Odpowiedzialność bez granic

W Ameryce człowiek na każdym kroku natyka się na ostrzeżenia. Na żelazku: ,,Przed prasowaniem zdjąć ubranie z ciała!''. Na szczoteczce do zębów: ,,Zbyt intensywne szczotkowanie może uszkodzić szkliwo!''. Na czepku kąpielowym: ,,Tylko na jedną głowę!''. Na pigułkach nasennych: ,,Uwaga, mogą powodować senność''. Na przetworach spożywczych: ,,Po podgrzaniu zawartość będzie gorąca!''. W instrukcji dołączonej do mojego roweru wymieniono ok. 40 sytuacji, które mogą się zakończyć kalectwem lub śmiercią; m.in. jazda z nieprzykręconymi kołami, lub własnoręczna regulacja hamulców. A przecież regulacja hamulców rowerowych, tak żeby hamowały, jest czynnością równie prostą jak umycie zębów bez zerwania szkliwa i nawet nie trzeba mieć do niej głowy na cały czepek.

Ktoś ma nierówno pod sufitem, prawda? Tylko kto?

Na pewno nie producent, który takie ostrzeżenie zamieszcza. Jeśli krótkie tanie zaklęcie potrafi zabezpieczyć jego firmę przed ryzykiem płacenia ciężkich odszkodowań, to raczej musiałoby mu odbić, żeby go tam nie zamieścić. Również nie adwokat, który w braku kretyńskiej formułki będzie ciągał producenta po sądach. Adwokat właśnie po to jest, żeby ciągać po sądach, o ile istnieje szansa sukcesu.

Więc może cały system prawny, który daje szanse sukcesu klientowi-idiocie za szkody, o które przyprawił go własny idiotyzm? Większa część Amerykanów byłaby skłonna się zgodzić, że amerykańskie sądownictwo jest przerośnięte, zrakowaciałe i w ogóle wymagające reformy.
      -- Mamy za dużo zbyt chciwych prawników. -- mówią Amerykanie. A ja nie podzielam poglądu, jakoby to była przyczyna i spróbuję wyjaśnić dlaczego.

Kiedyś dawno czytałem opowiadanie o gościu, który przyjechał z XXV wieku i zaczął naprawiać świat XX-wieczny. Czym więcej naprawiał, tym większy robił się zamęt. W końcu jego śladem przyleciała XXV-wieczna policja i zakuła go w kajdanki. Jacyś ludzie zaczęli się za nim wstawiać:
      -- Przecież on chciał dobrze; w dodatku nie złamał żadnego prawa. -- A na to policjant powiedział:
      -- W XXV wieku każdy odpowiada za skutki własnych działań niezależnie od tego, czy sobie tych skutków życzył, czy nie.

Otóż te obecne amerykańskie nonsensy ostrzegawcze wydają się ubocznymi odpryskami procesu tworzenia się XXV-owiecznej rozszerzonej odpowiedzialności. Wg naszych polskich pojęć osoba (lub organizacja) jest albo winna albo niewinna. Jeśli nie złamała żadnego prawa, to jest niewinna. Nawet jeśli kogoś przyprawiła o szkodę, a jest niewinna, to spokojnie może kogoś innego ponownie przyprawić o taką samą szkodę i nadal jest niewinna. Amerykanie intensywnie eksploatują jeszcze trzeci stan: możesz być niewinny ale odpowiedzialny.

Jeśli kogoś przyprawisz o szkodę łamiąc prawo, to jesteś winny i odpowiedzialny. Masz na karku i prokuratora i poszkodowanego. Jeśli kogoś przyprawisz o szkodę nie łamiąc prawa, to jesteś niewinny ale odpowiedzialny i masz na karku poszkodowanego. Będziesz płacić through your nose jeśli poszkodowany przekona przysięgłych, że

Jeśli więc np. Twój dziadek zmarł na raka płuc z powodu palenia papierosów w czasach, gdy szeroka publiczność jeszcze nie zdawała sobie sprawy ze stopnia szkodliwości tego nałogu, to żeby wysępić odszkodowanie wystarczy wykazać, że firmy tytoniowe już wtedy miały powody to podejrzewać, ale nie podjęły kroków zaradczych. To się może dać zrobić za pomocą analizy ich ksiąg, korespondencji, zeznań zatrudnionych naukowców itp.; i porównania tych danych z prowadzoną przez te firmy w tym czasie reklamą głoszącą np., że palenie papierosów działa ożywczo na serce. Ponieważ żadne prawo nie nakazywało tym firmom podejmowania kroków pod wpływem podejrzeń, że być może nikotyna i smoła szkodzą, więc firmy te są niewinne. Ale skoro miały takie podejrzenia i je zlekceważyły, to są za skutki tego zlekceważenia odpowiedzialne cywilnie. Niedawno zakończył się class lawsuit (czyli proces w imieniu dużej ilości zainteresowanych) przeciwko firmom tytoniowym o takie odszkodowania. Zakończył się ugodą, na podstawie której firmy tytoniowe wpłaciły kupę forsy na specjalny fundusz odszkodowawczy, zgodziły się na zaprzestanie pewnych form reklamy papierosów i za to uzyskały gwarancję, że pewna droga prawna nie będzie przeciwko nim wykorzystywana. Nadal można dochodzić od nich odszkodowań ale w inny sposób -- te prawne subtelności są już poza zasięgiem mojego rozumienia.

