Mój ortopeda spojrzał na najnowszy rentgen mojego
prawego stawu skokowego i posmutniał. Żeby go pocieszyć, szybko się
pochwaliłem, że przeszedłem z Gdańska do Sopotu i z powrotem -- razem
około 20 km.
-- To tylko dowodzi wyższości ducha nad materią. -- powiedział
wpatrując się w zdjęcie materii.
Ale na spływ katamaranem wiosłowym po uralskiej
rzece o nazwie Kara nadaję się wspaniale: jak się spływa, to się nie
chodzi.
Planowałem go z Alioszą już w poprzednie lato, jednak dramat w
rodzinie nie pozwolił mu wtedy zrealizować planu.
Nad tym spływem wisi fatum: przed samym wyjazdem Aliosza ma wypadek i znowu nie może pojechać. Pojadę z jego kumplami. Wszystko jest już przecież przygotowane: są bilety kolejowe na trasę Moskwa-Workuta-Moskwa, zakupiono dla mnie gidrokostium (KLIK!) a w Workucie wynajęto wiezdiechod, bo tylko tak można dostać się stamtąd do rzeki Kary.
Jednak kumple coś nie mogą się zebrać. W końcu w ostatniej chwili okazuje się, że nikt donikąd nie jedzie. A ja już mam w paszporcie wizę na całą Rosję, w kieszeni bilet Gdańsk-Moskwa-Gdańsk i w perspektywie zmarnowane wakacje, bo nie planowałem nic zastępczego.
Pakuję się więc tak, jak do pieszej wędrówki (z zapasami żarcia na kilkanaście dni) i udaję się do Moskwy. Jeśli dostanę bilet do Workuty, to połażę sobie po tundrze starając się jeszcze bardziej wywyższyć ducha ponad materię. Jeśli nie dostanę biletu, to pojadę tam, dokąd dostanę. I się zobaczy.
Do obcego kraju? w nieznane góry? z niedziałającą nogą? sam? -- a jaki mam wybór? Zmarnować kolejne wakacje? Z powodu tej cholernej nogi mam za sobą pełne 3 lata bezruchu, żyję jak drzewo i ważę o 10 kilo za dużo.
Dość już tego!
Upał...
Bilet płackartnyj do Workuty na dzisiaj da się kupić, ale tylko
na bokowyje
miesta.
-- Nicziego, diewuszka,
mienia eto ustraiwajet. -- kasjerka wyraźnie się dziwi, bo
ludzie na ogół wybrzydzają na miejsca boczne. Koszt: 930 rubli
(ok. 135 zł). Płacone w zwykłej kasie, razem z tubylcami.
Czasy, kiedy cudzoziemcy kupowali w specjalnej kasie i płacili drożej,
już minęły. Jednak dla zakupu biletu trzeba się wylegitymować. Dane
osobiste są wpisywane do biletu, tak jak u nas w samolotach. Jest to
niedawno zaprowadzona ostrożność, związana podobno z zagrożeniem tieraktami.
W wagonie jak zwykle wściekły zaduch. Pode mną śpi Władimir -- wojak z Siewiernoj Ziemli. Nie chce (albo nie umie) wyjaśnić mi, czego oni tam bronią wśród białych niedźwiedzi. Obok jakiś facio sam podobny do niedźwiedzia i całkiem sympatyczny, tylko niestety dawno niemyty. Dalej Michaił -- namawia mnie, żeby nie jechać do Workuty, tylko wysiąść wcześniej i pójść w góry.
Po pierwszej nocy w pociągu wiem już dokładnie, dlaczego ludzie nie lubią bocznych miejsc. Wagon płackartnyj jest dziwnie zorganizowany. Przedziały są całkiem otwarte, nieoddzielone od korytarza a po drugiej stronie korytarza znajdują się właśnie te boczne miejsca. Żeby to wszystko się zmieściło, leżanki są krótkie, dla dorosłych ludzi zbyt krótkie. Wobec tego nogi śpiących wystają na korytarz i w stronę miejsc bocznych. Całą noc towarzyszył mi zapach nóg Niedźwiedzia -- skrzyżowanie aromatu kiszonki ze smrodkiem ogólnokolejowym -- a żadnej działającej wentylacji nie bylo. To jest gorszy układ niż w naszych kuszetkach; w dodatku taki wagon ma tylko 54 miejsca leżące, więc oszczędności w stosunku do naszego też nie ma. Na szczęście na drogę powrotną mam już miejsce zwykłe a nie boczne.
Za to w każdym wagonie jest stale samoobsługowo dostępny wrzątek, można sobie zrobić herbatę. A na stacjach babcie sprzedają różne smakołyki, gorące pierożki, owoce, warzywa, itp. Ludzie kupują dużo zieleniny, podobno drogiej i trudnej do zdobycia na północy.
W końcu wysiadam w Workucie.
W lejącym się żarze słonecznym (podobno takie nietypowe lato) docieram
do hotelu ,,Workuta'' olewając zaproszenie Niedźwiedzia, żeby
zamieszkać u niego. Mam potrzebę wykąpania się i uprania a nie chcę,
żeby moje pranie pachniało kiszonką. Ten upał będzie trwał całą noc,
bo słońce tu przecież nie zachodzi. Pranie na pewno zdąży wyschnąć.
Centrum Workuty składa się z ulicy... no, zgadnijcie... tak! tak! z ulicy Lenina! oraz kilku niezbyt ważnych przecznic. Ponadto na ,,aglomerację'' składa się kilka posiołków powstałych wokół kopalń. Workuta to węgiel. Najpierw powstały kopalnie i łagry pełne więźniów zwiezionych do pracy w tych kopalniach, potem w środku wyrosło miasto a łagry zamieniły się w osiedla górnicze. Przyjeżdżali tu ludzie z całego Związku Radzieckiego zachęceni dlinnym rubliom i romantikoj zapoliaria. Teraz Workuta podupada i pełna jest rozgoryczonych ludzi, bo ojczyzna nie potrzebuje już tego całego węgla a miasto nie zdołało jak dotąd przestawić się na nic innego.
Aglomeracji workuckiej nie łączy z resztą świata żadna droga, nawet polna. Dostać się tu można koleją, samolotem i amfibią. Można przywieźć sobie ze świata samochód i używać go do jeżdżenia po posiołkam. Całość ma ok. 150 tys. ludzi, czyli tyle co Elbląg. Oczywiście Elbląg sprawia wrażenie o wiele bardziej wielkomiejskie, bogate i światowe. Po Workucie chodzi się po krzywych zakurzonych ulicach i chodnikach z jakiegoś asfaltobetonu. Łatwo sobie wyobrazić, że w czasie deszczu dziury pod nogami zamieniają się w głębokie i rozległe kałuże. Chociaż nie, raczej w ślizgawki, bo przecież tu na ogół panuje mróz. Ulice w centrum są szerokie, ale samochody jeżdżą jeden za drugim wężykiem między wyrwami w jezdni.
