Do
witrynki rowerowej
Stefana Sokolowskiego
GDANSK -- KALININGRAD -- KLAJPEDA
|
|---|
Okazalo sie nagle, ze mam jeszcze tydzien urlopu a wszystkie zalegle plany wypraw wymagaja albo wiecej czasu albo wczesniejszych przygotowan. Idac po linii najmniejszego oporu zaladowalem wiec namiot, jedzenie, ubrania i jakies upominki na rower i udalem sie w droge. Nie tracilem nawet czasu na sprawdzenie stanu technicznego roweru, co mi sie pozniej w drodze odbilo bolesnie.
W Elblagu (w ksiegarni Quo vadis) nareszcie nabywam mape Litwy w skali 1:300tys. obejmujaca tez obwod kaliningradzki i kawalek Polski polnocno-wschodniej. W Gdansku na Dlugiej sprzedawczyni utrzymywala, ze jesli nawet na swiecie jest jakis Kaliningrad -- Krolewiec -- Koenigsberg (probowalem wszystkich trzech nazw), to nic o tym nie wiadomo kartografom a ona chetnie sprzeda mi mape calej Rosji w skali 1:7.5mln.
Nocleg na polnoc od Elblaga, nad jeziorkiem, blisko miejsca, gdzie czerwony szlak pieszy przecina droge Ogrodniki -- Pr/ochnik. Jutro bede w Kaliningradzie.
Za Fromborkiem, gdy poprawiam bagaz, zatrzymuje sie przy mnie samochod z para Kazachow pytajacych po rosyjsku, jak dojechac do Kaliningradu. Jada z Niemiec bez mapy i bez zadnego opisu trasy. Sa bardzo wdzieczni, ze daje im spisac wszystkie miasta, odleglosci i numery drog. Facet mi sie utrwalil w pamieci, bo mial na piersi blache GAI (Gosudarstwiennaja Awto-Inspekcija, czyli policja drogowa). Straszak na mafie?
Nie bede dzisiaj w Kaliningradzie. Okazuje sie, ze w Gronowie (na polnoc od Braniewa) Rosjanie nie przepuszczaja rowerow. Polski celnik radzi jechac do ,,prawdziwego'' przejscia granicznego w Bezledach. Moich Kazachow nie wypuscili z kolei Polacy. Okazuje sie, ze to jest przejscie tylko dla Polakow i Rosjan, a przynaleznosc do WNP jeszcze nie czyni Rosjanina z Kazacha. Radza jechac do ,,prawdziwego'' przejscia granicznego w Bezledach. Ponownie pomagam moja mapa. Kazachowie zapisuja te dziwacznie im brzmiace nazwy miasteczek, numery drog, ogleglosci, gdzie skrecic. Okazuje sie, ze o piatej maja zaladowac sie na statek w Kaliningradzie. Jest juz pierwsza, nie maja szansy zdazyc, tym bardziej ze kaliningradzka piata to nasza czwarta. W takim razie chca zatelefonowac do przyjaciol w Kaliningradzie. Skad sie w Polsce telefonuje? Jaki jest numer kierunkowy do Kaliningradu? Gosc ma tak skomplikowane plany i czas na styk a nie wystaral sie o mape i o podstawowe informacje! Pomagam jak umiem. W zamian nie slysze spasibo, bo tak sie dziekuje sklepowej za sprzedanie loda. Kazach wyglasza sentencje, ze jest duzym szczesciem spotkanie dobrego czlowieka i sciska mi reke. Kilka razy sie potem spotkalem z tym rozroznieniem: spasibo za byle co, sentencja i uscisk dloni za wieksza bezinteresowna pomoc.
Sam oczywiscie udaje sie do Bezledow drozkami duzo bardziej kameralnymi, niz to doradzilem Kazachom (patrz: droga alternatywna Gronowo -- Bezledy). Na mapie topograficznej 1:100tys. znajduje w lesie w okolicy Warszkajt/ow malutkie Jez. Czarne. Malutkie czy nie, dla mnie starczy, marze o kapieli. Jednak okazuje sie, ze latwiej je znalezc na mapie niz w terenie. W koncu trafiam na nie: jest ale bez dostepu, takie oczko w srodku bagniska. Jestem za bardzo spocony i zakurzony, zeby grymasic: rozbieram sie do naga i troche idac a troche pelznac po bagnie docieram do brunatnej wody. Potem troche pelznac a troche idac wracam do lasu. Czerwony recznik momentalnie robi sie czarny i pachnacy bagnem. A nastepnego dnia znajde na sobie dwa kleszcze w miejscach, do ktorych nie mogly miec dostepu w czasie mojej jazdy na rowerze.
