Na pierwszy rzut oka przybysz z Europy nie dostrzega żadnych śladów wolności. Nie spotyka wolnych ludzi spędzających noce na swobodnym ucztowaniu i robiących sobie długą sjestę w dzień, jak to się dzieje na południu Europy od Hiszpanii po Gruzję. Amerykanin nie może pozwolić sobie na taką beztroskę.
Nie może też pospacerować swobodnie po lesie. Może pospacerować po prerii, ale tylko po wyznaczonym szlaku a jeśli go opuści, to go mogą zastrzelić za trespassing. Na ogół ma do wyboru 3 spacerniaki wiodące od parkingu z powrotem do tego samego parkingu: dla początkujących długości 1.5 mili, dla zaawansowanych długości 3.5 mile i dla nieustraszonych długości 6 mil. Jeśli mu to nie starcza, to może przejść dwa razy dookoła. Lezie więc w kółko po wyznaczonej dróżce i czuje się jak na smyczy. Gdzieniegdzie może sobie popływać kajakiem (lub canoe) po rzece, ale tylko po rzece przeznaczonej dla kajakarzy. Po jakiejkolwiek rzece gdziekolwiek -- nie radzę. Rzeka przecież też jest czyjaś.
Na zachodzie kraju jest mnóstwo pustych równin, być może nawet niczyich (nie wiem na pewno), z których nagle wystrzelają wysokie skały. Są one malownicze, ale tak bezużyteczne, że nawet z nudów jedną z nich (w Rushmore) Amerykanie bez żalu popsuli poprzez wykucie w niej olbrzymich mord jakichś czterech polityków. Więc może można wdrapać się na jedną taką skałę? Najpierw trzeba by zatrzymać samochód przy drodze, potem się od niego oddalić. Już po godzinie policja będzie przesypywać pustynię przez sitko w poszukiwaniu właściciela porzuconego pojazdu. Po wielkiej akcji angażującej obserwację z helikoptera oraz komputery w wydziałach rejestracji pojazdów innych stanów niech nikt nie oczekuje zrozumienia dla wyjaśnień, że spodobał mu się kawał kamienia otoczony nieużytkiem.
Amerykańskie nieużytki to nie są polskie pełne uroku lasy, krzale lub polany, gdzie można się przez dzień i noc wałęsać nie wracając do miasta. Jest to wypalona słońcem spękana skorupa porośnięta rzadkimi oddzielnymi źdźbłami zaschniętej trawy. Panuje tam zawsze wściekły żar a jeśli znajdziesz odrobinę wody, to bardziej słonej niż morska. Na takim terenie czujesz się jak ryba na rowerze i marzysz, żeby cię znowu zamknęli w klimatyzowanym samochodzie. Niezależnie od policji i praw własności sama natura skazała mieszkańców tego kontynentu na wieczne uwięzienie w wytworach cywilizacji.
Strefę wolności przemieszczania się po Ameryce stanowi więc siatka złożona z zerowymiarowych miast połączonych jednowymiarowymi drogami. Wszystko co leży w dwuwymiarowych okach tej siatki jest niedostępne. Po drogach i w miastach też się zresztą nie można poruszać jak kto chce, ze względu na bezpieczeństwo. Każde większe miasto ma dzielnice zakazane, do których wstęp grozi śmiercią.
W Ameryce nie ma więc zwykłej wolności przemieszczania się w sensie europejskim. Z drugiej strony Amerykanie są narodem bardzo mobilnym, przemierzają więcej mil niż Europejczycy kilometrów i łatwo decydują się na przeprowadzkę na drugi skraj kontynentu. Europejczycy wydają się o wiele bardziej przypisani do ziemi.
Czy Amerykanin może samodzielnie wybrać styl swojego życia? Czy np. może zamieszkać na tratwie w wielopłciowej komunie i co wieczór śpiewać hymny ku czci Płodnego Łona Wielkiej Wszetecznicy Niebieskiej? W zasadzie może, podobnie jak Polak. Ale niech się nie dziwi potem, że nie zostanie zatrudniony jako nauczyciel w szkole -- rodzice nie będą sobie życzyć kontaktu kogoś takiego z ich pociechami. I niech się nie dziwi, że jego zeznanie w sądzie będzie miało mniejszą wagę -- przysięgli zwykli ufać jednym świadkom a nie ufać innym. I że jego drobne wykroczenia będą traktowane jak groźne przestępstwa -- policja musi być czujna na wszelkie zjawiska z marginesu.