Odwiedzam kniżnyj magazin i z przykrością dowiaduję się, że żadnych map od trzech lat nie było i nie znajdę ich nigdzie w Workucie. Jutro zgłoszę się do Ministierstwa Czriezwyczajnych Situacij -- to jest taki tutejszy odpowiednik naszych służb ratowniczych. Może coś mi doradzą w sprawie map?
Samodzielny pokój w hotelu kosztuje 700 rubli za noc (ok. 100 zł) a miejsce w pokoju dwułóżkowym połowę tego. Zdecydowałem się na wersję tańszą -- po pierwsze dla oszczędności, a po drugie dlatego, żeby nie izolować się od tubylców. I dobrze trafiłem. Moim współspaczem jest Sasza, fajny i wesoły chłopak, aspirant na uniwersytecie w Syktywkarze, stolicy republiki Komi, w której się znajduję. Właśnie odbywa się konferencja międzynarodowa i Sasza pomaga demonstrować cechy tutejszej gleby. W pokoju hotelowym ma kilka szpadli, którymi wykonuje razriezy.
Sasza wyjaśnił mi kilka konsekwencji obecności mierzłoty
bezpośrednio pod cienką warstwą gleby.
To jest warstwa aktywna: w lecie trochę się nadtapia, w zimie zamarza,
puchnie i wybrzusza się. W związku z tym bardzo trudno jest ułożyć
równą drogę lub ustawić pionowy słup -- wieczny ruch zmarzliny szybko
doprowadza do sfalowań i wykrzywień. W miejscach, gdzie zmarzlina
podchodzi pod samą powierzchnię gleby, trudno jest coś budować. Ale
nawet tam, gdzie zmarzlina jest głębiej, duży blok mieszkalny roztapia
ją pod sobą i zaczyna pogrążać się w ziemię. Żeby temu zapobiec, w
niektórych miejscach domy stawia się na palach, żeby wiatrowi
umożliwić wianie pod domem i ochładzanie gruntu. Zmarzlina występuje
w różnych miejscach na różnych głębokościach i jest głównym czynnikiem
decydującym co i w jaki sposób można budować. O dziwo, bliżej jest do
niej na zboczach południowych niż na północnych. To z powodu
przeważających wiatrów z SW, które wywiewają śnieg z południowych
zboczy wystawiając je nagie na działanie mrozu.
Ministierstwo Czriezwyczajnych Situacij mieści się w nędznym parterowym baraku. Dyżurny ratownik oczywiście strzela mi zwykłą zniechęcającą gadkę na temat niebezpieczeństw gór i tundry. Właśnie trwa akcja poszukiwawcza, bo zaginęła im czwórka Czechów -- przy tutejszych odległościach i przestrzeniach znalezienie w tundrze kogoś niewyposażonego w telefon satelitarny (zwykłe komórki nie działają poza samą Workutą) jest ogromnie trudne. Czesi mieli zameldować swój powrót tydzień temu i nie zrobili tego. Wobec tego patrole jeżdżą wiezdiechodom po tundrze licząc na łut szczęścia. Stawiam hipotezę, że oni już są w Czechach, tylko olali zgłoszenie swojego powrotu. Dyżurny uważa tą tezę za wielce prawdopodobną. Trwają również usiłowania porozumienia się z ich rodzinami w Czechach, ale to robi ktoś inny (jakieś inne ministerstwo?).
Niestety map żadnych nie ma. Oni sami mają w zamkniętym pokoju oryginał piatikiłomietrowki, tej samej, której skan znalazłem w internecie i sobie wydrukowałem. W moim rozumieniu mapa tej skali nie nadaje się do wędrówki, jednak ratownicy traktują ją jak skarb, okleili ją skoczem, żeby się nie zabrudziła, i trzymają pod kluczem. Od czasu upadku ZSRR żadnych nowych map nie było.
Sasza zdecydowanie zaprzecza, jakoby od czasu upadku
ZSRR nie było nowych map. Po czym dostarcza mi kilka kserograficznych
odbitek swoich kiłomietrowok pochodzących z różnych lat, niektóre z
1990-tych. Widniejący na nich nadruk ,,SIEKRIETNO'' jest
skreślony i obok stoi dopisek ,,dlia służiebnogo polzowanija''. Odbitki nie mają
kolorów, ale i tak są lepsze niż moja piatikiłomietrowka.
Obok kopalni ,,Workutinskaja'' stoi polski krzyż z polskim orłem w koronie i napisem w dwóch językach. Tabliczkę z napisami otwiera krzyż Virtuti Militari a zamyka znak Polski Walczącej. Napisy w oczywisty sposób nie są ze sobą zgodne; żeby to zauważyć, nie trzeba znać języków, wystarczy porównać długość. Polski napis:
Rosyjski napis:
Kurczę, jaki upał... Wlokę się po zakurzonej szosie jak kulawy ślimak. Gdybym miał zdrową nogę, to wlókłbym się jak niekulawy ślimak, czyli niewiele szybciej. Mam dosyć. Wracam do centrum miasta już nie na piechotę tylko autobusem. W tym autobusie rozmawiam z byłym górnikiem, Dimą. Byłym -- bo uległ wypadkowi w pracy i już nie może być górnikiem. Kuleje jak ja, tylko że na lewą nogę a nie na prawą. Dima wylewa na mnie całą swoją niechęć do zdrajców, którzy rozwalili Związek Radziecki. Od tego czasu wszystko się w Rosji popsuło a w krajach, które się oddzieliły, popsuło się jeszcze bardziej. Dima wie, bo niedawno był w Mołdawii, z której pochodzi. Na miejscu Putina zamknąłby dostawy do tych krajów i wtedy one same pripołzli by do Rosji z prośbą o powtórne wchłonięcie.
Wieczorem Sasza zabiera mnie do kina na nowy rosyjski film ,,Nocznoj dozor''. Jakaś bardzo udziwniona alegoryczna historia o walce swietłych z tiomnymi na terenie dzisiejszej Moskwy. Nic już nie wiem: kto ciemny, kto jasny, komu o co chodzi, kto walczy, o co i dlaczego.
|
Już pociąg do stacji dalekiej dobiega, to tutaj. Powiedzcie mi, góry nieznane, czy mnie, cudzoziemca, przyjmiecie jak swego, czy obcy w dolinie zostanę?
