Takie plany uważane są w Ameryce za kolejną próbę wyślizgania Microsoftu, który jakoby zainwestował wielki wysiłek w zupełnie inny kierunek rozwoju i wolałby, żeby świat nie uległ aż tak wielkiej przemianie, zanim inwestycje się zwrócą. Los Microsoftu nie jest moim głównym problemem, natomiast zacząłem się zastanawiać, kto będzie płacił za przesyłanie wielkich ilości informacji po sieci.
Jedno jest jasne: na pewno nie końcowy użytkownik. Amerykanie żywią niezachwianą wiarę w to, że darmowy dostęp do lokalnych połączeń telefonicznych jest zagwarantowany w konstytucji i jak dotąd nie płacili tak i nadal nie zamierzają płacić za połączenie własnego komputera ze światem. Wprawdzie takiej poprawki do konstytucji nie udało mi się znaleźć, ale istotnie lokalne rozmowy telefoniczne z własnego domu są darmowe.
Więc może zapłaci jakiś rządowy instytut rozwoju nowoczesności? Na takie przypuszczenie Amerykanie się wzdrygają, bo na hasło ,,rząd'' przywykli odpowiadać ,,podatki''.
No to kto ma płacić?
Kto chce znać odpowiedź, niech wezwie jakąkolwiek amerykańską przeszukiwarkę sieci, gazetę albo inny darmowy serwis. Prawda, jak kolorowo i migająco? A jak trudno w tej feerii barw wyłuskać coś użytecznego? No właśnie.
Włączam komputer do sieci i po chwili ekran rozbłyskuje reklamą Local Cable Providers. Wynajduję jakieś menu i klikam na CONNECT. Kurczę, to nie ten CONNECT! Na ekranie wykwita podziękowanie od głównego serwera LCP za zainteresowanie okazane telewizją kablową i pytanie, czy za instalację będę płacił Visą, czy MasterCardem, czy Discoverem. W czasie, gdy kwestionariusz czeka na moją decyzję, reszta ekranu miga próbkami flagowych filmów LCP za ostatnie 2 lata. Wymagany prawem federalnym przycisk CANCEL ma oczywiście wymiary 2mm x 2mm, kolor jasno-pomarańczowy na ciemno-żółtym tle i umieszczony jest cholera wie, w którym rogu ekranu.
Za drugim razem trafiam lepiej. Całe 10cm2 kwadratowych zajmuje spis usług serwera. Resztę ekranu dzielą po równo: Modern Furniture Specialists, jakiś Billy's Delight (za cholerę nie wiem, czy to batonik, czy masaż erotyczny, a nie chcę klikać, bo jeszcze ugrzęznę) oraz Automobile Air Conditioning Equipment. Ja chcę tylko napisać list do ciotki, wiec klikam na ikonę przedstawiającą kopertę. Odskakuję gwałtownie od komputera i nerwowo usiłuję coś zrobić z wylewającym się z niego hałaśliwym rapem. Wprawdzie już dawno zablokowałem głośnik, ale jest to tylko blokada software'owa, do środka mojego komputera nie mogę się dobrać pod groźbą utraty gwarancji, więc hakerom pracującym dla Primary Care Physicians Inc. udało się ją obejść. Nie mogę usunąć reklam, w końcu to m.in. PCP a nie ja sam finansuje mój list do ciotki, ale mogę zmienić jedną reklamę na inną.
Pół ekranu wypełnia się dostojną purpurą i widzę szlachetną twarz rev. Jesse Gillmore'a bezgłośnie poruszającą ustami. Wielebny nie ma władzy nad moim głośnikiem, bo jego Church of the Living Word jest mniej zasobny. Za to przez ekran przelatują napisy napominające mnie, żebym walk in the newness of life (to znaczy jak?) oraz żebym kliknął na krucyfiks, to usłyszę pełne kazanie, albo na tacę, to będę mógł złożyć ofiarę dowolną kartą kredytową.
Drugą połowę ekranu zajmuje True American Underwear. Udaje mi się otworzyć niewielkie okienko pomiędzy zakrwawioną dłonią przybitą do krzyża a masującymi poduszeczkami w staniku, od których mój biust stanie się jędrniejszy. ,,Kochana Ciociu...'' ale w tym momencie okno odjeżdża spod kursora, żeby zrobić miejsce dla SFH. Nie pamiętam już, czy to Slim, Fit & Healthy, czy Soil Fertilizing House, nieważne, gonię moje okno po całym ekranie, ,,...dziękuję Ciokci za...'', kurczę, jakiej ciokci, gdzie jest ten przycisk do kasowania i dlaczego ucieka, klik, pudło, klik, klik... o! jak nagle pusto, chyba niechcący trafiłem na jakiś polski serwer. No tak, tylko jedna nienachalna reklama bezalkoholowej siedemdziesięcio-procentowej wódki ,,Mickiewicz'' a resztę ekranu wypełnia szczegółowe wyjaśnienie jak zainstalować standard polskich liter obowiązujący w tym tygodniu.
Wszędzie dobrze, a w domu po staremu...