Do Westerplatte wiedzie z Przeróbki wygodna droga rowerowa. Radzę jednak z niej zrezygnować i jechać ciut bardziej po lewej, ulicą Ku Ujściu a potem Pokładową (fatalna nawierzchnia). Ona prowadzi blisko żywego Westerplatte. Krajobraz przemysłowy, hałdy, działające dźwigi, huk, statki przywożące kontenery -- organizm pracujący, żrący i wydalający wyziewy. Jednak nieco dalej drogi się łączą i wjeżdżamy do miasta umarłych -- bezsensownych ofiar z zamierzchłych czasów 4 pokolenia temu. Życie jest zasapane, głośne i brzydkie; śmierć urządzono na wzniosłą i dystyngowaną. Kult śmierci zaczerpnęliśmy z... chyba ze starożytnego Egiptu.
Ale i tu wdziera się życie. Od czasu, kiedy partyjny minister od kultury wydarł ten kawałek półwyspu miastu Gdańsk, zmieniła się chyba tylko jedna rzecz. Otóż na deptaku, którym tłumy zwiedzających, zaopatrzywszy się w lody i lizaki, idą pod pomnik, wykwitł rząd straganów. Oczywiście handlują pamiątkami związanymi z miejscem -- zabawkowymi karabinami maszynowymi, drewnianymi granatami, zabawkowymi maskami przeciwgazowymi, ale można nabyć również dużego misia-Westerplatka. Na razie niczego innego Partia tam nie zbudowała, porządna droga rowerowa była tam już wcześniej.
To mogło być piękne miejsce. Gdyby nie nasza narodowa czołobitność w stosunku do wojskowych trupów sprzed bardzo dawnych czasów, może moglibyśmy chodzić na cypel, gdzie ziemia się kończy, przyglądać się statkom wchodzącym i wychodzącym z portu, tęsknić za morską dalą... Ale w tłumie dzieci, którym rodzice głośno wpajają ,,patriotyzm'' ponoć należny miejscu, nie da się tego robić. A autobusy zwożą coraz to nowych amatorów na lody, lizaki, karabiny, misie i patriotyzm.