Wielcy Bracia

Proces Microsoftu2 ciągnie się jak makaron i jest nudny jak szpinak na oleju. Microsoft wypada kiepsko, głównie dlatego, że wszystko co robi jest jakby pozbawione wdzięku. Wydaje się, że sędzia Thomas Penfield Jackson sprzyja rządowi, ale jeśli to się da dowieść, to Microsoft ma atut do ew. postępowania przed wyższą instancją. Wszystko wskazuje, że to jeszcze nieprędko.

Ciekawe natomiast jest, skąd rząd czerpie materiał dowodowy. Otóż główną jego częścią są e-maile wymieniane prywatnie wewnątrz Microsoftu przez jego pracowników. W pewnym momencie Department of Justice położył łapę na wszelkich nośnikach informacji wewnątrz firmy (to się w Legalese nazywa subpoena), przeskanował dyski itp. i wygarnął całą masę obciążającego materiału, co do którego specjaliści od Gatesa myśleli, że już od dawna nie istnieje. Okazało się, ze Microsoft, podobnie jak 80% firm komputerowych w USA, nie miał żadnej polityki postępowania z własnymi starymi e-mailami. Obieg dokumentów papierowych w firmie jest, jak wszędzie, uregulowany i na każdym kroku stoją niszczarki, żeby nic nie dostało się w obce rece. Co do e-mailów, to pracownicy wykonują delete i myślą, że sprawę załatwili.

Tak dobrze nie ma. Ulotne układy bitów w elektronice komputerowej mają dużo twardszy żywot niż papier. Jeśli ktoś chce zniszczyć dokument papierowy, to bez trudu zrobi tak, że nic nie pozostanie. Natomiast wysłany e-mail na zawsze wyrywa się spod kontroli. Po przejściu przez kilka serwerów pocztowych jest już zarchiwowany w kilku miejscach poza zasięgiem delete'a zarówno autora jak adresata. Również e-mail niewysłany i skasowany (bo się nadawca rozmysłił) może zostać utrwalony, o ile systemowiec w międzyczasie wykonał archiwację. Archiwa zaś są na tyle pojemne, że w zasadzie nikt na świecie nigdy nie musi pozbywać się ich części tekstowych, to nie one zżerają gigabajty. Wiele też da się wyczytać ze skasowanych ale niesformatowanych fragmentów dysków.

Niby wszyscy to wiemy, ale kompletnie nie bierzemy pod uwagę w codziennym postępowaniu. Ze względu na łatwość pisania i kasowania e-maili, powierzamy im wypowiedzi, jakich nigdy byśmy nie umieścili na papierze: niewybredne dowcipy, ulotne złośliwości, chwilowe rozżalenie itp. A potem przychodzi jakiś Wielki Brat i wykorzystuje przeciwko nam nieostrożności popełnione kilka lat wcześniej, dawno wykasowane i zapomniane.

Badźmy lepiej tego świadomi, bo inaczej któregoś dnia możemy się obudzić z ręką w Microsofcie; to znaczy będziemy jak Gates biegać dookoła własnego komputera, bez sensu wykrzykując ,,Ty zdrajco!''.