Jak się ma wielką chęć na góry i tylko kilka dni wolnego, to nie da się trafić z Gdańska od razu w coś egzotycznego. Po pobieżnym przejrzeniu rozkładów jazdy trafiłem w Gorce, Pasmo Lubania i Pasmo Radziejowej (w Beskidzie Sądeckim). Nie byłem tam z ćwierć wieku i, jak się okazało, w tym czasie zaszły tam spore zmiany.
Z pierwszą zmianą spotkałem się już na dworcu w Gdańsku. Otóż
25 lat temu w lecie dworce były pełne młodych ludzi z wielkimi
plecakami. Teraz są pełne młodych ludzi z wielkimi walizami na
kółkach. Tak więc wędrować nie zamierzają... Już na miejscu wyjmą z
takiej walizy mały plecaczek i pójdą na spacer początkiem szlaku, a
następnie wrócą na zasłużoną obiadokolację.
Przez te kilka dni napotkałem w górach tylko jeden (oprócz mojego) taki namiot, który wieczorem rozstawiono, rano zwinięto i poniesiono dalej. I jeszcze jeden, który rozstawiono pod schroniskiem na Turbaczu i ewidentnie miał tam stać przez kilka dni. Z namiotami już się nie wędruje. Nawet sympatyczna i zawsze pełna uroku baza namiotowa SKPG z Krakowa na Lubaniu jest obecnie zapełniona nie namiotami wędrowców, tylko namiotami bazy, stojącymi jak żołnierze kompanii karnej -- pewnie można sobie w nich wynająć miejsce noclegowe.
Namnożyło się różnych rodzajów szlaków. Dawniej były tylko piesze.
Teraz dołączyły do nich narciarskie, rowerowe, konne, a nie zdziwię
się, kiedy ktoś poprowadzi specjalny górski hulajszlak dla
elektrycznych hulajnog. Do tego dochodzą szlaki specjalne, jak na
przykład partyzancki czy papieski. Pod drogowskazem szlakowym można
się zatrzymać i czytać... czytać... czytać...
Szlak papieski prowadzi wzdłuż zwykłego szlaku pieszego i jest w terenie oznaczony kolorem dopełniającym. To znaczy poznaje się go głównie po braku jakichkolwiek oznaczeń, również tych należnych szlakowi pieszemu. Ale czasem na drzewach rozmieszczone są cytaty z pism Jana Pawła II. Na przykład taki cytat, że jak ktoś chce zaczerpnąć wprost ze źródła, to musi poruszać się pod prąd (czy to znaczy, że nie powinien głosować na PiS?). To stwierdzenie stanowi ciekawy i głęboki konstrukt teoretyczny, ale wykazuje brak praktycznego górskiego doświadczenia jego autora. Bo czy ktoś z Was kiedyś doszedł do jakiegoś źródła idąc pod prąd? -- źródełka znajduje się raczej przychodząc z boku (po poziomicy) albo z góry (wytryska na dnie dolinki).
Bardzo na gorsze zmieniła się nawierzchnia szlaków pieszych. Tam,
gdzie dawniej była ścieżka z ubitą ziemią i silnie wrośniętymi w nią
kamykami, teraz są tylko luźne kamienie (bez ziemi), jadące pod nogą
jak tatrzański piarg. To oczywiście skutek postępu: ludzi stać na
samochody z napędem na 4 koła, którymi wjeżdżają po szlakach,
wykazując, że żadna stromizma nie jest im straszna. Przy tym
potężnymi bieżnikami kół wyrywają kamienie z ubitej ziemi -- a potem
jej resztki wypłukuje woda.
Znużonemu wędrowcy samochody przydają się jako punkty orientacyjne: zwykłe osobowe (a nie te na 4 koła) zaparkowane wzdłuż leśnej drogi zwiastują bliskość schroniska. Motocykle i rowery elektryczne stoją przy samym schronisku, ale na samochody może już zabraknąć miejsca.
W takie suche lato jak to woda jest głównym problemem wędrowca. Ile jej można nosić w dodatku do namiotu, śpiwora, kuchni i jedzenia na tydzień? Dwa litry na osobę? To jest za mało, żeby przetrwać dobę...
Z ukształtowania terenu można czasem wyczytać, gdzie strumyki żłobią
sobie dolinki, a stąd wykombinować, gdzie może być woda. Jednak w
suche lato dolinka jest, ale woda pojawi się w niej dopiero późną
jesienią. Poza tym w takich górach jak Beskid Sądecki, gdziekolwiek
tryska jakieś stabilniejsze źródło, tam już od dawna stoi chałupa,
albo jeszcze większa budowla.
Pewną (choć zawodną) wskazówką może być obecność ambon myśliwskich. One są często stawiane tam, gdzie dzikie zwierzęta przychodzą do wodopoju. Biednej sarence język do podniebienia przysycha i musi się napić, żeby przetrwać, więc przychodzi -- i wtedy pijany junak z piórkiem zamienia ją w drgający zakrwawiony ochłap.
Ale jeśli ambona jest pusta, to może świadczyć, że wodopój wysechł. A jeśli nie jest pusta, to radzę podchodzić z dużym hałasem i od nietypowej strony, bo lepiej nasłuchać się myśliwskich bluzgów niż zostać nieruchomą ozdobą pokotu.
