Powitanie

Na lotnisku w Warszawie okazało się, że Delta sprzedała o jeden bilet więcej niż miała miejsc w samolocie. Zdarza się. Ostatnio jakby częściej. Zwykle ktoś rezygnuje w ostatniej chwili, a jak wyjątkowo nikt nie zrezygnuje, to koszty wywalenia jednej osoby z samolotu są niższe niż ciągłe latanie bez kompletu pasażerów. Amerykanie umieją liczyć.

Kiedy znaleziono w końcu ochotnika do odłożenia lotu na jutro (nocleg w hotelu w Warszawie na koszt linii lotniczej), trzeba było przetrząsnąć całą ładownię samolotu, bo jego bagaż przypadkowo był na samym dnie. Wylecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Jeśli na lotnisku Kennedy'ego w Nowym Jorku pracownicy Delty przeprowadzą mnie wyjątkowo sprawnie przez odprawę graniczną i przez nieznany mi terminal, to może zdążę na przesiadkę do Kansas City. Jeśli nie zdążę, to będą mi musieli zapewnić nocleg w Nowym Jorku. Więc chyba powinni być zainteresowani, żeby tego kosztu nie ponieść.

Odprawa poszła stosunkowo sprawnie, ale to bez związku z Deltą. Znalazłem się nie pod opiekuńczymi skrzydłami linii lotniczej tylko w różnobarwnym tłumie podróżnych z wielu różnych stron świata i z różnych samolotów. Nie miałem wyboru, musiałem ze wszystkimi iść długim i szerokim korytarzem pomiędzy reklamami samochodów, ubezpieczeń i restauracji, z których absolutnie nic nie wynikało. Nagle znalazłem się poza budynkiem terminala lotniczego. Chciałem się cofnąć, ale drzwi, z których właśnie wyszedłem, dawały się otworzyć tylko od środka. Dookoła kręciło się mnóstwo ludzi, prawie sami przyjezdni, nikt nie wiedział jak wejść a przede wszystkim dokąd warto wejść. Niektórzy miejscowi indagowani przeze mnie starali się ustalić, czy potrzebny mi jest terminal N czy P. Moja zaspana głowa była jeszcze w Europie, skąd miałem wiedzieć, jakimi literami są oznaczone terminale na tym lotnisku wielkości średniego miasta wojewódzkiego? Żaden z rozmówcow nie miał cierpliwości słuchać moich dodatkowych pytań, życzył mi miłego dnia i znikał. Znalezienie jakiejś obsługi, kogoś w mundurze albo za kontuarem gotowego do rozmowy nawet jeśli po odstaniu w kolejce, było zadaniem ponad siły. Kompletne przeciwieństwo Rosji, gdzie nawet w domu studenckim na każdym piętrze siedzi dyżurna.

W takich przypadkach linia lotnicza stawia hotel, ale nie ma obowiązku ułatwiać pasażerowi wyegzekwowanie tego hotelu. W Rosji w podobnej sytuacji stewardessa może by sie nie uśmiechała, ale zaprowadziłaby nas do odpowiedniego stanowiska. W Nowym Yorku wszyscy się uśmiechają, ale na tym pomoc się kończy. Jeśli nie znajdziesz drogi o własnych siłach, to możesz spędzić noc błąkając się po lotnisku, a w panującym tam wiecznym pośpiechu nikt nawet nie zauważy twojego istnienia.

W końcu nauczyłem się wyłuskiwać niepozorne informacje spomiędzy wielkich kolorowych reklam i dotarłem do właściwego stanowiska. Okazało się, że około połowy pasażerów naszego kilkusetosobowego samolotu ma ten sam problem: utracone dalsze połączenie lotnicze. Jedynej obecnej pracownicy Delty obsługa jednej osoby zabierała ok. 10 minut, czyli 6 osób na godzinę, więc na wszystkich potrzeba będzie jakieś 20 godzin. Ja już byłem spokojny, bo mój samolot dawno odleciał a drugiego dzisiaj nie będzie. Obok przestępowali z nogi na nogę rodacy udający się do Chicago. Na tej trasie lata mnóstwo samolotów, więc nawet jak dwa odleciały, to zostały jeszcze trzy...
      -- Niechby dodali choćby jeszcze jedną urzędniczkę do tych zastępczych biletów!
Zostały jeszcze dwa samoloty...
      -- Przecież od wylotu z Warszawy wiedzieli, że będzie spóźnienie i wiedzieli kto dokąd leci, więc mieli mnóstwo czasu wszystko przygotować!
W końcu, gdy już wszyscy stracili połączenia, niespiesznie nadeszła gromadka pracowników Delty z bonami dla nas na hotel oraz nowymi biletami na jutro.

