Jadę prawym pasem z prędkością 70 mph i nie mogę przyspieszyć, bo przede mną jedzie 30-stopowy RV, recreational vehicle. To taki samochód do mieszkania w czasie wakacji -- po polsku chyba karawan, ale nie jestem pewien, bo nie używałem. Ciągnie za sobą jak łódź ratunkową SUV, sports-utility vehicle -- czyli samochód terenowy. Jak dojedzie na miejsce, to zostanie zacumowany koło jakiegoś dołączenia do prądu, wody, telewizji kablowej i internetu, a właściciele zajmą się eksploracją okolicy za pomocą SUV. SUV ma z tyłu doczepionego Harleya Davidsona -- to na wypadek, gdyby zebrało im się na trochę sportu. Układy oddechowe Amerykanów uległy przemianie adaptacyjnej, w wyniku której nie mają oni potrzeby odpoczęcia w czasie wakacji od spalin -- przeciwnie, bez dziennej dawki benzyny Amerykanin więdnie jak góral, który z żalem odszedł od hal ojczystych.
Bezpośrednio za mną jedzie z tą samą prędkością 70 mph transkontynentalny osiemnastokołowiec. Po polsku chyba TIR, ale te osiemnastokołowce są o wiele większe niż nasze TIRy i mają drogę hamowania jak pociągi. Dlatego nie mogę zwolnić, chyba że chciałbym stracić tylną połowę mojego samochodziku. Takich ciężarówek jest o wiele więcej niż na szosach europejskich, bo w Ameryce prawie nie ma kolei. Niespokojnie zerkam w lusterko w całości wypełnione pokratkowanym pyskiem osiemnastokołowca.
Próbowałem wyrwać się na wolność przejeżdżając na lewy pas, ale o mało co nie wpadłem pod ciężarówkę wiozącą cały parterowy dom. Ten dom jedzie teraz niebezpiecznie blisko mnie z tą samą prędkością 70 mph.
Ta jazda trwa już cały dzień a potrwa jeszcze ze dwa. Krajobraz jest ciągle taki sam, czuję się nieruchomo zawieszony w miejscu, z którego nie mogę się wyrwać. Z drugiej strony jadę przecież z niebezpieczną prędkością, więc pod groźbą śmierci nie wolno mi oderwać wzroku od motocykla przywiązanego do SUV przede mną i muszę wiernie powtarzać jego skręty.
Jedyna możliwość ucieczki to opuszczenie autostrady przy najbliższej okazji, ale to nie ma sensu, bo znajdę się przy jakiejś stacji benzynowej w upalnym pustym miejscu, gdzie po sam horyzont nie rosną nawet krzaczki. I będę musiał i tak wrócić na autostradę między jakiegoś innego osiemnastokołowca i inny RV ciągnący inną łódź ratunkową. Czuję się jak w klatce, dręczy mnie klaustrofobia, otępienie samochodowe oraz odsiedziny na pupie. Marzy mi się pociąg, w którym można normalnie poczytać książkę albo i pospać. Ale żadna linia kolejowa nie łączy Manhattanu, Kansas, z Manhattanem w Nowym Yorku, dokąd udaję się popatrzeć na Statuę ku czci tej samej Wolności, którą się właśnie cieszę.
Ponieważ w zasadzie cały transport, również bardzo ciężki, toczy się szosami, ich erozja następuje znacznie prędzej niż w Europie. Dlatego całe ich mile są w stałym remoncie. Takich remontów szos nigdy przedtem nie widziałem: wyłącza się z użytku jedną jezdnię na odcinku 20 mil; ruch w obie strony puszcza się drugą jezdnią obwarowując go ograniczeniami prędkości, zakazami wyprzedzania i podwojonymi mandatami (wielki korek przed każdym takim odcinkiem); remontowaną jezdnię zrywa się do gołej gleby łącznie z betonem i wszystkimi warstwami podkładowymi; glebę wyrównuje się spychaczami; a następnie konstruuje się nową szosę na ogół kompletnie inną technologią niż właśnie zerwana stara wersja. Amerykanie nie lubią remontować ale uwielbiają budować od nowa.