Na przejsciu niemila niespodzianka: rowniez tu Rosjanie nie puszczaja rowerzystow. Pytam rosyjska pogranicznice dlaczego. -- A dlatego, ze to jest przejscie samochodowe. Istotnie, u nich to sie nazywa awtomobilnyj pieriechod a nie przejscie drogowe jak u nas. Oczywistego pytania, gdzie jest najblizsze przejscie rowerowe, nie zadaje, bo jest juz jasne, ze warunkiem wjazdu do Rosji jest posiadanie paszportu, vouchera i samochodu. Polski celnik lapie dla mnie jakiegos zuka i pomaga zaladowac do niego rower -- a moglem to samo zrobic juz wczoraj w Gronowie. Tym razem idzie jak z platka, tylko nieco dluzej. Jestem w Rosji.
Rosja zawsze wabila mnie legendarnymi szerokimi przestrzeniami i legendarna slowianska dusza. Poki co szeroka przestrzen wokol wypelniona jest kurzem, smieciami i wszelakim syfem. Na polach nie ma goraczki zniwnej tak widocznej po naszej stronie granicy. Chodza po nich tylko jakies wyglodzone bociany. Znajomi kaliningradczycy wyjasnia mi pozniej, ze obwod nie ma pieniedzy na zniwa, ale nie stanowi to wiekszego problemu, bo juz wczesniej nie bylo pieniedzy na siew. Dla uspokojenia mojej slowianskiej duszy wymieniam w budce z frytkami 20 dolarow na 100tys. rubli.
Spotkani w Polsce kierowcy samochodow narzekali na jakosc drog w Rosji. Wydaje mi sie, ze to nie jest problem rowerzystow. Polskie drogi maja lepsza nawierzchnie niz drogi rosyjskie podobnej kategorii, ale za to sa duzo bardziej zatloczone, wiec trzeba ich unikac. Wybierane przez rowerzystow polskie drogi boczne maja podobna nawierzchnie i podobne natezenie ruchu jak rosyjskie drogi glowne. Z wyjatkiem okolic rosyjskich miast, gdzie ruch staje sie nieprzyjemny.
Sam Kaliningrad jest brudny i nieladny. Znajomi pokazuja mi z duma jakies dwa swiezo odnowione palacyki poniemieckie w stylu takim, jakich jest pelno na Jaskowej Dolinie w Gdansku. Innych sladow hanzeatyckiej przeszlosci na pierwszy rzut oka nie widac -- moze zle patrze?
Jeszcze nigdy nie zdarzyla mi sie ponadjednodniowa wycieczka rowerowa bez deszczu. Trwajacy od kilku dni upal nagle zalamuje sie i prawie cala droge z Kaliningradu do Swietlogorska jade w lejacym deszczu. Kazali mi tam pojechac znajomi kaliningradczycy twierdzac, ze jest to jedno z bardzo niewielu ladnych miejsc w calym obwodzie kaliningradzkim. Jest to istotnie dosyc porzadny kurort stanowiacy istna wyspe luksusu na tle otaczajacego dziadostwa. Nie zatyka tchu w piersiach, ale mila odmiana. Wykapalem sie w morzu, wypralem i wymylem menazki za wszystkie czasy.
Wioska Romanowo cala pachnie kurzymi kupami. Z pusta butelka w reku brodze po grubej warstwie odchodow w przestrzeni miedzy zabudowaniami gospodarczymi w kierunku kilku osob siedzacych w samym centrum smrodu i cieszacych sie pogodnym wieczorem. Wskazuja mi gumowy waz jednym koncem przymocowany na trwale do kranu a drugim lezacy w kupach. Podnosze ten drugi koniec i myje go jak potrafie, przy okazji czekajac az doleci swieza woda. Co tam, i tak nie zamierzam jej pic bez gotowania.
Juz na poczatku mierzei, za Zielienogradzkiem, ogladam piekny zachod slonca nad morzem, po czym z plazy przenosze sie nad zalew i zapadam w lesie na nocleg. Uprzedzano mnie, zeby zatrzymywac sie po stronie zalewu, bo od strony morza chodza noca pogranicznicy i pilnuja, zebym nie zbladzil do Szwecji.
