Historia bywa nauczycielką życia -- ale nie ta, której uczono mnie w szkole. Na podstawie historii ze szkoły nie potrafiłem zrozumieć treści tablicy stojącej niedaleko wjazdu do twierdzy Wisłoujście:

Francuzi próbują przerwać oblężenie Gdańska, żeby ratować polskiego króla?! A kto oblega? Okazuje się, że Rosjanie... Ale dlaczego w środku znalazł się król polski? Skąd tu Francuzi, na trzy ćwierćwiecza przed wyprawą Napoleona na Rosję? Nie, tego mnie nie uczyli... Od kiedy to obce państwa mogły toczyć wojny na terenie Rzeczypospolitej, nie pytając Rzeczypospolitej o wizę wjazdową?
Ostrzegam, nie jestem historykiem, nawet historykiem-amatorem; moje interpretacje mogą być bardzo wadliwe. A prowadzą mnie do wydarzeń znacznie wcześniejszych. Do 1683, czyli do ,,odsieczy wiedeńskiej'' Jana III Sobieskiego. W mojej szkole (zresztą jeszcze komunistycznej) był to Wspaniały Czyn Orężny, który uchronił Europę przed pochodem islamu. Teraz myślę, że tą wyprawą Jan III ostatecznie wyszarpnął Polsce, wyludnionej i zniszczonej wojnami, rokoszami i epidemiami XVII wieku, resztkę sił. A przy okazji przygotował klęskę rozbiorów -- bo w obliczu wzrastającej potęgi Rosji i Austrii tylko sojusz z Turcją, zagrożoną przez te same dwa państwa, mógł dawać nadzieję utrzymania się na powierzchni. Polska stała się niezdolna do samodzielnego istnienia w XVIII wieku, ale zbrojna awantura Sobieskiego pod koniec wieku XVII zapewne walnie się do tego przyczyniła.
Otóż nie minęło 14 lat, kiedy w 1697 królem polskim został, wybrany przez większość szlachty, 12-letni François Louis de Bourbon-Conti. Dlaczego więc nie ma go w żadnym oficjalnym poczcie królów polskich? -- bo nie doszło do koronacji. Rosja, Austria i Branderburgia wolały na polskim tronie Niemca niż Francuza: królem został więc (wbrew wynikom elekcji) August II der Starke (Mocny), a Contiego przepędzono. Gdzie była w tym jakaś polska ,,racja stanu'' lub polska ,,polityka''? Właściwie nigdzie.
W 1700-1721 na polskich ziemiach toczyły wojnę (t.zw. III wojnę północną)
W 1733-1735 doszło do t.zw. wojny o sukcecję polską. Tym razem toczyły ją
Jak to, nie było, w 1734?! Przecież pierwszy rozbiór, jak uczono mnie w szkole, nastąpił dopiero 38 lat później, w 1772! Skoro już od 1697 Polska nie miała sił, żeby skutecznie wybrać sobie własnego króla, to dlaczego zaborcy odczekali jeszcze 75 lat, zanim wdepnęli na dobre?
Nikt nas nie zajął zbrojnie, łamiąc zaciekły opór. Upadaliśmy stopniowo, krok za krokiem. Taki upadek to długotrwały proces historyczny, wymagający między innymi wymiany pokoleń na takie, które nie pamiętają. Kiedy upadliśmy ostatecznie, nikogo to nie zdziwiło. Sejm Czteroletni tak naprawdę nie radził o naprawie Rzeczypospolitej, bo ona już dawno była nie do naprawienia, tylko o tym, na który dzień roku potomni ustanowią święto narodowe. W Powstaniu Kościuszkowskim nie chodziło o niepodległość, bo jej możliwości już dawno nie było w kartach, tylko o to, komu przyszłe pokolenia wystawią pomniki. A zaborcy dokonali ostatniego coup de grace z wahaniem i jakby niechętnie. Rosji (w mniejszym stopniu Austrii i Prusom) na rękę było istnienie rozpadającej się i całkowicie zależnej (choć niby niepodległej) Rzeczypospolitej. Po co marnować siły i pieniądze na zdobycie czegoś, co i tak faktycznie jest nasze?
Ale
Ano, możemy próbować ustalić porównawczo, na jakim etapie upadku Rzeczypospolitej znajdujemy się teraz. Skoro historia jest nauczycielką życia... Oczywiście dokładnego powtórzenia ciągu zdarzeń nie należy oczekiwać -- nie te czasy, nie te sposoby.
Wspaniały Czyn Orężny przeciwko islamowi mamy już za sobą. Nawet w najlepszej z możliwych przyszłości musi minąć wiele pokoleń, zanim Afgańczykom i Irakijczykom słowo ,,Polak'' przestanie się kojarzyć z pojęciem ,,morderca''. Dotąd mieliśmy jednego wroga, Rosję, ale właśnie wyrósł nam drugi, Unia Europejska. Może nie tyle ten wróg wyrósł, co sami go sobie na wroga wylansowaliśmy -- i tu jest różnica w stosunku do XVII/XVIII wieku. Inna różnica: słynny ,,sejm niemy'' (1717) trwał jeden dzień, po nim posłowie znowu nabrali głosu; a obecny Sejm jest niemy nieprzerwanie od 6 lat, nie kształtuje prawa, bez dyskusji zatwierdza dekrety króla (teraz ten urząd nazywa się inaczej), wymieniwszy przedtem salwy wzajemnych obelg i oskarżeń (nie mylić z dyskusją).