Drogi są własnością państwa, stanu lub county, na prywatne nie natrafiłem. Na niektórych pobierane jest myto, po większości jeździ się za darmo. To znaczy za pieniądze podatnika. Budowa, rozbudowa, modernizacja i utrzymanie szos są tą jedyną dziedziną (poza wojskiem i law enforcement, czyli aparatem przymusu), na którą konserwatyści chętnie przeznaczają pieniądze z budżetu. Nie bardzo rozumiem, czemu nie proponują rozbudowy systemu myt lub włączenia kosztów w cenę paliwa, żeby dać kolei równe szanse rynkowe. Chyba ma to coś wspólnego z popieraną przez konserwatystów American way of life, czyli żeby każdy profilaktycznie odsiedział swoje za bezsensowną kierownicą.
Natomiast prywatne są wszelkie urządzenia przy drogach: stacje benzynowe, motele, restauracje itp. W wielu wypadkach są one zorganizowane pod kątem potrzeb kierowców tych olbrzymich trucków. Np. mają całe hektary wielkich parkingów zaopatrzonych w dystrybutory oleju napędowego z bardzo grubymi wężami na paliwo. W części obsługowej można kupić litrowe kubki do picia (żeby się nie odwodnić -- to taka amerykańska fobia), często można tam też znaleźć automaty do gier. Nawet w najodleglejszych dziurach ubikacje są zaopatrzone w mydło i jednorazowe ręczniki (lub dmuchawę) a na trasach specjalnie uczęszczanych przez truckerów, również w automaty z prezerwatywami i afrodyzjakami. Na innych trasach w ubikacjach przeważają urządzenia do przewijania niemowląt.
Ruch na szosach jest, jak na polskie przyzwyczajenia, bardzo cywilizowany. Większość kierowców przestrzega ograniczeń prędkości lub przekracza je nie więcej niż o 5 mph. Jeśli ktoś chce się włączyć do ruchu z jezdni podporządkowanej, wyprzedzić, naprawić jakiś popełniony błąd itp., to może zawsze liczyć na to, że inni mu to ułatwią, ustąpią pierwszeństwa itp. Musi tylko jasno zasygnalizować swoją intencję. Niecierpliwe trąbienie, gnanie pełnym gazem i wpychanie się w różne luki bez zachowania odstępu są w złym tonie i zdarzają się tylko w okolicach Nowego Yorku.
Amerykańskie przepisy drogowe są inne niż europejskie. Zasadnicza różnica to że jest ich mniej. Broszurka, którą musiałem przestudiować ma zaledwie kilkanaście stron a zawiera wszystko, czego się wymaga na prawo jazdy. Na jej podstawie nie umiałem np. ustalić, czy na amerykańskich drogach obowiązuje zasada prawej ręki. Okazuje się, że tak, ale jako zasada podrzędna, o której mogę nie wiedzieć. Zasadą główną jest, że w sytuacji niebezpiecznej (np. przed skrzyżowaniem) wszyscy mają zwolnić lub się zatrzymać; kto potem pierwszy wystartuje, to już nie ma znaczenia, bo nieporozumienie grozi najwyżej stłuczką a nie śmiercią, więc po co kodyfikować. Najczęściej ludzie przejeżdżają skrzyżowanie w takiej kolejności, w jakiej na nie przybyli (first come, first served).
Zarówno RV przede mną jak i osiemnastokołowiec za mną są zapewne wyposażone w cruise control -- powszechnie stosowane urządzenie do utrzymywania stałej prędkości. Ich kierowcy nie muszą więc trzymać nogi na gazie. Jest kwestią czasu wyposażenie samochodów również w urządzenia do jazdy zawsze tym samym pasem -- to uwolni kierowcę od trzymania rąk na kierownicy i od wgapiania się godzinami w przednią szybę. Samochód zamieni się wtedy w wagonik jadący samodzielnie po szosie wg ustalonego rozkładu jazdy o tyle tylko różny od przedziału pociągowego, że mniej wygodny. Dalszy postęp techniczny niechybnie usunie i tą różnicę. Wtedy dawno już zapomniana kolej zostanie ponownie odkryta w trochę innej postaci.
Ale co się wtedy stanie z wolnością po amerykańsku?