W ,,muzeum mierzei'' znajduje sie sporo objasnien i eksponatow dotyczacych przyrody i historii mierzei kurskiej. Ciekawie wyjasniona specyfika tego dosyc nietypowego ekosystemu. Ponadto muzeum nie tylko nie ukrywa, ale jakby z duma eksponuje wielowiekowa wschodniopruska specyfike tego terenu; np. na honorowych miejscach umieszcza niemieckie wiersze zaopatrzone w rosyjskie tlumaczenia artystyczne. Calosc ciekawa i pouczajaca.
Gosc przy drodze ma klopot z rowerem: pekla mu tylna opona i przez dziure ciekawie wyglada cala (poki co) detka. Utworzony w tym miejscu babel zawadza o blotnik, facet rozwaza jego zdjecie. Jestem przeciwko: jesli pojedzie na takiej detce nieoslonietej opona (a ma przed soba 5km), to nie ma szansy jej nie przebic. Owijam mu kilkakrotnie obrecz razem z opona plastrem; na dlugo nie starczy, ale te swoje 5km powinien przejechac.
Wyjazd z Rosji niezbyt skomplikowany ale (jak zwykle) dlugotrwaly. Zabieraja mi kupiony jeszcze w Polsce voucher -- oj, chyba popelnilem blad taktyczny. Na granicy litewskiej celniczke w budce interesuja wylacznie dokumenty mojego samochodu. Kilkakrotnie wyjasniam, ze nie mam samochodu i ze jade na rowerze. W koncu celniczka wychodzi przed budke, widzi rower, zadziwia sie jeszcze bardziej i przeprasza. Nie wierzyla mi, czy co?
Jestem w innym swiecie. Domy czyste i swiezo odmalowane, ozdobione zolto-zielono-czerwonymi flagami (chyba maja dzisiaj jakies swieto?); starannie utrzymane ogrodki z przystrzyzonymi zywoplotami; droga w dobrym stanie i jezdza po niej bardzo eleganckie zachodnie samochody z litewska rejestracja. Bardzo, bardzo rzadko zdarzy sie jakas lada lub moskwicz z czasow ZSRR. Skad u Litwinow taka zamoznosc? A moze na mierzei kurskiej maja specjalne wczasowisko dla bogatych? Ludzie ubrani kolorowo i usmiechnieci, dziewczyny sliczne. Probuje pozostale ruble wymienic na lity, ale nie biora. Wymieniam 20 dolarow na 80 litow.
Na dworcu w Klajpedzie probuje ustalic, czy istnieje jakies polaczenie kolejowe do Gdanska. Pracownica wali w klawisze komputera, po czym informuje mnie z pewnym zdziwieniem, ze nie ma takiej stacji. A ja z pewnym zdziwieniem stwierdzam, ze ten jej system komputerowy jest rosyjskiej produkcji, pisze sie cyrylica i wobec tego po ,,n'' w Gdansku powinien byc miekki znak. Tym razem stacja jest, ale nie ma polaczenia bezposredniego. Sam system nie potrafi znalezc przesiadek; sprawdzamy po kolei, ze nic nie jezdzi do Olsztyna, ani do Kaliningradu, w koncu okazuje sie, ze z Wilna moglbym dojechac do Bialegostoku. Na oko wyglada, ze mam do Wilna dalej niz do Gdanska, potem jeszcze raz tyle do Bialegostoku, a potem jeszcze dalej do Gdanska. Panienka odsuwa klawiature i proponuje, zebym do Kaliningradu wrocil autobusem. Ale na dworcu autobusowym nie umieja mnie poinformowac, czy zabiore sie z rowerem -- wszystko zalezy od kierowcy.
Wyjezdzam z miasta dosc daleko na polnoc droga, na ktorej wg mojej mapy powinien byc las. W koncu trafiam na niewielka kepe drzew; w braku lepszego miejsca tu rozbijam namiot. Ten ,,las'' otoczony jest smieciowiskiem -- w Rosji bylo tak samo: smieci i gruz budowlany zwalaja na drogach prowadzacych do lasu. Do ew. biwaku trzeba prawie zawsze przejsc przez smietnik.