Czy wicher zachodni, co tańczy na skałach,
A deszcz, kiedy lunie na czarne kamienie,
O, góry zielone, brązowe i złote, | |
Ponieważ w Workucie na stacji zepsuł się komputer, kupujemy bilety w pociągu -- ku radości konduktorki, która oczywiście nie wydaje biletów. To się nazywa w Rosji chaliawa i oznacza korzystanie z każdej okazji, żeby zarobić lub najeść się na czyjś koszt, na ogół niezbyt uczciwie. To powszechny sport i ludzie lubią dobrą chaliawę bardziej niż uczciwy zysk. Mówią, że na chaliawu i uksus sładok.
Sob' to kilka drewnianych szop przy stacji oraz część turystyczna: dwa wagony kolejowe przerobione na miejsca noclegowe i jeszcze kilka szop. Okazuje się, że na hasło ,,turbaza'' odzew brzmi ,,Gienadij Pietrowicz''. Na pewno gdzieś jest i zaraz mi wszystko wyjaśni. Póki co rozbijam namiot naprzeciwko imponującego mostu wiszącego przez rzekę o tej samej nazwie: Sob'. Rzeka płynie na wschód, a więc istotnie jestem już po azjatyckiej stronie działu wodnego.
Komary i inne owady są, ale w ilości mniejszej i
mniej zajadłe, niż mnie straszono. Nie ma wściekłego workuckiego
upału, na wieczór nastał przyjemny chłodek. W końcu to góry. Nie ma
natomiast ani śladu wieczornej rosy. Może dlatego, że ten biały
wieczór jakiś taki zbyt mało wieczorny? Chociaż wg czasu lokalnego
(2 godz. do przodu wzgl. Moskwy, czyli 4 godz. do przodu
wzgl. Gdańska) jest już po północy.
Znalazł się Gienadij Pietrowicz i oprowadził mnie po turbazie. Te wagony i inne udogodnienia mają służyć przede wszystkim członkom i sympatykom workuckiego klubu narciarskiego. Dumą Gienadija Pietrowicza jest robienie własnymi rękami. Własnymi rękami on z kumplami wybudowali wyciąg narciarski. Własnymi rękami stworzyli też most wiszący. Potem wiosenna powódź go porwała i wybudowali go ponownie. Most ma część zwodzoną, więc Gienadij Pietrowicz albo puszcza ludzi na drugą stronę rzeki, albo nie puszcza, jak zechce. Z mojej obserwacji wynika, że zawsze puszcza, ale wie, kto łazi aktualnie po górach.
Zostawiam w turbazie namiot z całym majątkiem i włażę na górę z wyciągiem po drugiej stronie rzeki Sob'. Ona ma tylko 370 metrów wzrostu, ale po wejściu odsłaniają się widoki na południe. Stoją tam potężne góry oddzielone ode mnie głęboką doliną rzeki, dopływu Sobi. Być może da się ten dopływ obejść, ale to nie dzisiaj. Na razie kieruję się na SE, ku szczytowi Pourkieu (877 m) znajdującemu się po mojej stronie doliny.
Po drodze natykam się w końcu na powszechnie
wychwalaną moroszku. Owoce niedojrzałe są czerwone i otoczone
kielichem, który się potem rozchyla. Dojrzewając zmieniają kolor na
pomarańczowy a potem na żółty. Smak przypomina mi kisiel żurawinowy.
A w ogóle są smaczne i przyjemne. Podobno z tych rozchylonych
kielichów robi się herbatę. Zresztą bida-herbatkę robi się tu z co
drugiego ziółka.
Mniej mi się podoba liściasty krzew zawalidroga, po którym chodzi się trochę jak po kosówce: takie same splątane sprężyste gałęzie podcinające nogi i chwytające kurczowo za plecak. Tyle że nie kłujące. Oczywiście nie da się tego w żaden sposób obejść, bo tu w ogóle nie ma nie tylko dróg ale nawet ścieżek. Przedzieram się z wysiłkiem i bardzo powoli. Jeśli nie liczyć tych krzaków, to góry są łyse i trawiaste.
Jednak końcówka podejścia na Pourkieu prowadzi po kamieniach. Na szczycie stoją trzy nogi upadłego trianguła a obok leży jego urwana główka. Moja noga jak dotąd jakoś wytrzymała, jeszcze tylko zejście do Sobi.
Postanawiam zejść inną drogą: trochę stromiej, ku N zamiast na NW (skąd przyszedłem). Tam w dole widać rzekę Sob' i pociąg powoli wspinający się ze strony azjatyckiej na przełęcz. Mój wybór drogi okazuje się jednak dużym błędem. Od tej strony Pourkieu jest kupą luźno i stromo leżących kamieni. Każdy niestaranny krok wywołuje lawinę kamienną, z którą łatwo jest pojechać. W dodatku w miarę schodzenia coraz lepiej widać, że nawet po zejściu w dolinę nie będę mógł dotrzeć do linii kolejowej ani wrócić do Sobi. W tych górach nie ma dróg ani ścieżek, kiedy wreszcie pojmę konsekwencje tego faktu?! W dolinie też ich nie ma. Są za to gęste zarośla, przez które będę się przedzierał z prędkością pojedynczych metrów na godzinę. Jedyna rada: wrócić na łyse trawiaste łąki w górze. Jednak po trawersie nie da się tego wykonać, bo między mną a drogą, którą przyszedłem, zieją olbrzymie skaliste jary o stromości całkiem wspinaczkowej. Te niskie góry wyglądające z daleka jak Beskidy pokazały ostre zęby. Muszę wrócić prawie na szczyt Pourkieu.
Z krótkiego próbnego spaceru robi się wyrypa. Mam wrażenie, że lezę już kilka godzin mniej więcej na NW dokładnie pod niskie słońce walące prosto po oczach. Kiedy ono w końcu zajdzie?! No więc ono nie zajdzie, przecież jestem za kołem polarnym. Za kilka godzin trochę się przesunie, potem zamieni się w jasną zorzę na horyzoncie, potem zaraz znowu z niej wyskoczy tak samo wielkie i jasne jak teraz. Przez chwilkę jego nieobecności nawet nie zdąży zelżeć dręczący upał i nie zasną komary i meszki. Pocieszam się, że w naszych szerokościach geograficznych moje położenie byłoby teraz gorsze -- zrobiłoby się ciemno i żadna latarka nie przeprowadziłaby mnie przez te jary. Miałbym kiblowanie do rana.