Wszystko zależy od definicji pojęcia wolność. Jeśli jest to taki układ społeczny, w którym możesz różnić się od przyjętych norm i nie musieć za to płacić słonej ceny, to Ameryka wolna nie jest. Jesłi się zanadto różnisz, to zapłacisz, oj, zapłacisz... Ludzie są skłonni tolerować pewne drobne odstępstwa od normy -- np. raczej z sympatią niż ze złością reagują na to, że moim głównym środkiem transportu po mieście stały się ostatnio wrotki. Gorzej z Davidem, który nie sadzi kolorowych kwiatów we własnym ogródku, na czym cierpi wygląd całej dzielnicy. Na szczęście w tej zbrodniczej niedbałości nie jest sam, więc gniew sąsiadów się rozkłada -- inaczej musiałby zatrudnić ogrodnika, bo sam uprawie kwiatków raczej się nie poświęci. Albo się przeprowadzić.
A więc z wyborem stylu życia jest tu tak jak w Europie. Trochę elastyczniej niż w Anglii, trochę sztywniej niż w Holandii, mniej więcej tyle, co w Polsce.
Czy Amerykanin może swobodnie wybrać sobie zawód? Do niedawna mógł, ale wyrzekł się tej wolności w drugiej połowie XX wieku. Wtedy to zyskali na znaczeniu psychologowie, psychiatrzy, różne typy counseling, testy itp. Zanim jeszcze dziecko ma szansę zastanowić się, co chciałoby zrobić ze swoim życiem, już ma nakreślony osobisty profil zdolności i ograniczeń, otwartą drogę do jednych szkół i zamkniętą do innych. Już na przykład wiadomo, że jeśli za dziesięć lat tatuś będzie jeszcze miał pieniądze, to pociecha zapisze się na Kansas State University, a na Harvard i tak jej nie wpuszczą.
Najlepsze, co młody człowiek może dla siebie zrobić, to przestać sam się drapać po głowie ale zapłacić specjaliście, żeby mu sporządził career plan. Potem przez najbliższe pół wieku niech tylko sprawdza, czy realizuje cele z tego planu z przewidzianą prędkością. Jeśli nie, to niech zasięgnie porady profesjonalnej. Badania wykazują, że w ten sposób osiągnie więcej niż gdyby uparł się osobiście administrować własnym życiem. Więc ludzie się nie upierają. Jeśli zaś zaczyna im się wydawać, że stali się biernymi ekranami, na których ich własne życie tylko im się wyświetla, to istnieją grupy terapeutyczne wyspecjalizowane w leczeniu takich kompleksów.
A czy Europejczyk może sobie swobodnie wybrać zawód? Ograniczenia na naszym kontynencie są bardziej ukryte ale równie skuteczne. W dodatku statystyki wykazują większą mobilność społeczną Amerykanów. Czyli większy odsetek ludzi zmienia przynależność klasową niż w Europie. Silniejszy jest więc w Europie determinizm klasowy, słabszy rasowy oraz ten związany z profilami i testami. Powiedzmy, remis.
A jak jest z wolnością sumienia? Myśleć sobie każdy może co chce, podobnie jak w Polsce. Nie, ciut gorzej niż w Polsce. Żeby myślenie miało jakiś sens, potrzebna jest informacja, a o to w Ameryce jest niezwykle trudno. Amerykanie są stale atakowani informacjami, ale wszystkie one są ,,po coś''. Autor informacji zawsze wie, do jakiego działania chciałby namówić odbiorcę i informację przykrawa do tego celu.
A więc np. nie istnieją mapy, na których możliwie wiernie zaznaczono wszystko, co autorzy wiedzieli o danym terenie. Wielki Kartograf postanawia za mnie, do czego może mi być potrzebna taka mapa. I wydaje mapę samochodową, na której obszary między drogami i miastami są po prostu białe. Skoro jadę samochodem i szosy i tak nie mogę opuścić, to po co mi wiedzieć, co jest z boku? W miejscach turystycznie ciekawych istnieją szkice szlaków z zaznaczonymi głównymi osobliwościami. Nawet jeśli jest to okolica górzysta, na mapie nie ma poziomic, bo Wielki Kartograf nie porzypuszczał, żebym je umiał odczytać. No tak, są jeszcze mapy topograficzne (w USA skala 1:250 tys. już się nazywa topograficzna) gorszej jakości niż mapy ukraińskie, ale za to na papierze niedrącym się, niebrudzącym, wodoszczelnym i kuloodpornym. Jak zainwestujesz majątek w taką mapę, to jeszcze wnuki będą jej używały, mapa musi więc być na tyle ogólna, żeby po 50 latach nie straciła aktualności.