Za dnia Klajpeda wyglada jak miasto skandynawskie: czyste, zadbane, zamozne, domki z drewniana boazeria takie jak w Szwecji, ulice w dobrym stanie, samochody zachodnie. Tylko jedna roznica: rower nie jest tu, jak w Szwecji, swieta krowa i te eleganckie samochody potrafia po chamsku zajechac droge. Przejezdzam cale miasto na poludniowy koniec, gdzie znajduje sie przystan promowa. Niestety, moglbym promem dojechac do Kilonii w Niemczech, albo gdzies do Szwecji, ale nie do Gdanska. Zostaje autobus do Kaliningradu.
Lotewski kierowca jadacy z Liepaji mowi mi, ze bagaznik autobusu jest caly zajety. Pytam, czy moge wstawic rower do wnetrza i zwracam uwage, ze jest malo pasazerow. Place i oczywiscie nie zadam biletu. Jedziemy. Troche mi zal, ze nie obejrzalem sobie dokladniej Klajpedy, ale w poniedzialek musze byc w pracy, a wcale nie jest jasne, czy zdaze.
W autobusie chyba sami Rosjanie, ale nie wygladaja jak czelnoki (handlarze-czolenka) kursujacy miedzy Kaliningradem a Polska. Obok mnie siedzi majster z fabryki celulozy w Sowietsku. Od trzech miesiecy ma wstrzymana pensje -- zyje z tego, co przyniesie zona. Juz chyba trzeci raz rozmawiam z Rosjaninem o jego wstrzymanej pensji. Niewyplacalnosc zakladu pracy w stosunku do pracownikow nie jest powodem do ogloszenia jego bankructwa (w takim wypadku, jak i u nas, robotnicy mieliby pierwszenstwo przed innymi wierzycielami); nie jest rowniez dla przewazajacej wiekszosci ludzi powodem do poszukiwania nowej pracy.
Nie mam vouchera, na granicy z obwodem kaliningradzkim klopot. Probowalem go kupic w Klajpedzie ale nie znalazlem. Przy wyjazdach do obwodu kaliningradzkiego Litwini nie potrzebuja voucherow, wiec nie ma tam takiego jak u nas mnostwa miejsc, gdzie je sprzedaja. Obiecuje, ze jeszcze dzis opuszcze Rosje, o ile tylko w Kaliningradzie zlapie pociag do Gdanska; oficer pogranicznych wojsk wyglasza pouczenie, grozi konsekwencjami, daje mi dobe na tranzyt i wpuszcza. Znowu jestem w Rosji i znowu wszystko sie wali, sypie lub stoi przekrzywione.
Do Kaliningradu zajezdzamy 10 minut po odejsciu pociagu do Gdyni, nastepny jutro o tej samej porze. Najblizszy autobus do Gdanska jutro, do Olsztyna o polnocy, troche wczesniej do Warszawy. A i tak nie wiadomo, czy zabiora z rowerem. Wybieram podmiejska kolejke do Mamonowa, wsi przed samym przejsciem granicznym.
Dookola dworca w Kaliningradzie stoi mnostwo kioskow i budek z pica i hamburgerami, ja jednak decyduje sie na cos bardziej rosyjskiego: od kobiety z duza torba stojacej na ulicy kupuje dwa gorace pierozki. Jeden z kapusta drugi z ryzem i jajkiem. Zaraz podchodzi do mnie jakis nedznie wygladajacy chlopczyk, patrzy glodnym wzrokiem i prosi o pieniadze. Zjadam pierozka z kapusta a tego drugiego mu oddaje i kupuje ponownie pierozek od kobiety. Wtedy podchodzi do mnie calkiem dorosly bomz, czyli bezdomny (Biez Opriedieliennogo Miesta Zitielstwa) i tez chce. Zabieram rower i odchodze.
Jest sobota wieczor, na dworcu spory ruch: ludzie wracaja z daczy albo jada na dacze. Prawie wszyscy wracajacy maja ze soba wiadra wypelnione dobrami z ogrodkow podmiejskich. Czasem sa to grzyby lub jakies owoce, ale najczesciej kartofle. Dobrze jest miec dacze poza miastem, bo wtedy pod koniec lata mozna sobie z niej przywiezc dwa wiadra ziemniakow tygodniowo...