Około północy wracam w końcu do Sobi ledwie żywy, obolały i pogryziony. Piję niezmierzone ilości wody i biorę kąpiel w rzece. Dookoła jest jasno i ciepło, ale nagle zaczynam się trząść. Brak aklimatyzacji? -- ale przecież wysokości są tu raczej bieszczadzkie. Może udar cieplny? Może za mało piłem po drodze? A może po 3 latach grzania fotela przed komputerem nie powinienem się dziwić, że organizm odwykł? Wmuszam w siebie pół litra gorącej zupy, litr gorącej herbaty i aspirynę. Nareszcie mi ciepło. Chyba jednak straciłem w drodze wiele wody, bo te ilości płynów nawet nie powodują wzmożonego siusiania.
Nigdzie dzisiaj nie pójdę. Oprócz chorej nogi dolega mi również zdrowa, widać wzięła na siebie więcej niż połowę pracy. I dopiero teraz widać, jak bardzo jestem pogryziony przez komary i meszki.
Błąd, który wczoraj popełniłem wynikał z nieznajomości tutejszych gór. Mają one inne kształty niż jesteśmy przyzwyczajeni:
U nas człowiek podchodzi po zboczu o mniej więcej takiej samej stromości od podnóża do szczytu i czym jest wyżej, tym szerszy ma widok, a ze szczytu to już widać cały świat wokół. W Polarnym Uralu podejście zaczyna się bardzo stromo i potem robi się coraz łagodniejsze (czasami jest jeszcze niewielka stroma i kamienista dogrywka przed szczytem). Szczyty są na ogół tak szerokie, że nie widać z nich nic prócz wielkiej poziomej podmokłej łąki pełnej moroszki i gołubiki. Widoki trzeba podziwiać w trakcie podchodzenia a nie po zwycięskim jego zakończeniu.
Ponieważ z takiego szczytu prawie nic nie widać, schodzić z niego należy dopiero po starannym zbadaniu mapy. To, że widać dolinę i że jest niestromo, nie świadczy jeszcze, że da się zejść na szagę, bo prawdopodobnie jest bardzo stromo między obserwatorem a doliną w jakimś zakamarku, którego akurat nie widać. A jeśli nie jest stromo, to na pewno są tam gęste zarośla i żadnej ścieżki.
Nigdzie nie pójdę, dzisiaj jest dzień towarzyski. Gienadij Pietrowicz sam przychodzi do mnie, żeby zrelacjonować, kto wczoraj przybył do turbazy, bo może chciałbym poobszczat'sja. Goście turbazy na ogół nie chodzą po górach tylko przywożą składane kajaki i spływają do miejsca, gdzie Sob' uchodzi do Obu.
Nad samą rzeką rozstawił duży namiot Nikołaj z Jarosławlia. Ma trzyosobowy kajak i czeka na kumpla z żoną, którzy przyjadą wieczorem. Ma też masę ekwipunku, typowy matrasnik. Jego jedzenie nie jest wyliczone na każdy dzień planowanej przygody (jak u mnie); gdyby nagle się okazało, że ma zostać bez dostępu do sklepu przez dodatkowy tydzień, to nawet nie musiałby zmniejszać racji.
Nikołaj jest/był matematykiem. Jest o dwa miesiące młodszy ode mnie, ale już na emeryturze. W Rosji jest bardzo dużo młodych rencistów. Nie umiem dokładniej opisać tego zjawiska; jednak wiele osób pytało mnie, czy pracuję, czy już nie -- pytanie, które nie przyszłoby do głowy nikomu w Polsce. Nikołaj dorabia jakimiś komputerowymi witrynkami reklamowymi dla różnych przedsiębiorstw, ale tak naprawdę pasjonuje się spływaniem kajakiem po niezbyt burzliwych rzekach oraz jeżdżeniem na rowerze z niezbyt wielką prędkością (coś wspominał o 80 km dziennie).
Nie zamierzam zostać matrasnikom, ale pewne elementy ekwipunku Nikołaja oglądam z ciekawością. Rzadko spotykane w Polsce są m.in.:
Nikołaj jest towarzyski i to on przez cały czas trzyma gadkę, ja tylko słucham. Z wielkim zapałem biega też do każdego przepływającego kajaka lub pontonu, żeby wymienić kilka zdań z jego załogą. Według niego moskwicziej poznaje się po tym, że nie zdorowiatsja -- po prostu milczkiem przepływają, gady. Uważa za oczywiste, że wszyscy tutejsi turyści powinni znać jego internetowy opis rzek Polarnego Uralu. Jednak oni jakby nie znali...
Po południu przyjeżdża kompania Nikołaja: Swietłana i Wiacziesław. Nikt jednak nie używa tak długich imion, tylko jednosylabowych: Swiet i Sław; Nikołaj to Kol' (ze zmiękczeniem na końcu). Swiet nie podaje mi ręki -- w Rosji kobiety nie witają się w ten sposób. Na ich kajaku są tylko dwa wiosła -- w Rosji kobiety nie wiosłują. Za to Kol' prosi ją o ugotowanie szczi. Nie z torebki tylko z prawdziwej kapusty i kartofli. Wszystko to wożą ze sobą w swoim ciężarowym kajaku.
Swietłana, Wiacziesław i Nikołaj nie chodzą tylko pływają kajakiem. Ale są tacy, którzy chodzą. Wieczór spędzam w chatce wynajętej w turbazie (za darmo) przez pieczorciew -- trójkę dorosłych, Nadieżdę, Jurija i Gienę, oraz chłopaczka (na oko 12 lat), którego imienia nie znam. W Rosji dzieci się nie przedstawiają. Wydaje mi się, że Nadieżda i Jurij stanowią parę a chłopaczek jest synem Gieny, ale nie jestem tego pewien. Łażą razem po okolicznych górach i filmują wodospady nocując w namiocie a po dwóch lub trzech dniach wracają do turbazy.
Kolejna próbna wycieczka na lekko: ogólnie rzecz biorąc na północ, wzdłuż dopływu Sobi (bez nazwy), potem na szczyt 725 m (bez nazwy), potem do doliny strumyka o nazwie Kiemrieźruś. Wzdłuż niego idzie wiezdiechodka, która doprowadzi mnie do linii kolejowej kilka kilometrów poniżej Sobi. Gienadij Pietrowicz ostrzega mnie, że łatwo zabłądzić i zapuścić się zbyt daleko na północ, gdzie już żadnych dróg nie ma, nawet wiezdiechodok.
