Uczyć cudze dzieci

Najbardziej uderzającą różnicą między studentami amerykańskimi i polskimi jest fakt, że academic dishonesty, czyli ściąganie, zdarza się o wiele rzędów wielkości rzadziej niż w Polsce. Po rozdaniu zadań na egzaminie można spokojnie wyjść z sali i zostawić grupę samej sobie. Można też zadawać prace domowe i oceny z tych prac traktować jako poważny składnik ostatecznego stopnia -- nie zdarza się, żeby wszyscy odpisali od najlepszego w grupie. A w tych rzadkich wypadkach, gdy ktoś zostanie przyłapany, konsekwencje są poważne. Za pierwszym razem w jego aktach zostaje umieszczona notatka. Za drugim -- wylatuje ze studiów. Jeśli taki ktoś po 30 latach zechce wystartować w jakichś wyborach, powinien oczekiwać pytania ze strony dziennikarzy, czy jest prawdą, że w młodości został wyrzucony z Kansas State University za cheating.

Studenci nie mają moralnych rozterek co do niesamodzielnej pracy. Dla wszystkich jest to niewybaczalne zło i osoba przyłapana nie może liczyć na sympatię kolegów. Mają pewne rozterki z dalszym krokiem: z donoszeniem na kolegów, którzy pracują niesamodzielnie. Wielu uważa, że powinni donosić, ale często są na to zbyt nieśmiali. Wtedy mają wyrzuty sumienia, że nie donieśli. Dla mnie to dobrze, że są nieśmiali. Kompletnie bym nie wiedział jak zareagować na taki donos. Komunizm wpoił we mnie awersję do wszelkich donosicieli i chyba do końca życia nie przekonam się, że to cnota. Ale może w normalnym społeczeństwie to jest cnota?

Moi tutejsi studenci (z wyjątkiem Chińczyków) są lepsi od Polaków w kilku dziedzinach. Wszyscy potrafią szybko i pewnie pisać na maszynie (ew. na klawiaturze komputera) dziesięcioma palcami bez patrzenia na klawisze. Potrafią też przyjść do dziekana, przywitać się, krótko i jasno przedstawić swoją sprawę i spokojnie (bez emocji) obstawać przy niej, o ile dziekan nie podziela ich zdania. Ja się tego uczyłem przez wiele lat i nadal nie umiem. Potrafią publicznie przemawiać bez tremy. Te wszystkie umiejętności wynieśli ze szkoły.

Studenci informatyki mają bardzo duże obycie z internetem. W swoich szkołach byli na ogół uznani za computer wizards, bo potrafili wyszukać w sieci informacje niedostępne dla ich rodziców i nauczycieli. Niestety większość z nich przychodzi na studia z przekonaniem, że informatyka jest nauką o klikaniu myszą po odsyłaczach.

Podstawowym problemem, z którym się borykam, jest niewystarczające przygotowanie z zakresu matematyki szkolnej. Typowy student (o ile nie jest Chińczykiem) nigdy nie słyszał o logarytmach ani o indukcji matematycznej, nie potrafi napisać definicji żadnej funkcji i nigdy nie widział żadnego dowodu. Wprawdzie kiedyś słyszał o ciągu arytmetycznym i geometrycznym, ale dawno i bez szczegółów. W dodatku nie potrafi podstawiać do wzoru (np. jeśli f(n) = n2, to ile jest f(f(n-1))). To jak ja mam z nimi analizować algorytmy?

Ciąg geometryczny to małe piwo, bo przecież mogę im to wyjaśnić, dać kilka zadań do rozwiązania itp. Gorzej z notacją matematyczną i dowodami. Jeszcze po połowie semestru wałkowania tych spraw, niektórzy studenci nie potrafią skapować, że f(x) = x oraz f(y) = y to ta sama funkcja.

Żądanie dowodu twierdzenia matematycznego jest wbrew naturze Amerykanina. Oni nie chcą, żebym dowodził to, co publicznie oświadczam. Udowadnianie prawdziwości własnych słów jest obelgą dla godności obu zaangażowanych stron. Oni mają do mnie pełne zaufanie i skoro ja mówię, że bubble-sort ma kwadratowy czas działania, to oni mi wierzą. Jeślibym ich oszukał, zawsze mogą mnie pozwać przed sąd. To jest o wiele lepsza rękojmia rzetelności niż te wszystkie dowody, z których i tak nic się nie da zrozumieć.

Jan Kowalski, któremu przytrafi się być idiotą matematycznym, przynajmniej nie jest zdziwiony. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej wiecznie słyszał:
      -- Jasiu, z ciebie nigdy nie będzie matematyk, trzymaj się do końca życia daleko od nauk ścisłych i technicznych.
Małemu Johnowi Smithowi nikt nigdy nic podobnego nie powiedział. Nauczyciel, który by tak podsumował ucznia, natychmiast wyleciałby ze szkoły: nie wolno zabijać self-confidence u dzieci. I teraz student John Smith gubi się w nowej sytuacji życiowej. Nie rozumie, czego profesor od niego żąda, a przecież Smith zawsze był an A-student, to chyba te wymagania są bezsensowne. Ale z drugiej strony wszyscy Chińczycy i nawet niektórzy Amerykanie wydają się je rozumieć. John Smith stara się uporać z problemem w taki sam sposób, jak z pustym bakiem w samochodzie: płaci, odkręca zawór i czeka, żebym mu napełnił głowę wiedzą.