Do Mamonowa pociag dojezdza dobrze po zmroku, nie chce mi sie o tej porze jechac na przejscie graniczne, tym bardziej ze spodziewam sie komplikacji z powodu braku vouchera i samochodu. Lokalna droga odjezdzam jakies trzy kilometry w kierunku wschodnim, wynajduje las, przekraczam sterty smiecia i rozbijam sie po ciemku. W ostatniej chwili peka mi kolejna szprycha w tylnym kole, znow po stronie zebatki.
Przed dosyc biedna chatka rozmawiaja dwie stare kobiety. Witam sie i prosze, zeby mi pozwolily umyc rece, bo mialem problem techniczny, a na granicy bede musial wyjmowac tymi rekami dokumenty. Chatka biedna, ale wnetrze i tak mnie zszokowalo. Sufit czesciowo rozwalony, wystaja jakies belki i cegly. Strach dotknac sciany, bo sie posypie tynk, zreszta lezy go duzo na podlodze. Jeden koniec sufitu nizej niz drugi, zapadl sie. Najcenniejszym elementem wyposazenia wnetrza wydaje sie blaszany brudny zlew i prosty kran, ktore wlasnie uzywam. Z bliska gospodyni nie wydaje sie juz staruszka, moze ma 35-40 lat. Nie wiem, jak jej delikatnie wyrazic wspolczucie i podziw, ze samotnie wychowuje w tych warunkach trojke dzieci -- ale w tym momencie dowiaduje sie, ze jej maz korzystajac z niedzieli zwozi siano z pola (w dni powszednie pracuje w fabryce). I caly czas kobieta nawija mi o tym, jak to zle, gdy dom sie wali. Przyznaje, ze istotnie wyglada tu dosc biednie. Kobieta gwaltownie protestuje: oni nie sa biedni, sa nawet dosc zamozni, tylko ten dom. Stan domu nie ma nic wspolnego z pieniedzmi. Pieniedzy uzywa sie do zaspokojenia wlasnych potrzeb, a za stan domu jest odpowiedzialny ktos inny, moze kolchoz, moze fabryka, nie zrozumialem, bo kobieta ma dosyc dziwaczna wymowe. To oni nie dopelniaja swoich obowiazkow i dlatego dom sie wali, a mieszkancy robia co do nich nalezy i nie sa biedni. Szybko staram sie zamienic moja niezreczna wypowiedz w jakis banal o uczciwym zyciu w ciezkich warunkach.
Rosyjskie przejscia graniczne sa duze, jedzie sie przez nie okolo kilometra lub wiecej, co jakis czas kontrola, na ktorej ostemplowuja kwitek otrzymany od pierwszej kontroli. Ja tego pierwszego kwitka nie moge dostac, bo nie mam vouchera. Oficer telefonuje, co jakis czas wychodzi z budki, zadaje mi kolejne pytanie i wraca do telefonu. Wreszcie wyglasza pouczenie, w drodze wyjatku daje kwitek i kaze jechac dalej. Dalej juz troche latwiej, bo kolejne kontrole widzac kwitek nigdzie nie musza dzwonic. Zadaja tylko te same pytania: skad jade, dokad jade, dlaczego nie mam vouchera, co to za dziwny zegarek na kierownicy (licznik kilometrow) i jak on dziala. Potem wyglaszaja pouczenie o koniecznosci posiadania vouchera i puszczaja. Pogranicznica na ostatniej kontroli zabiera mi kwitek, stawia stempel w paszporcie i otwiera usta do pouczenia, jednak tym razem jestem szybszy:
Pociag z Braniewa do Gdanska bedzie dopiero za trzy godziny. Nie, po przestawieniu zegarka na polski czas okazuje sie, ze za cztery. Niespiesznie zjadam drugie sniadanie, wsiadam na rower i niedokonczona hitlerowska autostrada jade do Elblaga. W niedziele, w terenie niezbyt atrakcyjnym wypoczynkowo, mozna jezdzic nawet drogami glownymi. Na dworcu w Elblagu jest wspanialy goracy natrysk caly w jasnych czystych kafelkach. Mocze sie pod nim z pol godziny i powoli przemieniam sie z bomza w czlowieka godnego szacunku, za jakiego zawsze chcialbym uchodzic.
Do
witrynki rowerowej
Stefana Sokolowskiego
Komentarze, uwagi, dobre rady itp. do
s.sokolowski@pwsz.elblag.pl .
Ostatnia modyfikacja: 15.XII.1996