Szczyt 725 m przychodzi mi łatwo. Staram się teraz ze wszystkich sił nie pójść za daleko na N. Jestem blisko szczytu, a więc na wielkiej łące, z której niczego nie widać, idę wpatrzony w kompas. Natrafiam na stromy jar niewielkiej rzeczki, zapewne dopływu strumyka Kiemrieźruś. Schodzę po skałach i kamieniach (noga znowu protestuje), ale dolina strumyka w oczywisty sposób nie nadaje się dla żadnych pojazdów, nawet dla wiezdiechodow. Strumyk początkowo jest bardzo wąski i ma wysokie i strome skaliste brzegi; potem jego dolina się rozszerza i zaczynają się zarośla nietknięte gąsienicą. Przedzieram się z wielkim wysiłkiem i z prędkością żółwia: przygotowanie pozycji ciała, odczepienie gałęzi od ubrania i jeden krok; znowu przygotowanie pozycji ciała, zanurkowanie pod gałęziami i znowu jeden krok. I tak godzina za godziną. W dodatku znowu bardzo uaktywniają się komary i meszki. Mój repellent ,,Off'' to dla nich jakby egzotyczna pikantna przyprawa: ot, żarcie nie tylko samo przyszło ale jeszcze samo polało się keczupem, jak skomentował mój przyjaciel. Jest już jasne, że znajduję się w dolinie innego strumienia niż chciałem.
Całe życie marzyłem o takich właśnie górach bez dróg, szlaków i ludzi, w których chodzi się wyłącznie na szagę. Nareszcie znalazłem. Niestety, prawa noga nie doczekała... W głowie samo mi się śpiewa: dorogi trudny, no chużie biez dorog.
|
Trzy razy wstawał dzień i gasł a noc chowała się po kątach. Jak kłębek włóczki zdał się czas: zawracał, zrywał się i plątał.
Zegarek figle płatał i
Na góry dzień za dniem się ścielił
Godzina -- wiele lat już zeszło
Wokoło tundra -- świat bez bram. . . | |
Po kilku godzinach przedzierania się mój strumyk wpada w końcu do większej rzeczki. Ogólne ukształtowanie terenu zgadza się z mapą -- na ile mogę sądzić z mojej kserograficznej odbitki. I wreszcie znajduję wiezdiechodku. Wszystko się zgadza oprócz kompasu, który upiera się, że Kiemrieźruś powinien płynąć w inną stronę. Jednak drogą idę o wiele prędzej. Dochodzę do torów i osiągam Sob' oraz mój namiot o 2:30 czasu moskiewskiego a o 4:30 czasu miejscowego. Różnica czasów nie ma jednak żadnego znaczenia, kiedy dzień trwa okrągłą dobę a człowiek nie planuje jazdy pociągiem. Przez całą noc ani przez chwilę nie było tak ciemno, żebym nie mógł odczytać mapy. Za to po raz pierwszy nie ma upału: zrobiło się 10 stopni. Wieje silny wiatr od Europy -- to podobno wróży pogorszenie pogody.
Teraz już wiem, co się stało z moją nawigacją. Otóż jestem tak daleko na północ, że rozbieżność między biegunem geograficznym a magnetycznym (deklinacja) nie daje się zaniedbać: wynosi tutaj około 20 stopni ku wschodowi. A ja ufałem kompasowi bez wprowadzenia odpowiedniej poprawki.
Leżę bykiem.
Przyjemny chłodek: 15 stopni i nie ma owadów. Jak miło...
Dzisiaj wybieram się na ambitniejszy wariant: wyjdę z namiotem na dwa dni i jeden nocleg w górach. Zapasy jedzenia, ubrań itp. zostawię w Sobi -- więc niby idę na ciężko, ale jeszcze nie całkiem. Gienadij Pietrowicz częstuje mnie kawą i kanapką ze skondensowanym mlekiem -- to taki miejscowy przysmak: zamkniętą puszkę gotuje się we wrzątku i mleko przekształca się w brunatną gęstą i słodką masą. Jego żona zasypuje cukrem mieszankę moroszki z gołubikoj i ładuje w wielkie słoje. Dostaję zadanie, żeby znaleźć w górach grupę pionierów i poinformować rukowoditielia o godzinie odjazdu jutrzejszego pociągu do Moskwy. Trwa remont torów i pociągi niezawsze jeżdżą według rozkładu.
Przełażę z plecakiem przez wiszący most i włażę na
,,naszu goru''
jak mówi Gienadij Pietrowicz, czyli na górę z wyciągiem narciarskim.
Noga dolega, więc wlokę się z tym plecakiem jak za pogrzebem. Z góry
otwiera się widok na Masyw Rajiz. Mówiono mi, że został tak nazwany
na cześć jednej skałołazki, Raisy Ismaiłowny, która tu zginęła. Podawano
mi też całkiem inne pochodzenie nazwy masywu: od rajskich warunków
pogodowych panujących w jednej jego części. Skoro panuje tyle wersji,
to pewnie żadna nie jest prawdziwa. Od masywu oddziela mnie głęboka
dolina strumienia Nyrdwomenszor i jeszcze jakiegoś dopływu bez nazwy.
Daleko nad strumieniem widać niebieski namiot -- to pewnie pionierzy.
Lezę ku nim przez zarośla.
Grupa pionierów jest bardzo zróżnicowana pod względem ubioru, wyposażenia i wieku. Jest kilka dziewczyn, ale głównie chłopcy i panowie, niektórzy dosyć starszawi. Rukowoditiel dziękuje za informację o pociągu a potem jakiś chłopiec i jakaś dziewczyna odprowadzają mnie nad strumień Nyrdwomenszor, żeby pokazać najlepsze miejsce na przeprawę. Jednak i tu jest zbyt głęboko na moje Skarpy a nie mam kaloszy, więc chłopak proponuje, że mi zbuduje pierieprawu i zaczyna tragać do wody duże kamienie z brzegu. Odradzam mu tą budowę -- jasne jest, że na taką rzekę szkoda roboty, bo i do wieczora nie zdąży. Podczas gdy zdejmuję buty i skarpety, dziewczyna opowiada mi, że ich drużyna zajmuje się ekologią, poznaje różne rośliny i w ogóle. W zeszłym roku byli w Chibinach i poszukiwali apatytów, bo niektórzy z nich interesują się też geologią. Włażę do wody na bosaka a chłopak idzie ze mną i próbuje mnie podtrzymywać, żebym się nie poślizgnął na kamykach na dnie rzeczki. Czuję się jak zadbane i świeżo przewinięte niemowlę. Wreszcie zwracam mu uwagę, że robi się zbyt głęboko dla jego kaloszy i zapewniam go, że się nie przewrócę. Chłopak wraca na swój brzeg i razem z dziewczyną długo mi machają, kiedy ja znowu zakładam skarpety i buty.