Czy linia lotnicza nie mogła oszczędzić na wydatkach przez trochę sprawniejszą organizację? Pewnie że mogła, ale w tym celu musiałaby mieć zatrudnionych lepszych (a więc droższych) specjalistów, którzy na codzień nie mieliby co robić. Bardziej się opłaca zatrudniać tanie ofermy, a jak zdarzy się kryzys, to ponieść koszty. Amerykanie umieją liczyć.

Zawieźli mnie do hotelu i dali pokój. Teraz muszę zatelefonować do Davida, żeby nie przyjeżdżał po mnie do Kansas City dzisiaj, tylko jutro. Ale żeby zadzwonić z pokoju w hotelu trzeba by mieć kartę kredytową. Recepcja odesłała mnie do automatów telefonicznych, z których nie mogłem skorzystać, bo miałem tylko banknoty a one działają na monety. Automat poinformował mnie, że tych monet (quarters, czyli 25-centówek) będę potrzebował 18. Recepcja w ogóle nie chciała ze mną rozmawiać o monetach, bo stale napływali nowi goście a oni są po to, żeby rejestrować a nie żeby pomagać w telefonowaniu. Wyszedłem więc z hotelu mając nadzieję na jakieś sklepy na tej samej ulicy. Nie było żadnej ulicy. Była tylko jezdnia dla samochodów (bez chodnika) łącząca parking hotelowy z systemem szos szybkiego ruchu. Tzw. spaghetti junctions czyli wielopiętrowe skrzyżowania autostrad otaczały hotel z trzech stron: z przodu, z lewej i z prawej. Po tych autostradach gnały we wszystkie strony hordy samochodów i było jasne, że żaden z nich nie rozmieni moich banknotów.

Z bezinteresownej ciekawości postanowiłem zobaczyć, co jest z tyłu za hotelem. Okazało się, że duży murzyński slams. Długi szereg bida domków. Przeszedłem wzdłuż nich jakieś 2 kilometry i karajobraz nie uległ żadnej zmianie. Byłem jedynym człowiekiem na chodniku, jedynym białym w dzielnicy. Jakieś stare murzynki gapiły się na mnie zza szyb, a kiedy nasze oczy się spotykały, to one znikały za firankami. Mnóstwo wielkich starych samochodów jeżdżących w te i nazad, i ani śladu żadnego sklepu ani restauracji. Ludzie z kultury samochodowej nie potrzebują ,,sklepiku na rogu'', bo kilka mil do wielkiego magazynu im nie stanowi.

Ponieważ nie mogłem natrafić na nikogo, kogo mógłbym o coś zapytać, albo poprosić o przysługę, wróciłem do hotelu, poszedłem do restauracji i zamówiłem drogie piwo pod warunkiem, że barman rozmieni mi 5 dolarów na quarters. Te 20 quarterów kosztowały mnie więc 10 dolarów, bo piwo było amerykańskie, a więc niepijalne. Cały czas kołatało mi po głowie, że w Europie, a szczególnie na jej wschodzie, taka niemożność skontaktowania się z ludźmi, których jest dookoła pełno, byłaby nie do pomyślenia dla kogoś znającego język.

I wtedy przypomniał mi się rosyjski mużik, którego dawno temu napotkałem w stacji metra w Moskwie. Był ubrany biednie, po wiejsku i wyraźnie nie wiedział jak skorzystać z metra. Przerażonymi oczami ścigał przewalające się wokół niego tłumy moskwiczan i w końcu zagadnął mnie, pewnie dlatego, że nie sprawiałem wrażenia, że się tak spieszę jak inni. Wyjaśniłem mu jak umiałem, jak się kupuje bilet, gdzie się go potem wtyka oraz (najważniejsze) jak wyszukać na mapce metra swoją stację i jakie napisy prowadzą do odpowiedniego peronu. Facet chyba się nawet nie zorientował, że jestem cudzoziemcem: w jego kołchozie zapewne nie znano takiego pojęcia, a w Moskwie i tak wszyscy wokół mieli dziwny dla niego akcent. Dziękował mi potem wylewnie w południowo-rosyjski chłopski sposób mówiąc do mnie na ty i np. horod zamiast gorod.

W Moskwie to ja byłem bażant. W Nowym Jorku jestem mużik.