Niektórzy uważają, że góry istnieją tylko po to, żeby były widoki. Znam jeszcze wiele innych zastosowań gór, ale widoki są istotnie jednym z ważniejszych. Z Gorców i Beskidu Sądeckiego widać daleko: Tatry, Pieniny, Zalew Czorsztyński itd.
Dawniej mapy były papierowe i trzeba było pakować je w jakieś mapniki
lub przeroczyste koszulki, żeby nie uległy zniszczeniu przed końcem
wędrówki. Teraz mapy są plastikowe. Są istotnie cięższe niż te
stare, więc jak ktoś chce wyposażyć się na kilka różnych pasm
górskich, to odczuje różnicę w wadze. Ale sprawiają wrażenie
niezniszczalnych. Nic im nie robi rzucanie na ziemię ani przeglądanie
z użyciem wysmotruchanych paluchów. Deszczu nie miałem, ale
przypuszczam, że nic by im nie zrobiło użycie w charakterze parasola.
Nie wiem, czy są kuloodporne, ale jeśli tak, to mogłyby się przydać,
gdyby myśliwy na ambonie był jeszcze bardziej pijany, niż zwykle.
Jednak nic za darmo. Taka mapa składa się z kawałeczków oddalonych od siebie o 2-5 milimetrów (żeby dawała się składać), a jak człowiek ma pecha, to najciekawsze dla niego informacje znajdują się na granicy takich kawałeczków. Śledzenie poziomicy, wijącej się między kawałeczkami odległymi od siebie o pół centymetra, to dobre ćwiczenie na zachowanie pokerowej twarzy w denerwującej rzeczywistości. Ale może to nie ma znaczenia? -- przecież liczba osób, kumających cokolwiek o poziomicach, nieubłaganie maleje. Wobec tego (w odpowiedzi na brak popytu) same poziomice robią się niedbałe, mniej wyraźne, nieopisane w legendzie, co chwila przerywane dla zamieszczenia jakiegoś napisu i często już nie wznawiane po napisie... Jednak jeszcze są.
|
Górską ścieżką przez Beskidy w roześmiany świat tak wesoło sobie idę, jak za dawnych lat. Po dawnemu sobie marzę! ...Tylko plecak więcej waży... W góry idę! Dobrze mi tu! Słońce w niebie lśni. Niedaleko mam do szczytu -- tylko cztery dni. Czemu wszystkie drogi świata dziś są dłuższe niż przed laty? Żaba skacze do strumienia, trzeszczy stary bór. Parny upał się przemienia w wał skłębionych chmur, co wypiętrza się i rośnie. ...Dawniej gromy grzmiały głośniej... |
Jednak mapy zarówno papierowe jak plastikowe nie mają znaczenia dla ludzi znajdujących drogę przy użyciu samego GPS-u w smartfonie.
Miejscowości u stóp Beskidów, takie jak Krościenko nad Dunajcem, gór nie zauważają. Co im może zależeć na górach, skoro mają park ruchomych dinozaurów, park linowy i turniejową arenę dla rycerzy ninja? W Krościenku są jeszcze przynajmniej kajaki i pontony do pokonywania przełomu Dunajca, ale innym miejscowościom wystarczają same dinozaury i rycerze ninja. Po jakieś wyposażenie wędrowne, choćby mapę czy buty, należy pojechać do Nowego Sącza -- trochę ponad godzinę autobusem. Biznes turystyczny na miejscu to przede wszystkim pokoje, noclegi, domowe jedzenie, wszystko jak u mamy (albo przynajmniej u cioci).
Młody człowiek na swoje krótkie wakacje wyrywa się od mamy na wolność, żeby trafić tam, gdzie znowu bedzie miał jak u mamy...
Podgórskim biznesem jest również wynajem rowerów górskich. W tej sprawie mam mieszane uczucia. Z jednej strony rowery na ścieżce górskiej trochę mi przeszkadzają -- psują nastrój. Ale z drugiej strony jestem pełen podziwu dla wydolności organizmów tych, którzy w męczącym upale jadą pod górę, pokonując kilkaset metrów różnicy poziomów po kamienistej ścieżce. Sam sporo jeżdżę na rowerze (choć nie po górach) i wiem, ile wysiłku to kosztuje.
Jednak moim podziwem muszę gospodarować oszczędnie, żeby przez roztargnienie nie udzielić go tym, którzy na niego nie zasługują. Kiedy pod górskie schronisko we wspaniałym stylu zajeżdża uśmiechnięty rowerzysta i z fantazją hamuje, to najprawdopodobniej skorzystał ze wspomagania elektrycznego. Gdyby przyjechał o własnych siłach, to byłby ledwie żywy, spocony i z roweru zwalił się, a nie zsiadł. Ja podziwiam tylko takiego zmęczonego.
A wielka reklama wynajmu roweru elektrycznego z dowozem w dowolne miejsce wisi nawet na płocie przy schronisku na Turbaczu. Ciekawe, czy ,,dowolne miejsce'' oznacza również miejsca niedostępne samochodowo? Ach, co ja piszę, przecież teraz samochodem można już wszędzie...