Wypogadza się i znowu narasta upał. Lezę do góry po stromym zboczu, które zgodnie z tutejszymi zasadami zamienia się z wolna w połogą łąkę. Wlokę za sobą coraz większe stado coraz wścieklejszych komarów. Około 19:30 rozbijam się na szerokim siodle między jakimiś skałkami a imponującym Masywem Rajiz. Do zachodu słońca mam jeszcze kilka godzin a do nastania ciemności jeszcze kilka tygodni.
Dobranoc.
Kiedy o 4:30 na chwilę wstałem na siusiu, słońce już grzało a wiatr od Europy przeganiał opary mgły przez przełęcz. Kiedy wyruszam w drogę o 7:00, nie ma już żadnych mgieł i robi się gorąco. Zostawiam namiot na przełęczy i idę na lekko.
Dochodzę do stromych skał, po których z Masywu Rajiz wali wodospad. Niestety muszę zrezygnować z wejścia na Masyw z powodu braku
Droga wspinaczkowa wygląda na niezbyt trudną, ale jednak nie należy jej brać na żywca, skały wyglądają krucho. Po dość stromym piargu z drugiej strony strumienia wdrapuję się na wzniesienie trochę niższe od samego Masywu. Piarg jest gdzieniegdzie przykryty snieżnikami. Nagle natrafiam na jakieś dziwne czarne kamienie pod nogami -- jakby krzemienie. Uderzam je o siebie, ale słońce świeci zbyt silnie, żebym miał szansę zobaczyć ewentualne iskry. Wracam do namiotu w dole.
Zwijam i pakuję namiot i udaję się w dół do stacji kolejowej ,,Kilometr 110''. Po drodze muszę jeszcze raz zdjąć buty i boso przeprawić się przez rzekę Sob', bo tutaj nie ma wiszącego mostu zbudowanego własnymi rękami Gienadija Pietrowicza. Od strony Europy gwiżdże już skoryj Moskwa-Łabytnangi. Z trudem udaje mi się na niego zdążyć i wsiąść z nieprawidłowej strony, to znaczy nie z peronu, od którego pociąg mnie odgradza. Na pytanie, ile płacę, konduktorka tylko macha ręką. Pewnie, nie po to jechała dwa i pół tysiąca kilometrów, żeby teraz kasować bilet za dziesięć kilometrów do Sobi.
Gienadij Pietrowicz cieszy się na mój widok i proponuje baniu. W samej rzeczy właśnie tego mi potrzeba.
Wieczór spędzam z pieczorcami. Nadia reklamuje mi lekarza-cudotwórcę, który założył Institut wosstanowlienija cziełowieka i w tym instytucie uczy ludzi odbudowywać swoje siły a także utracone części ciała. Wszystko to wiarą i siłą woli. Nadia jest bardzo entuzjastyczna w sprawie tego instytutu i uważa, że w ten sposób mogę uleczyć moją nogę.
A problemem Rosji jest obecnie brak idei. Pieczorcy nie uważają, że wszystko jest teraz gorsze niż za ZSRR, ale jednak ktoś powinien w końcu porwać ludzi jakąś ideą jak dawniej, bo inaczej ich życia tracą kierunek.
Znowu upał. Po diabła zabrałem za to koło podbiegunowe tyle ciepłych rzeczy?
Komu w d. temu c., tym razem zabieram namiot i jedzenie na 5 dni. Spróbuję wejść na Masyw Rajiz z drugiej strony. Najpierw mam dojechać pociągiem do Kilometra 134. Pociąg jednak się spóźnia. Dzisiaj jest dzień parzysty, więc pociąg wiezie ze sobą wagon-sklep. Gienadij Pietrowicz upiera się, że powinienem jechać właśnie w tym wagonie, to wtedy nie zapłacę za przejazd. Jadę więc na chaliawu.
Kilometr 134 leży bardziej na wschód a więc jeszcze niżej od przełęczy niż Sob', dookoła są już więc lasy a nie tylko zarośla. Zarośli jest jednak nadal dużo. Z trudem przedzieram się ze stacyjki ku rzece. Ona też jest większa niż w Sobi, więc z jeszcze większym trudem przekraczam ją po śliskich kamieniach mocząc majtki.
Rozbijam się w lesie nad rzeką. Las jest świerkowo-brzozowy, więc z dziecinną łatwością rozpalam ogień. Na dzisiejszą kolację i jutrzejsze śniadanie nie muszę zużywać gazu. Wieje silny wiatr od Europy a niebo jest pokryte chmurami. Oj, będzie lało...
W nocy istotnie lało, ale już przestało. Jednak jest chłodniej i niebo zachmurzone.
Idę lasem na szagę, bo oczywiście nie ma żadnej ścieżki. Wcale nie jest łatwiej niż zaroślami. Krzaczory łapią mnie za plecak oraz inne części ciała. Nic nie widać, bo las zasłania. Pod nogami też nic nie widać, bo zasłaniają krzaki. Co chwila noga staje niżej niż myślała, albo potyka się o kopczyk, o którym nie myślała. Wspinam się na jakieś kępy tylko po to, żeby zaraz z nich zleźć. Zarośla pętają nogi, tracę co chwila równowagę i wtedy zawsze jakiś komar rąbie mnie w oko. Chociaż jestem spocony jak mysza, muszę dla ochrony przed komarami nieść na sobie kurtkę. I nagle w środku tego lasu znajduję czerwone porzeczki. Dobre, dojrzałe, bardzo smaczne. Rosną tu dziko.
W końcu teren zaczyna się wznosić. Ledwie włażę po jakichś kamiorach, ale to daje nadzieję, że wyjdę nad ten cholerny las. W końcu dochodzę do jakiegoś otwarcia wśród drzew -- no tak, to nie ta góra. Muszę z niej zejść z powrotem w las i przedzierać się dalej.
Dochodzę do jakiegoś strumyczka mającego z grubsza
właściwy kierunek. Strumyczkiem łatwiej niż lasem. Poza tym mogę
uzupełnić zapas wody. Poza tym czuje się tu powiew wiatru skuteczniej
odstraszającego komary niż ,,Off''. I nagle wychodzę na las o
zupełnie innym charakterze: z samych modrzewi stojących daleko od
siebie i bez zarośli pod nogami. Las śliczny i łatwy do chodzenia.
