Amerykanom wojny kojarzą się przede wszystkim z dużymi pieniędzmi, które trzeba wydać z kasy publicznej, a za które kupuje się szacunek do samych siebie. Po miesiącach żmudnych i upokarzających rozmów, w których byle bałkański kurdupel wodził za nos bezradnych amerykańskich dyplomatów, USA w końcu zachowały się po męsku. Zamiast skamleć -- ryknęły. I teraz nareszcie zatriumfuje Prawda i Sprawiedliwość. Tak zajdziemy za skórę Milosewikowi, że w końcu oburzeni Serbowie sami zwalą go ze stołka i srodze ukarzą własnymi rękoma -- Ameryka jest ponad morderstwa polityczne, ale płakać po nim nie będzie. A Albańczycy będą mogli po wiek wieków cieszyć się autonomią Kosowa i nawet zapomną, że kiedyś chcieli niepodległości, której porozumienie z Rambouillet nie przewiduje. Wojny są jak oczyszczające burze kładące kres nieprzyjemnej dusznej pogodzie. A jak ktoś ich nie lubi, to może wyłączyć telewizor i już żyje w pokoju.
Niedobre w tradycyjnych wojnach były tylko te listy od sztabu do rodzin żołnierzy donoszące o śmierci syna czy ojca. Ale w tej wojnie tego nie ma. Po pierwsze syn lub ojciec jest zawodowym żołnierzem, bo po zakończeniu wojny wietnamskiej zlikwidowano pobór. Więc albo nie posiada rodziny, albo jest to rodzina z marginesu, albo rodzina z tradycjami wojskowymi, która będzie bardziej dumna niż zasmucona. Po drugie Amerykanie w tej wojnie nie giną.
Druga nieprzyjemność, która spowodowała klęskę wojny wietnamskiej, to wylewający się z telewizorów do domów amerykańskich obraz zupełnie innej wojny. Mniej bohaterski i prawy, za to okrutniejszy i bardziej naturalistyczny. Ale teraz tego też nie ma. Obu adwersarzom, Clintonowi i Milosewikowi, udało się kompletnie usunąć dziennikarzy z teatru wydarzeń. Jedyne relacje pochodzą od stron konfliktu. Dziennikarze mogą tylko zadawać generałom pytania. Jak generał powie, że nie wie, to zaraz wszystkie publikatory ogłaszają, że nie wiadomo. Takiego stwierdzenia nie ma jak obalić ani potwierdzic. W przeciwieństwie do wojny wietnamskiej, a nawet wojny irackiej, ta wygląda na ekranach telewizorów jak gra komputerowa: na szkicowej mapie Serbii coś się rozjarza i spiker informuje, że właśnie zniszczyliśmy ostatnią serbską rafinerię paraliżując w ten sposób ruchy morderców serbskich w Kosowie. A poza tym są te biedne dzieci albańskie rzucające się na podany amerykańską dłonią chleb. Nie ma wątpliwości, robimy dobrą robotę.
Wojna idealna. Popierana przez 65% społeczeństwa. Amerykanie są narodem praktycznym i optymistycznym. Mają za pewnik, że rzeczy, które ewidentnie źle działają muszą zostać naprawione lub usunięte. Stąd ich głęboka wiara w to, że Serbowie usuną Milosewika, którego polityka sprowadziła na nich takie nieszczęścia. Sami tak by na pewno postąpili nie zastanawiając się nad winą, zasługą, czy wartościami narodowymi. Prezydent jest w pełni odpowiedzialny za to, co spotyka obywateli i nie może się tłumaczyć siłami wyższymi.
I teraz, po prawie miesiącu wojny, ta sama amerykańska praktyczność bardzo powoli zaczyna przechylać się w drugą stronę. Dlaczego nie ma obiecanych skutków? Dlaczego Serbowie nie obalają Milosewika? Dlaczego serbskie oddziały w Kosowie robią co chcą jakby nigdy nic? Dlaczego serbskie ludobójstwo z ostatnich 3 tygodni wydaje się przewyższać ludobójstwo z ostatnich kilku miesięcy? Jeszcze ciągle przyjmowane są do wiadomości opinie polityków, że to nie ataki NATO były przyczyną wzmożonych czystek etnicznych w Kosowie. Jednak pozostaje niepodważalnym faktem, że nie zrealizowano ani milimetra z zakładanych celów. Na razie bombardujemy dla idei, kiedy przyjdą skutki praktyczne?
Sytuacja jest politycznie mętna. Podział na gołębie i jastrzębie nie pokrywa się ani z podziałem partyjnym ani z takim samym podziałem z poprzednich wojen. Jastrzębie mają Clintonowi za złe zbyt małe zaangażowanie sił amerykańskich w wojnę. Trwa bezustanna dyskusja, czy wysłać wojska lądowe, mimo powtarzających się zapewnień, że nie ma takich planów. Gołębie zaczynają coraz głośniej pytać, czy warto zabijać za sprawę, za którą nie warto umierać.
Ja myślę, że oba stanowiska, i gołębi i jastrzębi, w pewien sposób się wspierają. I że wojska lądowe zostaną w końcu wysłane, chyba żeby jakimś cudem taktyka bombardowań nagle zadziałała4. Nie wiem, czy lądowe mięso armatnie będzie amerykańskie. Może polskie?
Nacjonalizm jest paskudną spuścizną XIX wieku, z którą nowoczesny świat, jak się wydawało, zaczął sobie w końcu radzić. Serbia wolniej niż reszta Europy. Bombardowania amerykańskie nawet nie drasnęły Miloševića, nie uratowały życia ani jednemu Albańczykowi, natomiast zniszczyły serbską opozycję i wepchnęły cały naród z powrotem w XIX wiek. Cokolwiek stanie się teraz, Serbowie już mają powód, żeby przez najbliższe 600 lat przyprowadzać swoje dzieci do ruin mostów i budynków i opowiadać im o amerykańskim bestialstwie. Amerykanie nie rozumieją, jak można czerpać dumę narodową z klęski5. To łatwo pojąć, ale dlaczego nie rozumieją tego Polacy (63% poparcia dla nalotów)?