrypłych gardeł wątłe słowa,
będą załogę przestrzegać nieśmiało,
że trzeba żagle przed sztormem refować...
Lecz nim się morze nad pokładem spieni,
to kapitana młody, dźwięczny głos
powiedzie statek przez burzliwy los
czy to w zwycięstwo, czy na zatracenie!

My potem z soli obmyjemy twarz,
żeby pozdrowić ów świat, niegdyś nasz...


Maj 2010


Dylatacja czasu

Gdy czasem w łysej głowie zaduma mi zagości
i gdy wyniki badań medycznych mnie ubodą,
wspominam: upływ czasu zależy od prędkości,
podlega ,,dylatacji'' (ta rzecz już nie jest tajna):
jeżeli szybko biegnę, zachować mogę młodość —
tak głosi relatywizm stworzony przez Einsteina.

Z prędkością jaką pobiec, by wcale się nie starzeć?
Postulat całkiem prosty, lecz spełnić go niełatwo,
bo twarda rzeczywistość nie słucha naszych marzeń.
Rozważam, czytam, szukam, aż mi policzki płoną:
by czas mi się zatrzymał, dogonić muszę światło...

Lecz wtedy moja masa osiągnie nieskończoność.


Wrzesień 2024


Strach

Boję się, płynąc Mleczną Drogą,
że konstelacje gwiazd postrącam.
Że, gdy za wiatrem ruszę w pogoń,
z Olimpu powystraszam bogów,
że się potopią bez nadziei,
gdy wpadną w rzekę czasu rwącą,
że się przedwcześnie postarzeją...

Obawiam się zacisnąć pięści
i tupnąć w granitową skałę,
bo wtedy Ziemia się zatrzęsie...
Więc, by w Gujanie, czy pod Mekką,
dachy z budynków nie spadały,
staram się zawsze stąpać lekko.

Lękam się w podoliwskim lasku
rozsierdzonego lwa pogłaskać,
po groźnie naprężonej skórze,
bo gdzie spod grzywy ślepia błysły,
z kociego futra lecą iskry
i mogą spowodować burzę.

Nie dmucham na grenlandzkie lody,
żeby nie stopić ich oddechem.
W górach wstrzymuję się od śmiechu,
by nie obudzić śpiących lawin.
Nie mówię mądrze bez powodu,
bo mógłby tych, co będą słuchać,
porazić blask mojego ducha
albo i zmysłów ich pozbawić.
Boję się powiekami machać...

Ja, widzisz, także żyję w strachu...


Czerwiec 2010


Rozmowa Netfausta z Misinfostelesem

Netfaust:
Dziś mi niestraszne wieczorne upiory
i wichru z deszczem za oknem śpiewogra.
Ująłem Wszechświat w precyzyjne wzory.
Według tych wzorów piszę teraz Program,
który sens wskaże Zachwytu i Grozy,
i Moc wykryje, co zrodziła Rozum,
i Siłę, co go przemieniła w Pychę,
czasoprzestrzeni odszyfruje Kod,
odnajdzie Życie, które nie oddycha...
Ruszaj, Programie!

Misinfosteles:
                           Segmentation fault!

Netfaust:
Ki diabeł...   Ktoś ty?!   Skąd jesteś, widziadło?

Misinfosteles:
Jestem Świętości podporą upadłą
i pojemnikiem wirusów nieczystych,
złośliwych pluskiew naczyniem bez dna.
Jestem przeklętą zmorą programisty —
mętnym i sprzecznym opisem zadania,
siłą, co czyni Dobro, pragnąc Zła.
Już wiesz, kim jestem?

Netfaust:
                           Widzę na ekranie
brudne kolory i trwożącą ciemność...
Powiedz mi, zanim wyłączę komputer
i twe istnienie przekreślę rebootem:
czemu zawdzięczam wątpliwą przyjemność,
Szatanie?
Czy chcesz mej duszy, czy hasła do roota?

Misinfosteles:
Hasła?   Czy twojej mądrości opoka
chroni się garstką niepozornych haseł?
Umiem na tyle przyspieszyć bieg czasu,
że minie pełne alef zero er,
wydając ci się ledwo mgnieniem oka.
Gdy skończę taki nieskończony pościg,
nic nie zostanie z nierozstrzygalności
problemów twoich jedynek i zer!

Netfaust:
Żeby ktoś umiał nieskończoność wieków
zamknąć w kapsułkę i całą przeczekać,
to sam by musiał istnieć w pozaczasie,
gdzie nic nie może już nigdy się zmienić.
Tego, wiadomo, uczynić nie da się,
mogę wykazać ci to obliczeniem.

Misinfosteles:
Tak się rozmawia z uczonym człowiekiem!
Czego nie zmaca — to mu jest dalekie,
jeśli nie chwyci — ma za nieprawdziwe,
jak nie obliczy — to fałszem nazywa,
nie zważy — mówi: to nieważkie rzeczy,
a nie spienięży — wartości zaprzecza.

Netfaust:
Nudzisz.   Ja chciałbym Mądrość zakląć w bity
i, co od zawsze skryte, poodsłaniać.
Chcę, żeby Umysł spełnienia niesyty
odebrał Bogu monopol stwarzania.
Pragnę Teorii, co Wszechświat pozmienia
i poprowadzi Ludzkość w miły Raj,
choćby za cenę mego potępienia.
Wtedy odpocznę.   Powiem: chwilo, trwaj!
Taką teorię stworzyć się postaraj.
Potrafisz?!

Misinfosteles:
                  Wszelka teoria jest szara,
a złote drzewo życia jest...