Skąd coś takiego w tych dzikich górach?
Wychodzę z lasu na otwartą przestrzeń. Przede mną kamieniste zbocze prowadzące do wąwozu, którym mam wleźć na Rajiz. Wąwozem powinna płynąć rzeka, w jej górnym biegu powinien być duży wodospad. Tylko że ich nie ma. Jest tylko suche koryto rzeki wypełnione kamieniami. Skarlała od tegorocznych upałów rzeka płynie głęboko pod nimi. Udaje mi się znaleźć miejsce, w którym podziemny strumyk na chwilę wypływa na powierzchnię -- tu się rozbijam i napełniam butelkę.
Dzisiaj etap prawdy dla mojej nogi: wymarsz o 8:30 i w górę po skałach i kamieniach. Taką drogę w Tatrach już by zaopatrzono w łańcuchy. Kijki od nart włożyłem do plecaka i lezę, i lezę, i lezę... Około 600 metrów przewyższenia -- to jest mój obecny Everest.
W końcu, jak to na Uralu, skaliste strome zbocze zamienia się w wielką połogą łąkę, po której jeszcze długo trzeba leźć pod górę, ale już na dwóch nogach a nie na czterech. Wieje silny wicher od Europy i nagle zrobiło się tylko 7 stopni ciepła. Zaczynam żałować, że zostawiłem rękawiczki w Sobi, przydałyby się teraz.
Docieram do starej rozwalonej stacji
meteorologicznej. Składa się z dwóch osobnych budynków połączonych
krytym korytarzem i dziwacznej drewnianej baszty. Obok na wzgórku
stoją smętne resztki przyrządów pomiarowych. Wokół wala się mnóstwo
śmieci. Cała smutna ruina wygląda jak wielkie śmietniszcze.
Przede wszystkim muszę ustalić, do czego służy ta drewniana baszta. Z zewnątrz nie ma do niej wejścia. Wchodzę do pierwszego śmietnika, pardon, budynku i znajduję strome schodki prowadzące od wewnątrz na szczyt baszty. Włażę -- i wszystko jasne. To jest ubikacja. Widać podłoże jest tu zbyt skaliste, a może zbyt pełne mierzłoty, żeby kopać dół wystarczająco duży na gówno z całej długiej zimy. Więc dół kloaczny jest nad ziemią.
W części stacji ktoś zastąpił wybite szyby mocnymi workami plastikowymi. Skutecznie chronią od wiatru i nawet wpuszczają trochę światła. Ta część jest najwyraźniej użytkowana przez wędrowców. Walają się otwarte puszki z jeszcze niezjedzoną zawartościa i stoją kanistry z wodą. Przez chwilę zastanawiam się nad spędzeniem nocy w stacji, jednak po zjedzeniu kolacji chałupa wydaje mi się coraz mniej przyjemna. W końcu zabieram swoje zabawki i schodzę na wschód w stronę miejscowości Charp. Rozbijam się na zboczu spory kawał poniżej stacji.
Robi się coraz zimniej i wieje wściekły wicher od Europy. Dzisiaj w drodze założyłem trzy warstwy: rovyl, polar i goretex. Nie mam w plecaku nic więcej do założenia, wszystko pozostało w Sobi. Czy może się zrobić jeszcze zimniej?
Podła noc: wściekły wicher szarpiący namiotem i przechodzące fale ulewy. Trochę podmokłem.
Schodzę i schodzę w stronę Charpu. Zła pogoda została w górze, ale niebo jest całe zawatowane. Pocieplało trochę i oczywiście nadleciały komary. Rozbijam się na skraju modrzewiowego lasu obok śladu po rzeczce. Ognisko znowu bezproblemowe, zabawka dla zuchów.
W nocy znowu lało, ale ognisko z rana znów bez problemów. Te modrzewie palą się nawet pod wodą. Posuwam się powoli po kamieniach wzdłuż strumyka. Bardzo już stęskniłem się za jakąś drogą lub ścieżką, niechby to nawet była wiezdiechodka. Wychodzi słońce i robi się upalnie; po chwili przychodzi deszcz i robi się zimno; i tak w kółko. Chyba mam omamy, bo ciągle słyszę przejeżdżające samochody, chociaż najbliższa droga jest daleko poza moją mapą.
Nagle zza zakrętu strumienia wyłania się wielki most, po którym przejeżdżają w te i nazad duże wywrotki. Żadnego mostu ani drogi na mojej mapie nie ma; zresztą na wiezdiechodkach nie stawia się mostów. Wywrotki wożą kamienie na wschód (w kierunku Charpu) i wracają puste na zachód, tam pewnie jest jakiś kamieniołom. Praca wre, chociaż dzisiaj jest niedziela. Fale deszczu zlewają się ze sobą i teraz już pada nieprzerwanie.
Wychodzę na drogę zrobioną z wysypanych i następnie
rozjeżdżonych przez ciężarówki kamyków -- jest ona bardzo nierówna.
Macham i od razu pierwsza wywrotka zatrzymuje się i zabiera mnie do
Charpu. Kierowca ma urodę mało słowiańską, raczej mongolskawą.
Pochodzi z Czelabińska, ,,z Uralu'', jak mówi, jakby tutaj nie był
Ural. Wozi kamienie z kamieniołomu do zakładu w Charpie, tam je
kruszą, oddzielają rudę chromu, następnie i rudę i resztę ładują na
wagony kolejowe i wywożą gdzieś do Europy. Pracuje przez miesiąc biez wychodnych (a więc
również w niedziele) a następnie na miesiąc wraca do Czelabińska. I
tak cały rok, również w zimie. Teoretycznie może wyciągnąć tysiąc
dolarów miesięcznie (prawie wszyscy podają wysokość zarobków w
dolarach) czyli sześć tysięcy dolarów rocznie, ale w tym celu jego
wywrotka musiałaby działać niezawodnie. Tymczasem ona nie wytrzymuje
fatalnej drogi i ciągle się psuje a zakład płaci od ilości zwiezionego
kamienia, czas naprawy obciąża kierowcę. Teraz też właśnie pękło
pióro resora, jedziemy więc bardzo wolno a jak dojedziemy do Charpu,
to wywrotka i jej kierowca będą znowu musieli zająć się naprawą.
Charp jest całkiem sporym miasteczkiem, chociaż mój kierowca mówi o nim ,,posiołok''. Sporo bloków mieszkalnych, sklepów, samochodów (oczywiście tylko do ruchu lokalnego, bo nie ma dróg łączących ze światem) i garaży. Wszystko to wygląda na paskudne prowizorki. A w środku bałaganu stoi biała cerkiewka ze złotym błyszczącym dachem.