Sprzedaż broni jest w USA legalna i za skutki jej używania odpowiada nabywca. Ale powiedzmy, że trzymałem legalną spluwę w szufladzie pod kluczem a naboje osobno w innej szufladzie pod innym kluczem. Czyli wykazałem normalną ludzką zapobiegliwość. Jakieś dzieciaki wlazły przez okno pod moją nieobecność, włamały się do tych szuflad i powystrzelały inne dzieci na podwórku. Kto jest winien? Jeśli dzieciaki miały po 14 lat, to one; jeśli nie, to nikt8. Kto jest odpowiedzialny? Częściowo rodzice tych dzieciaków za brak dozoru i właściwego wychowania. Częściowo ja za to, że nie upilnowałem własnej spluwy. Częściowo producent. W jego mocy było sporządzenie takiego bezpiecznika, żeby nikt prócz mnie nie mógł tego egzemplarza broni użyć (trigger lock). Prototypy istnieją od dawna. Wpływ takich rozwiązań na bezpieczeństwo też jest od dawna zbadany. Producent powinien być o wiele bardziej ode mnie świadomy wagi zagadnienia oraz możliwości technicznych, bo to w końcu jego zawód. Nie wprowadził zabezpieczenia, bo to by podrożyło jego towar ($10 na sztukę) -- to oznacza, że wzbogacił się na większym zagrożeniu społecznym niż niezbędne technicznie. Wzbogacił się legalnie, ale jest współodpowiedzialny finansowo za śmierć dzieci z podwórka. Oczywiście nikt nie będzie ciągał po sądach mnie za moją część odpowiedzialności, bo odszkodowanie cywilne, jakie uda się ode mnie wyciągnąć, nawet nie wystarczy na adwokata. Ale class suit przeciwko producentom spluw to inna sprawa.

Ta podwyższona odpowiedzialność cywilna zdejmuje część ciężaru z Kongresu jako twórcy prawa i przenosi go na sądy. Prawo karne nie musi zakazywać lub nakazywać tego, co wszyscy i tak przestrzegają w obawie przed odpowiedzialnością cywilną. Wobec tego może być prostsze. A granice odpowiedzialności cywilnej są zapisane tylko w wyrokach sądów w różnych sprawach. Ostatecznie liczy się, kto skuteczniej przekona ławę przysięgłych.

Przepisy dotyczące wprowadzania lekarstw na rynek są ostre i konserwatywne; ale jest furtka: tzw. dodatki spożywcze nie wymagają tych wszystkich badań i różne trucizny można nabyć bez recepty jako dietary supplement. Więc jak to jest, że Amerykanie nie padają jak muchy od niesprawdzonych odżywek, środków odchudzających, kosmetyków o własnościach leczniczych itp.? Znowu ta sama historia: prawo niczego nie zakazuje ani nie nakazuje, ale producent dobrze wie, że się nie pozbiera, jeśli komuś jego produkt zaszkodzi. Więc na wszelki wypadek sam starannie sprawdza nieszkodliwość oraz umieszcza ostrzeżenie. Stara się, żeby było czytelne i jasne, bo inaczej kiedyś w przyszłości przysięgli mogą je uznać za nieprzekonujące.

I tak każdy się stara sine lege, fidem rectumque colere9. Nie z porywu serca, nie sponte sua, tylko z obawy przed wiecznie groźną odpowiedzialnością cywilną. Jesłi wymyśli jakiś chytry sposób obejścia zabezpieczeń prawnych, to i tak nie może być pewny, że mu to ujdzie; przysięgli nie lubią obchodzenia prawa. Wygrywa ten, kto się potrafi wylegitymować czystym sercem i wielką troską o dobro publiczne. Albo jeszcze lepiej (bo taniej) ich pozorami. Zwycięża nie litera prawa tylko obyczaj. A obyczaj aktualnie zmienia się w kierunku zwiększania odpowiedzialności firm za skutki ich działań. Jest to forma wymuszenia na wielkich tego świata dbałości o interes publiczny zanim jeszcze odpowiednie nakazy i zakazy prawne zdążą się uchwalić.

A kiedy już amerykańscy pieniacze puszczą z torbami wszystkie firmy, które się wykażą odrobiną nieostrożności, w braku czegoś lepszego zabiorą się za osoby prywatne. Wtedy moją spluwę przełożę z szuflady do kasy pancernej; potem do depozytu bankowego; w końcu się jej w ogóle pozbędę. Do mojego samochodu zamontuję specjalny układ, który uniemożliwi przekraczanie 50 mil na godzinę, potem 30 mph, potem 10 -- to po to, żeby złodziej nie mógł się w nim zabić, bo mogłoby być na mnie. Może się jeszcze zdarzyć, że nastolatek z antypodów znajdzie na mojej stronie internetowej zdjęcie mojej ulubionej supermodelki, podnieci się i pociągnie za warkocz koleżankę z klasy, w wyniku czego dozna ona stressu. Nie, nie mogę do tego dopuścić, tą stronę też zlikwiduję.

I wtedy nastanie wymarzony wiek XXV.