Jan Kowalski w takiej sytuacji też nie zawsze chwyta za podręcznik i ciężką pracą nadrabia zaległości. Ale przynajmniej wie, że tak właśnie powinien postąpić. John Smith nigdy o podobnej metodzie nie słyszał i nie zna nikogo, kto by słyszał (no, może Chińczyków z grupy, ale z nimi i tak trudno się dogadać). On zapłacił i jest obecny. A więc wykonał swoją powinność. Może jeszcze ograniczy swoje uczestnictwo w różnych imprezach z udziałem piwa, bo to jest uznana przeszkoda w nauce. Może zacznie się lepiej odżywiać, wysypiać i poserfuje po internecie. Reszta jest obowiązkiem nauczyciela. To ja mam go zainteresować i zdopingować; John czeka, aż to uczynię. Jeśli zapłacił i się udostępnił a nie posiadł Wiedzy, to winny jest uniwersytet.

Tuż przed moim przyjazdem do Ameryki dwaj studenci naszego wydziału pozwali uniwersytet do sądu o ,,elitarność'' prowadzonego wykładu. Wykład elitarny to taki, w którym ostateczne oceny znacznie odbiegają w dół od bell-curve, czyli krzywej Gaussa. Większość studentów powinna dostać C, trochę mniej B i D, jeszcze mniej A (najlepsza ocena) i F (najgorsza). Po każdym nieudanym projekcie lub pracy domowej studenci pytają, w jaki sposób wyniki będą curved, czyli poprawione do krzywej Gaussa. To bynajmniej nie znaczy, że moi studenci wiedzą, co to jest krzywa Gaussa. Nie mają pojęcia, dlaczego poprawianie stopni nazywa się ich krzywieniem -- etymologię terminu wyjaśnił mi kto inny. Studenci chcą po prostu wiedzieć, w jaki sposób poprawię i które stopnie; w szczególności, czy sami się załapią. Curving jest procedurą tak powszechną w całym systemie oświatowym od szkoły podstawowej do uniwersytetu, że odmowa poprawienia stopni za pomocą czysto arytmetycznego przeliczenia budzi szok i niedowierzanie. W tym przypadku, o którym mówię, uniwersytet uznał, że nie ma szansy w sądzie i zwrócił studentom pieniądze z nawiązką za stracony czas (to się nazywa settlement -- ugoda przed procesem). Coraz bardziej myślę, że nie jest dobrze, gdy studenci płacą za studia.

Na KSU nie ma sesji egzaminacyjnych. To znaczy egzaminy są, ale nie ma typowej nerwowości przedegzaminacyjnej. Nikt (z wyjątkiem Chińczyków) nie zakuwa po nocach; nikt nie przygotowuje nie tylko ściąg ale nawet notatek; nikt nie próbuje wybłagać przesunięcia terminu. Studenci nie mają nic przeciwko kilku egzaminom w tym samym dniu. Egzamin bierze się z marszu. Zawsze. To się chyba wywodzi z tego, że większość egzaminów to tzw. multi-choice, czyli coś przypominającego testy na inteligencję; oraz z rozpowszechnionego niegdyś poglądu, że testu na inteligencję nie można oszukać np. przez przygotowanie się do niego. Dawno już wykazano, że można; są nawet specjaliści od kursów przygotowujących, ale to przekonanie ciągle się kołacze i nawet uogólnia się na inne testy. W przeciwieństwie do języka polskiego, słowa exam i test oznaczają dokładnie to samo (a quiz oznacza prawie to samo).

Moi studenci zaskoczyli mnie domagając się większej ilości obowiązkowych prac domowych i kolokwiów. A ja myślałem, że cztery oceniane prace domowe, trzy większe projekty programistyczne, jedno kolokwium i egzamin to dosyć na jeden semestr. Okazuje się, że oni nie chcą takiej sytuacji, w której aż 30% całej semestralnej oceny zdobywa się w ciągu jednego tygodnia -- takie spiętrzenie istotnie nastąpiło w wyniku przesunięcia terminów związanego z awarią systemu komputerowego. Ma być więcej małych zadań. Nie mogłem im powiedzieć, że w Polsce studenci często dostają 100% całej oceny na egzaminie końcowym, bo by uznali, że sobie z nich żartuję. Oni chcą się uczyć malutkimi porcyjkami i ja mam im materiał poporcjować, włożyć do buzi każdą porcyjkę z osobna, przed następną porcyjką sprawdzić czy poprzednią już przełknęli i wytrzeć pyszczki.

Czy więc poziom amerykańskiego szkolnictwa jest ogólnie niższy od polskiego? Mogę tylko zaryzykować tezę, że absolwent szkoły średniej w Kansas posiadający środki, żeby się zapisać na kansaski uniwersytet jest na starcie gorzej przygotowany naukowo niż polski prawie-student po zdanym egzaminie wstępnym. Oraz że studenci pierwszego i drugiego roku w Polsce łatwiej dostosowują się do wymagań konkretnego wykładowcy niż studenci pierwszego i drugiego roku w Kansas. Myślę, że na droższych amerykańskich uniwersytetach poza Mid-Westem jest inaczej. Ktoś w końcu posuwa do przodu naukę i technikę w tym kraju.

Ja zresztą też mam studentów, którzy po początkowym szoku opanowali te straszne logarytmy i indukcję, a nawet czasem zadają sensowne pytania. Aż siedmioro studentów ma u mnie ponad 100 punktów na 100 możliwych -- nadwyżka bierze się z premii, które rozdzielam za specjalne zasługi (np. znalezienie błędu w moim wykładzie, nietypowe zadanie, pomysłowe rozwiązanie itp.). Wśród tych siedmiorga wspaniałych jest tylko pięcioro Chińczyków, reszta to Amerykanie.