Pociąg do Sobi mam dopiero jutro rano. Idę do rzeki i przełażę na bosaka na drugą stronę. To jest przykre, bo woda stała się nagle bardzo zimna a rzeka jest tu już szeroka i głęboka. W lejącym deszczu rozbijam się w lesie. Ognisko rozpala się znowu bez oporu, mimo że wszystko jest mokre łącznie z powietrzem. Żebym ja w Bieszczadach miał takie wyniki ogniowe! Ale tutaj nie ma buków, jedynymi drzewami są sosna, modrzew i brzoza a leżący na ziemi chrust jest przesuszony skwarnym latem. Które to lato, wg opinii wielu ludzi, właśnie się skończyło z obecną falą deszczów i teraz już tylko czekać sniegopada.
Na peronie spotykam tubylców w kolorowych strojach ludowych -- mężczyzna w średnim wieku i babuszka; może jego matka? Żyją tu trzy nierosyjskie grupy narodowościowe: Komi, Niency i Chantowie. Z nich rekrutują się olieniewody, to jest tradycyjne zajęcie miejscowej ludności. Samych reniferów nie mam szansy napotkać, bo na lato odchodzą na północ, na sam brzeg Oceanu Lodowatego, tu jest dla nich za gorąco przez ten miesiąc lata. Proszę mężczyznę o pozwolenie zrobienia im zdjęcia, ale on się nie zgadza. Trudno.
Gienadij Pietrowicz informuje mnie, że przyjechał Sasza, aspirant z Syktywkaru (por.: wtorek, 27 VII) razem z żoną i pytał o mnie. Poszli potem gdzieś w góry, ale pewnie wrócą dzisiaj lub jutro.
Od wczoraj stale leje z małymi przerwami, wieje silny wiatr od Europy i bardzo oziębło. Kiedy mgła na chwilę odchodzi, widać świeży śnieg na Pourkieu -- a niecałe dwa tygodnie temu walczyłem tam z upałem.
Spotykam się z Saszą i jego żoną Mariną, małą i nieśmiałą dziewczynką. Mam ich odwiedzić w Workucie.
Zwijam się ostatecznie, żegnam wylewnie z Gienadijem Pietrowiczem i wychodzę nic już nie zostawiając w Sobi. Idę podgórskimi łąkami na zachód, równolegle do linii kolejowej. Na początku bardzo wolno, bo muszę się przedzierać przez zarośla i kilka razy przechodzić boso przez wezbrane po deszczach i bardzo zimne strumienie. Góry są pokryte świeżym śniegiem, tak na oko od wysokości 500 metrów.
Od Kilometra 110 idzie na zachód dobra wiezdiechodka, więc znacznie przyspieszam. W końcu po jakichś 20 kilometrach marszu dochodzę do Europy. Rozstawiam namiot i idę spać.
Idę do stacji Poliarnyj Urał. Jakieś mewy czy rybitwy próbują mnie odstraszyć kracząc i przelatując bardzo nisko nad moją głową, jakby chciały mi wcelować dziobami w oko.
Na stacji robotnicy opowiadają mi o grupie Polaków wędrujących wzdłuż linii kolejowej. Podobno na Kilometrze 110 kierownika grupy koledzy wyładowywali z pociągu, bo był zbyt zalany, żeby wysiąść samemu. Zapewniam ich, że nie należę do tej grupy. Oni zresztą to już wiedzą, wieść o samotnym kulawym Polaku już dawno rozniosła się po stacyjkach wzdłuż torów.
Pociąg mam dopiero za kilka godzin, więc idę nad jezioro, rozstawiam namiot i uderzam w kimono. Potem niespiesznie biorę kąpiel w tym jeziorze -- woda chłodna, ale nieprzesadnie a na niebie znowu słońce.
Na stacji spotykam dwóch workuckich turystów plecakowych. Mieszkają i pracują w Workucie i spędzają w górach każdą sobotę i niedzielę. Każą mi wsiąść do wagonu kupiejnogo a następnie załatwiają z konduktorką przejazd bez biletu po 50 rubli; normalna cena wynosi dwa razy tyle i to za płackartnyj. Znowu trafiła mi się chaliawa. Jak to mieszkańcy Workuty, obaj są bardzo źli na Gorbaczowa i upadek Związku Radzieckiego.
Na dworcu w Workucie spotykają mnie Sasza i Marina i zabierają do siebie. Właściwie nie do siebie, bo oni przecież mieszkają w Syktywkarze, tylko do mieszkanka służącego jako ofis kościołowi, do którego należy Sasza. To jest jakaś protestancka grupa religijna, nazywa się cierkow Christa a Sasza ukończył odpowiedni kurs i jest jednym z propowiednikow.
Z zawodu Sasza jest poczwowiedom i przyjechał do Workuty pobrać
próbki gleby do celów swojej pracy doktorskiej. Pomagam mu zanieść
ciężkie pudła z próbkami na pocztę. Panienka zrazu nie dziwi się
temu, że zawartością paczki jest gleba, ale nagle dociera do niej:
-- Wy ziemliu
wysyłajetie?!
W rewanżu Sasza i Marina towarzyszą mi do Ministierstwa Czriezwyczajnych Situacij, gdzie chcę się odmeldować, żeby nie szukali mnie po tundrze i górach jak tamtych Czechów. Ale tam nie ma nikogo. Drzwi są otwarte, ale cały budynek pusty. Zostawiam kartkę z informacją.
Sasza i Marina odjeżdżają pociągiem do Inty w sprawie następnych próbek gleby a ja wieczorem odjeżdżam innym pociągiem do Moskwy. Za trzy dni, w poniedziałek wieczorem, dotrę do Gdańska.
Nie jestem pewien, czy w tym opisie nakreśliłem obraz Rosji czy raczej obraz Północy. To znaczy, czy cała Rosja jest taka niezależnie od szerokości geograficznych; czy raczej obszary podbiegunowe są takie niezależnie od narodowości. W każdym razie starałem się relacjonować fakty a Czytelnik niech je sobie sam zinterpretuje.
A jeśli kiedyś zdarzy Ci się wysiąść z pociągu na stacyjce Sob' w drodze z Sejdy na Łabytnangi, to proszę, odszukaj Gienadija Pietrowicza (wszyscy go tam znają) i przekaż mu priwiet od Stefana, tego Polaka z bolącą nogą.