Netfaust:
                                    ...zielone —
czytałem bzdurę tą przed wielu laty.
Widzę, że widmo, inferno zrodzone,
żądzy mądrości mej nie zaspokoi.
Lepiej już prowadź mnie do Małgorzaty,
czy jakiejś innej obietnicy swojej...


Październik 2010


Koncert o stwarzaniu światów


[ADAGIO]
Na początku był niepokój —

niedopomysł w niedoramach,
błędny ognik w gęstym mroku,
ciąg, co nijak nie chciał zbiegać...
Pomyślałem: przejdzie samo.

Ale błędny ognik nie gasł...

[VIVACE]
        Więc zebrałem krzywe w pęk unormowany,
        wyznaczyłem homologiom funkcje brzegu,
        i był wieczór, i noc była, i zaranek
        dnia pierwszego.

        Rozpostarłem przestrzeń nad trywialnym ciałem,
        wprowadziłem bazę silnie nieskończoną.
        I znów wieczór, i noc przeszła, i już dniało —
        drugi dzionek.

[GRAVE E TRISTE]
Stosy zmiętych kartek w domu,
w sercu gorycz jak syk kobry,
bo mój pomysł,
mglisty pomysł,
nie był dobry...

[CON FUOCO]
        Świeża kawa, czysta kartka, i od nowa:
        nieskończenie wymiarową, parazwartą,
        rozmaitość przyjdzie w sferę odwzorować —
        na dzień czwarty.

        Chociaż grupy homotopii są zerowe,
        to ściągalność jeszcze z tego nie wynika...
        Idźmy dalej: proces Gaussa i Markowa
        (który dzień? — już nie pamiętam),
        wytyczona ewolwenta...
        ja piórkuję...   pogodziła się z metryką!

[MAESTOSO]
Patrzę na mój świat z wysoka
i oceniam, że jest okej...


Kwiecień 2011


Świat mamy u swych stóp

        Przekład piosenki Charlesa Aznavoura,
        można jej posłuchać w oryginale tutaj


Niech każdemu szczęścia dni
los odmierzy.
Każdy znajdzie czas na łzy
z własnych przeżyć.
Póki życia skra się tli,
niechaj wierzy,
że przemieni przeznaczenie swoich jutr.

Jeszcze kryje szary kurz
nową miłość,
grzejąc życie, co się już
obudziło.
Chociaż tyle groźnych burz
się przeżyło,
z wiosną zawsze w nas powstaje nowy duch.

     Dopóki nam Ziemia się kręci
     świat mamy u swych stóp.
     Choć jest szalony i bez pamięci —
     mamy go u swych stóp.

Poprzez rozpacz, żal i wstyd,
co nas dławi,
ponad boleść, ponad łzy
i nienawiść
krąg nadziei wciąż nam lśni
i to sprawia,
że się serce zrywa nam do wolnych snów.

     Dopóki nam Ziemia się kręci
     świat mamy u swych stóp.
     Choć jest szalony i bez pamięci —
     mamy go u swych stóp.

Choć nie wiemy, jak do gwiazd
drogi mierzyć,
chociaż nam zniszczono czas
naszych przeżyć,
gdy się życie kuli w nas,
chcemy wierzyć,
że świat będzie jako łup
tkwił u stóp!


Styczeń 2013


Sigma

        W ostatnią sobotę Sigma ukończyła swój intensywny
        bieg przez ten świat. Miała długie i bogate życie.
        A na ostatniej prostej z jej piersi wydobył się
        przedziwny dźwięk — zawyła jak wilk do Księżyca.


Rozgardiasz bujnego życia zaniknął i zamilkł,
słońce się z wolna po niebie przesuwa na zachód.
Poruszam Ziemię czterema mocnymi łapami,
w nozdrza biją wspomnienia zamierzchłych zapachów...

Świat ma być światem, więc czasem bez spoczynku gonię,
żeby nadążyć za dziwnym splotem snów człowieka.
Gdy mu potrzeba otuchy — poliżę mu dłonie,
a kiedy do domu wróci — radośnie zaszczekam.

Lecz teraz już w przyszłość biegnę, badać tropy nowe.
Bywajcie — ale na ziemi nie będziecie sami.
Pogodną nocą spróbujcie ku niebu wznieść głowę
i odnaleźć mnie tam w górze pomiędzy gwiazdami.


Listopad 2021


Harcerska zielona piosenka — nowa wersja

Pokryjemy betonem,
spalinami i dymem
kraj nasz cały od sioła do grodu.
Zdeptać trawę zieloną,
rzeki w biegu zatrzymać,
lasu szum zmienić w ryk samochodów!

Niech w parkingi obrasta
kraj neonów płonących
nad głowami od zmierzchu do świtu.
Co tam wsie, co tam miasta —
niechaj po nas na łące
pozostanie stos opon zużytych...


Luty 2024


O kotach

My, ludzie, zawsze mamy tak wiele roboty,
tyle problemów, którym nie starczy i sto lat,
że w naszym ciągłym biegu nie liczą się koty,
bez wahania, choć z żalem, zrzucamy je z kolan.

Meblujemy świat cały od końca do końca
obalamy ustroje, stanowimy prawa.
A jak nam się przypomni futerko mruczące
to stawiamy mu w kącie kuwetę dziurawą.

Szarpiemy się przez życie w wiecznych przeprowadzkach,
ślady stóp nam się gubią w mgle i w zawieruchach,
lecz czasem na postoju słyszymy z nienacka,
jak w naszych dawnych domach miauczą kocie duchy...


Grudzień 2004


Do wszystkich wierszy
Do mojej witrynki domowej

Ostatnia modyfikacja: 30 marca 2025