Prawo nakazuje umieszczanie składu na wszelkiej paczkowanej żywności (to znaczy: na wszelkiej żywności z wyjątkiem niektórych warzyw i owoców). Food and Drug Administration bardzo ściśle to prawo egzekwuje. Informacja o składzie wobec tego jest ale... Producent opakowania jest o wiele bardziej zainteresowany, żebym z jego produktu dowiedział się, który dinozaur miał najdłuższy ogon, niż co jest w środku. Dlatego informacja o ogonie dinozaura jest wybita wielkimi literami, a skład podany jest mniej więcej w taki sposób, jak próbowałem przybliżyć w tej witrynce. Jedyne, co da się stwierdzić okiem nieuzbrojonym, to że amerykański chleb ma więcej składników niż normalny. Opakowanie jest oprócz tego zaopatrzone w bardzo dobrze czytelną informację, że jak będę regularnie wtrajał ten chleb, to moje szanse na zawał serca spadną o 97.12% a w dodatku wygram tygodniową wycieczkę do Parku Dinozaurów.
My w Europie często zapominamy, że zdobywanie i gromadzenie informacji kosztuje. Oczekujemy, że wielki uczony wyjawi nam Istotę Rzeczy za darmo. Amerykański profesor wyjawi, ale tylko o ile sponsor się zgodzi. Przecież profesor nie chce zniszczyć własnego uniwersytetu przez odcięcie go od sponsora. W dodatku wyjawi tylko tyle, ile wg niego potrzebne jest klientowi. U lekarza lub adwokata możesz kupić informację o stanie swoich spraw i możesz mieć zaufanie do jej rzetelności, bo na jej straży stoją poważnie traktowane zawodowe kodeksy etyczne oraz groźba procesu. Zapłaciłeś -- dostajesz dobrą informację. Ale jak i od kogo kupić informację potrzebną np. do wyrobienia sobie poglądów politycznych? W dziedzinie historii lub stosunków międzynarodowych otrzymuje się niemal wyłącznie reklamę. Mimo całej komercjalizacji nauki, informacje tego typu w Polsce zdobywa się łatwiej.
Ale za to tutaj w każdej dziurze są nieźle wyposażone biblioteki miejskie z aktualnymi książkami i czasopismami, również popularno-naukowymi -- zjawisko w Polsce już prawie nieznane.
Z wolnością prowadzenia własnej działalności ekonomicznej nie spotkałem się, więc nie mogę odpowiedzialnie skomentować. Ale nawet w Ameryce ten problem dotyczy znikomej mniejszości mieszkańców.
Amerykanie są complacent -- to znaczy łatwo zadowoleni z tego, co mają. Jeśli Amerykanin nie może kupić samochodu, który mu się podoba, kupuje inny i ten inny zaczyna mu się podobać. Jeśli jego kandydat na prezydenta przegra, natychmiast zaczyna uważać za lepszego tego, który wygrał. Complacency to bardzo praktyczna cecha, ale kiepsko rymująca się z wolnością. Polski nieugięty bojownik o wolność w żadnym wypadku nie może być complacent, bo by mu się nie daj Boże spodobała SB albo ZSRR. Amerykanin nie zapłaci za wolność nawet ułamka takiej ceny, jaką trzeba za nią płacić w innych regionach świata. Chętnie się jej wyrzeknie za lepsze stanowisko w pracy, za pieniądze lub za poprawę bezpieczeństwa na ulicach.
A więc Amerykanie nie mają swobody przemieszczania się, ani swobody wyboru stylu życia, ani swobody wyboru zawodu, a wolność sumienia jest bezprzedmiotowa ze względu na panującą reglamentację informacji. W dodatku Amerykanie sprawiają wrażenie, jakby pozbawieni byli wolnej duszy. Czy w Ameryce jest w ogóle jakakolwiek wolność? Zadałem to pytanie kilku Amerykanom drżącym głosem -- oni przecież tak są przywiązani do wizerunku Ameryki promieniującej wolnością na cały świat. Do mojego obrazu USA nikt nie zgłosił zastrzeżeń, skorygowali tylko kilka drugorzędnych szczegółów i pozwolili mi pozostać przy moim poglądzie. To w końcu wolny kraj.