Mamy więc dwie wrogie potęgi: Unia z Zachodu, Rosja ze wschodu. I mamy dwa zwalczające się stronnictwa: zwolenników Unii i zwolenników Rosji (ci drudzy trochę się jeszcze tajniaczą, ale już coraz mniej). Zgody między tymi stronnictwami być nie może, bo już z obu stron padły najcięższe oskarżenia o zdradę popełnianą dla władzy i pieniędzy.
Cóż, trwa piękne ciepłe lato, pandemia odpuściła... Ekonomiści wprawdzie coś tam marudzą -- ale przecież nieraz mieliśmy biedniej niż teraz; pielęgniarki narzekają, nauczyciele narzekają, sędziowie narzekają, kobiety strajkują, rolnicy blokują drogi -- ale przecież to nie pierwszy raz, tak już bywało, nie dajmy się zwariować. Może więc ja (i nie tylko ja) niepotrzebnie biję pianę, może wszystko jest OK? Lepiej sprawdźmy tysiąc razy, czy istotnie jest OK, bo jeśli nie, to możemy drogo zapłacić. W końcu ostatnie lata XVII wieku, kiedy nastąpił faktyczny koniec II Rzeczypospolitej, również były ciepłe i piękne, epidemie się kończyły, a protesty ukraińskie i chłopskie wypaliły się lub zostały krwawo stłumione. Z perspektywy dworu szlacheckiego nie było widać nadchodzącego finem Poloniae. Kiedy ukazał się oczom współczesnych, gorączkowe próby naprawy były już przedsięwzięciem beznadziejnie spóźnionym.
To prawda, że w latach 1980-tych byliśmy w znacznie głębszej zapaści gospodarczej niż dzisiaj, i że mieliśmy bardziej ograniczoną wolność osobistą, i że media były znacznie głębiej upartyjnione -- i że poradziliśmy sobie z tym wszystkim. Ale społeczeństwo było wtedy bardziej niż teraz zjednoczone w przekonaniu, że właściwy jest kierunek zachodni, a Zachód nas trochę żałował a trochę lubił. Nawet w nocy stanu wojennego widać było dno, do którego można było spaść: dotąd i ani centymetra niżej. Obecnie o jedności kierunków nie ma co marzyć, Zachód jest nami coraz bardziej zniesmaczony i zniecierpliwiony, dna również nie widać -- ciągle odkrywają się coraz głębsze jego pokłady. I na świecie nie mamy żadnych sprzymierzeńców, a w kraju żadnych ludzi ze społecznym autorytetem.
W dodatku ten upadek nie wynika z czyjejś nagłej napaści, trwa powoli, jakby był rozpisany na lata i wymagał wymiany pokoleń na takie, które nie pamiętają. Dlatego nie wywołuje wystarczająco silnej społecznej reakcji obronnej.
Wobec tego
Najlepiej by było, gdyby barscy przestali zwalczać się z targowickimi a lubomirscy z janakazimierzowskimi; przynajmniej na tyle, żeby móc negocjować i wypracowywać kompromisy. Wtedy być może zdołalibyśmy rozwiązać piętrzące się przed Polską problemy społeczne, ekonomiczne, klimatyczne i inne. Ale to nie może się zdarzyć, to skrzyżowanie mamy już za sobą, poszliśmy inną drogą.
No to gramy o srebrny medal: gdyby jedno ze stronnictw pobiło drugie na głowę, zachowując przy tym swoje struktury oraz poparcie społeczne, to być może potrafiłoby powstrzymać upadek. Czy ktoś widzi na to jakąś szansę? -- ja nie widzę. Raczej będą się zwalczać, rozbijać, utrudniać. Każdorazowe przechylenie szali zwycięstwa na którąś stronę natychmiast wywoła pospolite ruszenie dla poparcia strony przeciwnej. Aż zrobi się taki nieład, że cała Europa, łącznie z większością Polaków, odetchnie z ulgą, kiedy w końcu ktoś z zewnątrz zaprowadzi ,,porządek''. Tak właśnie stało się w latach 1772-1795.
Kolejna szansa (medal brązowy) tkwi w tym, że być może nagle jak Feniks z jaja wyrośnie trzecia siła, która szybko pokona oba walczące stronnictwa i skupi ludzi Dobrych, Mądrych i Gotowych do Poświęceń dla Ojczyzny... Że wyrośnie, to jest realne; że skupi, hmmm..., no, może i skupi; ale że pokona?! W wyborach może pokona, ale czy zdąży to zrobić, zanim wyniki wyborów w ogóle przestaną się liczyć, tak jak pod koniec XVII wieku przestały się liczyć elekcje królów?
-- historia jest nauczycielką życia. Ale wolałbym uczyć się życia z jakiejś lepszej historii...